To, co zrobili generałowie Komorowski, Okulicki i Pełczyński, było zbrodnią przeciwko Polsce. W imię romantycznych mitów i świętej polskiej naiwności (która każe wierzyć, że gdy tylko stajemy w dobrej sprawie, Niebo będzie walczyć za nas) poświęcono życie ponad 200 tysięcy ludzi. Wśród nich młodzieży, która po wojnie mogłaby tworzyć zrąb nowej państwowości. Zniszczone miasto, wykrwawione elity narodu – prezent dla Hitlera, prezent dla Stalina. Warto było?
Infonut2 - Nie zgadzam się. Zdrade powstanców popełnili : Zachód i Rosja Stalina - a mieli być naszymi sojusznikami. Powstanie zrobiono aby wyprzedzić ZSRR i ich komunizacjię Polski - i tu mam racje. Polska jest obecnie , po 20 latach "wolnosści i demokracji" bardziej skomunizowana niz ZSRR bis. ( Zobacz jak Agent ZSRR -WOLSKI vel Jaruzelski wyrzuca z pracy w TV Gargas - za film o prawdzie - o zdrajcach Polski takich jak Jaruzelski)Szymon to wybitny talent - ale w polityce jest tylko produktem katolickiego kleru i PRL-u. Gdy dojrzeje mu swiadomosc polityczna - warto bedzie go publikować . Talent jego jest zblizony do Marka Hłaski i Dariusza Ratajczaka .
Szymon Hołownia
25 marca 2009
Polski dziennikarz i publicysta (urodzony 3 września 1976 r. w Białymstoku)
Publikuje w tygodniku "Newsweek Polska" oraz jest dyrektorem programowym kanału religia.tv. W tej stacji prowadzi etyczny talk show "Między sklepami" nadawany z centrum handlowego Złote Tarasy w Warszawie. Od 2008 r. współprowadzi z Marcinem Prokopem program "Mam talent!" w telewizji TVN.
Dwukrotnie przebywał w nowicjacie zakonu dominikanów, pracował jako ratownik medyczny (założył białostocki oddział fundacji "Pomoc Maltańska"), a także studiował psychologię w warszawskiej SWPS.
KSIĄŻKI
"Kościół dla średnio zaawansowanych"
"Tabletki z krzyżykiem"
"Ludzie na walizkach"
NAGRODY
* Trzykrotnie (w 2004, 2006 i 2007 roku) nominowany do nagrody "Ślad" im. ks. bp. Jana Chrapka. Laureatem tej nagrody został 21 kwietnia 2007 roku.
* Nominacja 2004: „za stworzenie unikalnej na polskim rynku formuły pisania o sprawach religijnych w masowym piśmie świeckim”.
* Nominacja 2006: "za głęboką znajomość tematyki religijnej w połączeniu z doskonałą orientacją w świecie współczesnej kultury: otwartą na nowe prądy umysłowe i wrażliwość młodego pokolenia, a także za stworzenie nowatorskiej na polskim gruncie formuły pisania o sprawach religijnych”
* Nominacja 2007: "za nowatorski sposób prezentowania i komentowania spraw religijnych: atrakcyjny, a przy tym głęboki, otwarty na nowe prądy umysłowe i wrażliwość młodego pokolenia".
Laureat nagrody Grand Press:
* (2006) W kategorii wywiad, za rozmowę z ks. prof. Jerzym Szymikiem - "Niebo dla gołębi".
* (2007) W kategorii dziennikarstwo specjalistyczne, za wywiad "Pamięta Pan Hioba?", z etykiem i filozofem dr Kazimierzem Szałatą opublikowany w "Newsweek Polska" nr 06/07. Wywiad porusza temat nieuchronności i sensu cierpienia chorego oraz osób mu bliskich.
* W 2007 został laureatem VII edycji konkursu dziennikarskiego "Oczy Otwarte" Stowarzyszenia Przyjaciół Integracji w kategorii najlepszy artykuł prasowy (wywiad z Joanną Suchowską i Pawłem Bałą "Nieważne, że bez happy endu").
* Laureat Nagrody Literackiej Prezydenta Białegostoku im. Wiesława Kazaneckiego w 2007 roku za książkę "Tabletki z krzyżykiem".
* Laureat przyznawanej przez Podziemne Pismo Tajniak nagrody Tajniak 2007 w kategorii "książka roku" za "Tabletki z krzyżykiem".
* Laureat Studenckich Nagród Dziennikarskich MediaTory w kategorii NawigaTOR 2008 - dla publicysty, który prowokuje studentów do otwartego myślenia.
Gdzie jesteś Boże?
Szymon Hołownia
20 marca 2009
Młodzi Polacy chcą być blisko Boga, ale jednocześnie oddalają się od Kościoła.
Tłumnie uczestniczą w papieskich pielgrzymkach. Widać ich podczas niedzielnych mszy i wielkich zlotów religijnych. Zobaczymy ich w czwartek w procesjach Bożego Ciała. Tysiące młodych ludzi. Czego szukają w Kościele? I czy to znajdują?
Na doroczne spotkanie religijne, które od trzech lat nad brzegami Jeziora Lednickiego organizuje dominikanin ojciec Jan Góra, przyjechało sto tysięcy ludzi. Wieczór 18 maja był ciepły, piękny. Tańczyli poloneza, by uczcić urodziny Jana Pawła II. Śpiewali i modlili się. Byli razem. - W mojej parafii jest nudno, a tu fajnie - stwierdziła krótko Lilianna Moraczewska spod Kcyni. Jej chłopak Przemek ma 20 lat, kolczyk w uchu, fryzurę na żel. - Zaciągnęłam go tu, bo on tak normalnie to woli Manieczki - śmieje się Lilianna. W Manieczkach znajduje się "Ekwador", najsłynniejsza podpoznańska dyskoteka. - To całe alleluja to nie dla mnie - skarżył się znudzony Przemek. Nie sądził, żeby Lednica zmieniła coś w jego życiu. Ale może przyjedzie tu za rok.
Na co dzień chłopak omija kościół z daleka. I nie jest w tym osamotniony. Według badań Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego młodzież coraz rzadziej chodzi do kościoła. W ostatnich latach o 13 proc. spadła liczba młodych, którzy co niedziela uczestniczą we mszy - teraz to 24 proc. badanych. Przybywa zaś tych (wzrost o 11 proc.), którzy próg kościoła przekraczają tylko od wielkiego święta, z okazji ślubu czy pogrzebu. Mimo deklarowanej wiary w Boga młodzi z coraz większym dystansem odnoszą się do moralnych nauk Kościoła. Seks przedmałżeński w 1988 r. akceptowało ok. 30 proc. młodych katolików, a 10 lat później już ponad 60 proc. Prawie 70-procentowym poparciem cieszyły się pod koniec lat 90. środki antykoncepcyjne.
- Młodzi odczuwają pragnienie rzeczy świętych. Ale z coraz większą obojętnością odnoszą się do Kościoła - podsumowuje wyniki badań ich autor ks. Sławomir Zaręba. Czego więc szukają? - Wspólnoty, jakiej nie znajdują w dzisiejszym świecie, gdzie każdy samotnie walczy o przetrwanie - tłumaczy socjolog religii Edward Ciupak. Jego zdaniem tylko dla co trzeciego młodego polskiego katolika religia jest naprawdę ważna. Młodzi chcą być blisko Boga - twierdzą księża, z którymi rozmawialiśmy. Poszukują go, pytają o sens życia, śmierci i cierpienia. Czasem chcą głębszych emocji. Przychodzą więc do Kościoła, ale często szybko odchodzą.
Bywa też tak, że Kościół nawet gdyby chciał, nie zdąży im nic dać. Rośnie bowiem liczba młodych, którzy religię traktują jak telewizję z pilotem. Dopóki daje poczucie bezpieczeństwa, zostają przy niej; gdy zaczyna wymagać, przełączają się na inny kanał. Kościół zatrzymuje ich na chwilę, dając intensywne, świąteczne przeżycia w rodzaju lednickiego zlotu czy sylwestrowych spotkań wspólnoty z Taize. I trzeba się z tym będzie oswoić, tak jak oswoiły się już Kościoły na Zachodzie. Emocje i doznania duchowe są dziś dla nich produktem, a Kościół sklepem z konkretną ofertą. - Ale najważniejsze jest budowanie małych społeczności, gdzie młodzi mogliby szukać zarówno więzi, jak i odpowiedzi na swoje wątpliwości - twierdzi Edward Ciupak.
Ludzi, którzy w Kościele odnaleźli swoje miejsce, w Lednicy spotkaliśmy wielu. I nie zawsze byli to grzeczni ministranci. Gdy tłum pląsał poloneza, z boku siedziało czterech ostrzyżonych na łyso młodzieńców. Zagadnięci, odburkiwali monosylabami i rzucali spojrzenia, od których ciarki chodziły po plecach. Dopiero po chwili otworzyli się na rozmowę. Okazało się, że to kółko różańcowe z parafii Wiskitki koło Żyrardowa. Paweł Domański, Jarek Michalczyk, Andrzej Kiljanek i Grzegorz Milewski, wszyscy koło dwudziestki. Kończą technika i zawodówki. Wraz z kilkunastoma innymi osobami codziennie wspólnie odmawiają różaniec. Po włosku, chorwacku i łacinie, bo wtedy nie jest tak monotonny. - Na początku to była śmiechawa - przyznaje Jarek. - Bo do różańca się dojrzewa powoli, jasne? - dorzuca Paweł. Po co mu w ogóle różaniec? - Bo pomaga mi się wyspokoić - tłumaczy Paweł.
Najpierw było tak: bez różańca Paweł nie miał wstępu na urządzoną przez księdza siłownię. Ale dziś już religia to jego świadomy wybór. Podobną drogę przeszedł Grzegorz Milewski, który kończy zawodówkę rolniczą. - Były dyskoteki u księdza, fajne dziewczyny przychodziły, ale najpierw trzeba było iść na różaniec - wspomina. Czym się wtedy zajmował? - Walczyłem z winkiem w bramie, bywało, że tłukliśmy ludzi na ulicy, jak nie chcieli dać paru złotych - wspomina. - Jak wszyscy wokół mnie nie miałem żadnych perspektyw. Byliśmy skazani na margines - mówi. Dziś Grzesiek pości w środy i piątki, i codziennie odmawia trzy części różańca. Uczy dzieci przystępujące do bierzmowania. - Gdy ksiądz powiedział, że mam to robić, pomyślałem, że zwariował. Później zrozumiałem, ile ryzykował i jak mi zaufał - mówi Grzesiek. Może sam będzie księdzem? - Eee, nie czuję powołania - śmieje się. Grzesiek i jego koledzy dziękują Bogu, że spotkali księdza, który wiedział, co im zaproponować, by zamiast walczyć z winkiem, mieli siłę wyrwać się ze swego środowiska. Zaczęli zastanawiać się nad swoim życiem, w pewnym momencie poczuli się ważni. Większość naszych rozmówców takiego szczęścia nie miała.
Po 1989 r. Kościół popadł w pewną bezradność. Przemawiał do ludzi tak jak w starych czasach, ale historia mocno przyspieszyła. Dziś pielgrzymka do Częstochowy konkuruje z podróżą do Hiszpanii, a smaku swobody nie trzeba szukać w ruchu oazowym. Rutyna niedzielnych nabożeństw nie pociąga. Młodzi, wychowani na popkulturze, oczekują nowego języka, by umieć przełożyć prawdy wiary na codzienne sprawy twardego kapitalizmu, by wiedzieć, jak żyć. Wbrew popularnym opiniom nie chcą, żeby Kościół zaczął mówić slangiem. Chcą mądrości i zgłębienia prawdy. Szukają. Także w Lednicy.
Liczba uczestników lednickich spotkań co roku zwiększa się o 20 tys. i przekroczyła setkę. Impreza kojarzy się raczej z festiwalami rockowymi czy multimedialnymi happeningami niż z tradycyjnymi zgromadzeniami religijnymi. Młodzi, zebrani pod bramą w kształcie ryby, przechodzą nią w trzecie tysiąclecie. Otrzymują medaliki wybite z lufy czołgu, opłatki w kształcie Biblii czy - w nawiązaniu do przemiany wody w wino w Kanie Galilejskiej - malutkie buteleczki z winem. Cukiernicy prezentują tu swoje torty, bractwo kurkowe wali z armat, galopują ułani, występuje teatr tańca, z telebimu przemawia papież, trwa msza, dwie pary biorą ślub, latają śmigłowce, do wody skaczą płetwonurkowie. Na zarzuty, że to katolicki wodewil, o. Jan odpowiada: - To proszę zrobić dziesięciogodzinną imprezę z wielką głębią. Za nas mówią efekty. Gdy 100 tys. ludzi krzyczy: "Daj mi Jezusa", ma to być wodewil?
Wielu naszych rozmówców w Lednicy, zwracało uwagę, że jest tu, bo czuje wspólnotę z innymi, którzy wierzą, czują i myślą podobnie. Gdy ludzie poczują w nich wspólnotę, pękają lody. Odnajdują się. Spowiednicy, z którymi rozmawialiśmy w Lednicy, opowiadają, że co chwila słyszeli od kolejnego człowieka, iż to jego pierwsza spowiedź od kilku lat. Piotr Berebecki z Rypina, 19-latek w koszulce "Przystanku Woodstock", mówi, że jest tu, bo wciąż szuka odpowiedzi na usłyszane kiedyś pytanie: po co żyć?
Młodzież powtarza, że oczekuje atrakcyjnej oferty Kościoła. Ksiądz Leszek Struk duszpasterz akademicki z Białegostoku, uważa, że ta oferta jest. Tyle że wymaga wysiłku, jakiego młodzi, choć uważają się za "poszukujących", czasem wcale nie chcą podjąć. Oczekują gotowych recept na bezbolesne życie. Odpowiada im status "duchowych wolnych strzelców", którzy wędrują po różnych kościołach, nigdzie nie zagrzewając miejsca.
Na lekcje religii prowadzone przez księdza Leszka w białostockim ogólniaku zapisała się większość uczniów. - Pewnie chcą mieć dobrą średnią - kwituje ich teologiczną gorliwość ks. Leszek. Ostatnio spytał uczniów w ankiecie, jak wygląda ich modlitwa. Na 150 osób tylko dwie przyznały, że w ogóle się nie modlą. Ale średnia wieku na codziennych mszach w Białymstoku, jak wszędzie w Polsce, zbliża się do siedemdziesiątki. Skąd ten rozdźwięk? Ksiądz Leszek opowiada, że kilka dni temu przyszedł do niego młody człowiek, który tłumaczył, że Pana Boga spotyka na co dzień w świecie i nie potrzebuje do tego Kościoła.
- W szukaniu Boga nie potrzebuję pośredników - potwierdza Mariusz Galewski, 23-letni student z Warszawy. Mariusz w podstawówce był ministrantem. Wyniesiona z domu wiara zaczęła topnieć, gdy poszedł do liceum. - Pod koniec liceum został mi już tylko strach przed Bogiem - opowiada. - Gdy miałem klasówkę, wiedziałem, że jak nie pójdę do kościoła, Bóg się zemści i dostanę pałę. Przed maturą Mariusz zbuntował się. Powiedział sobie: nie idę do kościoła. - Nie poszedłem, a i tak zdałem - wspomina. Dziś nie odczuwa potrzeby uczestniczenia w praktykach religijnych. Ale mimo że - jak sam mówi - żyje chwilą, szuka trwałego punktu odniesienia. Co chwila pyta, czy to, co robi w życiu, jest fair. I mimochodem przyznaje, że wciąż szuka więzi z Bogiem. Ostatnio trafił do warszawskiego kościoła barnabitów. - Ksiądz próbował udowodnić, że Bóg istnieje. Słabo mu to szło - śmieje się Mariusz - ale przynajmniej czułem, że traktuje mnie poważnie.
Historia Mariusza po-twierdza, że Kościół jawi się jako miejsce, gdzie odbiera się samodzielność. W polskim Kościele wciąż można spotkać trzydziestokilkulatków, którzy zatrzymali się na etapie wiary sprzed 10 lat, siedzą "blisko księdza", a ich własne życie przecieka im między palcami. Powinni dawać, a wciąż tylko biorą. - Zbytnio przejęliśmy się sobą - tłumaczy ks. Roman Litwińczuk, który niedawno został "generalnym moderatorem", czyli szefem Ruchu Światło-Życie. Ksiądz Litwińczuk chce, by wspólnoty oazowe pracowały w świetlicach terapeutycznych czy domach opieki.
Przenieść wiarę ze sfery czysto duchowych doznań na życiowy konkret próbuje ojciec Wojciech Jędrzejewski, opiekun "Rejsu" - duszpasterstwa szkół średnich na warszawskim Służewie. U niego nie ma - jak w oazach - stopni, hierarchii, podziału na animatorów i uczestników. Rozmawia z podopiecznymi o religii, ale jednocześnie organizuje im korepetycje z polskiego i dyskusyjne koło filmowe. - Młodzi ludzie są przeświadczeni, że religia głównie zabrania seksu, a pozostałe rzeczy, o których mówi, są równie niepraktyczne. Na katechezie nasłuchają się, że Bóg jest, że Bóg kocha, że trzeba chodzić do kościoła. I myślą, że religia to tylko kilka szlachetnych zdań - załamuje ręce.
Takiego praktycznego sensu życia według wskazań wiary szuka od dawna Anna Żelazowska, 23-letnia studentka politologii i prawa z Warszawy. Mówi, że jest osobą poszukującą. - Nie szukam zapewnień, że Jezus mnie kocha, ale konkretnej odpowiedzi: jak żyć w świecie, gdzie mówi się, że pierwszy milion trzeba ukraść. Kilka miesięcy temu pojechała do szkoły nauki społecznej Kościoła, organizowanej dla młodych ludzi przez krakowski Instytut Tertio Millennio. - Zobaczyłam tam studentów i zakonników, którzy byli wierzący i "życiowi" zarazem. Dyskusje dotyczyły gospodarki, polityki, relacji między wiarą a kapitalizmem. Pokazali mi, że religia to nie zbiór księżycowych reguł. Wiem, że jeszcze potrwa, zanim znajdę odpowiedź na moje wątpliwości, ale dziś to szukanie nie pachnie już beznadzieją.
Bo oprócz efektownych spektakli ważna jest szara praca. Przez warszawskie duszpasterstwo "Rejs" co tydzień przewija się około 200 uczniów szkół średnich. Zaleca się im, aby raz w tygodniu byli na mszy, adoracji i brewiarzu. Ale nikt nie kontroluje, jak często chodzą do kościoła. I nie padają tu pytania w stylu: "Bracie i siostro, jak Pan działał w twoim życiu w zeszłym tygodniu?". 14-letnia Olga Walendziak przychodzi do "Rejsu" dwa, trzy razy w tygodniu. - Tu jest zupełnie inny system wartości niż na zewnątrz. Liczy się człowiek, taki jaki jest - opowiada Olga. Rok temu jej starszy brat przestał praktykować.
- Wtedy uświadomiłam sobie, że muszę szukać Boga. Gdybym nie trafiła do "Rejsu", pewnie skończyłabym w jakiejś sekcie - zwierza się "Newsweekowi".
Prowadzącemu "Rejs" ojcu Jędrzejewskiemu zależy, żeby jego podopieczni żyli normalnym życiem. - Jak widzę, że ktoś przychodzi za często, to pytam, czy nie ma jakichś kumpli. Gdy odpowiada, że tylko Pana Jezusa i innych nie ma, mówię: To idź i se znajdź - mówi o. Wojciech. Jest daleki od płaczu nad zlaicyzowaniem młodzieży. Jego zdaniem społeczna i kulturowa rewolucja, która je spowodowała, może nawet oczyścić atmosferę, bo od Kościoła odejdą ludzie przypadkowi. - A przyjdą nowi, traktujący religię nie jak rytuał, lecz jak busolę życiową. Ludzie, którzy będą mieli odwagę podejmować decyzje nieoczywiste i niemodne - tłumaczy o. Wojciech.
Taką decyzję podjął Paweł Meissner, student telekomunikacji z Gdańska. Po trzecim roku wziął "dziekankę" i wyjechał na misje. Pracował wśród Indian w Ekwadorze i Peru, pomagał biednym. Dziś w dominikańskim duszpasterstwie z Gdańska opiekuje się bezdomnymi.
- Kiedy odnalazłem się w Kościele? - pyta retorycznie. - Właśnie w Ekwadorze. Wtedy okazało się, że w Kościele można zrobić coś ważnego dla innych i dla siebie. Dlatego tu jestem - opowiada. - I zostanę.
Widmo strasznego świata.
13 października 2009
Szkoły, korporacje i media wychowują ludzi pod linijkę, bo takim łatwiej wcisnąć produkt. Hodują mistrzów świata w czytaniu instrukcji obsługi telewizora, ale niemających pojęcia o przyjemności, jaką można czerpać z tego, że się telewizor włączy i zasiądzie przed nim z lampką wina. Hodują ludzi, którzy zamiast cieszyć się randką, zostają w domu i robią notatki z Kamasutry.
Coraz popularniejszy staje się gatunek literata, który za wszelką cenę pragnie być jednocześnie twórcą i tworzywem. Taki autor najpierw wymyśla sobie jakieś absurdalne zajęcie, następnie pobiera zaliczkę i przez kilka miesięcy, względnie rok opisuje, jak się czuł w lesie wśród stada wilków, w zamkniętej szafce pod zlewozmywakiem albo jako butelka keczupu. Jeden z reprezentantów tego nurtu, A.J. Jacobs, zasłynął w 2004 r. relacją z detalicznej lektury wszystkich 32 tomów encyklopedii Britannica.
Innym razem przeprowadził eksperyment polegający na outsourcingu swojego życia do Indii (wynajął tam ludzi, którzy odbierali za niego telefony, czytali jego dzieciom bajki na dobranoc i kłócili się z jego żoną). W Polsce ukazała się właśnie jego książka „Rok biblijnego życia”. Tym razem Jacobs przez miesiąc czytał Biblię, by wynotować ponad 700 zasad, a następnie przez 387 dni starał się je stosować co do joty.
Eksperyment zapierający dech w piersiach zarówno wszelkim Richardom Dawkinsom, jak i skromnym katolickim publicystom. Jacobs na wstępie deklaruje bowiem, że jest agnostykiem. Stawia przy tym tezę, że współczesny świat świecczeje między innymi dlatego, że nie czyta Biblii. On zaś pragnie wyruszyć w przeciwnym kierunku – poprzez literalne zaznajamianie się ze Słowem Boga chce w końcu się z Nim spotkać. W tym celu przestaje się golić, wynajmuje fachowca, który nadaje świadectwo koszerności wszystkim jego swetrom (w Księdze Powtórzonego Prawa można znaleźć zakaz mieszania ze sobą różnych włókien), wypłaca opiekunce do dziecka pensję każdego wieczoru, stara się nie używać w rozmowach imienia tenisistki Venus Williams (to imię rzymskiej bogini miłości, w Biblii czytamy zaś: „Imienia bogów obcych nie wymieniajcie”), kamienuje cudzołożników (upuszczając im na buty niewielkie kamyczki), szuka ludzi, którzy przekonują, że Ziemia jest nieruchoma (skoro Pismo mówi, że się „nie zachwieje”), analizuje metody pokładowej gimnastyki dla zwierząt w Arce Noego, wreszcie pogrąża się w neurotycznych rozważaniach, czy skoro przestrzeganie opisanych w Biblii zasad jest jego obecną pracą, to czy zachowując szabat, przypadkiem go nie łamie.
Skutek? Dużo śmiechu plus szczypta psychologicznego ple-ple. Jacobs stwierdza, że po roku zmagań „pustka w kształcie Boga”, którą nosi w sobie każdy człowiek, nadal pozostaje pustką. W świecie nieograniczonych możliwości nauczył się jednak zawężać wybór, przycinać listę dostępnych opcji do swoich możliwości, nie żyć mrzonkami i wieczną frustracją itd., itp.
Tak się złożyło, że kilka miesięcy przed dziełem Jacobsa do amerykańskich księgarń trafiła inna rzecz podobnego gatunku, „No Impact Man” Colina Beavana. Przez rok starał się on wcielać w życie wszystkie nakazy głoszone przez wieszczących nadejście cieplarnianego Armagedonu ekologów i żyć tak, by nie wywierać negatywnego wpływu na przyrodę. Zawiesił podróże, zdemontował klimatyzator, wyrzucił telewizor, przestał jeść mięso i używać produktów jednorazowych, a tych wielorazowego użytku nie mył w detergentach (włosy mył w sodzie do pieczenia, którą stosował też jako dezodorant), nie używał również papieru toaletowego (za żadne skarby nie chciał powiedzieć dziennikarzom, co stosował w zamian).
Piekielna rodzinka.
02 września 2009
Charles Manson do dzisiaj pierze mózgi naiwnym wyznawcom. 75-letni prorok siedzi w więzieniu, ale przeprowadzono z nim dziesiątki wywiadów, zrobiono ikoną zła, do której wzdychają licealiści, gdy spadnie na nich czas młodzieńczego zaćmienia. A przecież trzeba mieć nierówno pod sufitem, żeby – jak Marilyn Manson – wpisywać sobie taką postać na sztandar.
Czterdzieści lat temu w luksusowej posiadłości na Cielo Drive komando Charlesa Mansona bestialsko zamordowało pięć osób, w tym będącą w dziewiątym miesiącu ciąży Sharon Tate, żonę Romana Polańskiego. Na ganku zbrodniarze namalowali krwią Sharon napis „Pig”. Ciała ofiar miały zostać poćwiartowane i wywieszone przed domem, żeby wyglądały jak świńskie półtusze, oprawcy nie zdążyli jednak tego zrobić.
Nie była to pierwsza robota piekielnej rodzinki. Manson od kilku tygodni wcielał w życie ideologię totalnej apokalipsy i wiążącej się z nią eliminacji „świń” (politycznych, ekonomicznych, religijnych). Najpierw wpakował kulkę w brzuch handlarzowi narkotyków, który zaopatrywał rodzinę. Następnie – po wielogodzinnych torturach – wyznawczynie i wyznawcy proroka zamordowali zaprzyjaźnionego muzyka, Gary’ego Hinmana. Po Tate przyszła kolej na przypadkowo wybrane przez proroka małżeństwo LaBianca. Na ranczu, gdzie mieszkali wyznawcy Mansona, został ścięty (przez szesnastolatka, też po długich torturach) jeden z pracowników, który sceptycznie wyrażał się o guru. Po tej akcji wyznawcy Mansona wyprowadzili się na pustynię Mojave. W październiku 1969 r. odnalazła ich policja. W sądzie dowiedziono sekcie 15 zabójstw. Na znalezionej liście planowanych ofiar były jeszcze 34 osoby.
Hollywood było w szoku. Manson cieszył się statusem lokalnej gwiazdy. Bez wysiłku skompletował harem oddanych mu córeczek z dobrych domów, do którego dołączyli ludzie z branży filmowej, niespełnieni artyści. Rodzinę zapraszano do najlepszych domów. Ot, grupa ekstrawaganckich dzieciaków, wpisująca się w obowiązujący klimat uwolnienia się od wszystkich zasad, od państwa, wojen, pieniędzy – jesteśmy przecież u początków New Age, zupełnie nowej ery (a LSD to nasze płatki śniadaniowe).
Jak to się stało, że obłąkany gitarzysta, który niemal całe dorosłe życie spędził za kratami, zdołał wyprać serca i mózgi ludzi wykształconych, sławnych, bogatych, fundując im autorską sałatkę z elementów chrześcijańskiej terminologii, satanizmu, pogańskich wierzeń, nazizmu i obsesji seksualnych? Jak to się dzieje, że pierze im mózgi do dzisiaj? Z siedzącym w więzieniu stanowym w Corcoran w Kalifornii, dziś 75-letnim guru przeprowadzono dziesiątki wywiadów, zrobiono zeń ikonę zła, do której wzdychają licealiści, gdy spadnie na nich czas młodzieńczego zaćmienia, garażowego buntu (jego postać pojawia się nawet w kultowej kreskówce „South Park”). Proszę wybaczyć, trzeba mieć naprawdę nierówno pod sufitem, żeby wpisywać sobie taką postać na sztandar.
Każdy, kto chce dziś widzieć w Mansonie ciemnego rycerza wzniosłych sił, który kopniakami chce zerwać zasiedziałą ludzkość do galopu, niech zapozna się z tekstem Jana Józefa Szczepańskiego, zamieszczonym w miesięczniku „Znak” w 1974 roku.Szczepański zgromadził obfite dossier, detalicznie opisuje mordy dokonane przez wyznawczynie (tak, wyznawczynie!) Mansona. Co o naszej epoce mówi fakt, że zbrodniarz i psychopata stał się gwiazdą popkultury? Skąd bierze się w ludziach chęć zburzenia katedr wznoszonych od tysięcy lat, by później z pozostałych cegiełek zbudować ziemiankę i ogłosić ją świątynią nowych czasów? Szczepański odpowiada krótko: z nudy.
Tagi: Szymon Hołownia
Ciszej nad tym grobem.
03 sierpnia 2009 11:04,
Ideolodzy lewicy i prawicy, zwracam się do was z uprzejmą prośbą – odpieprzcie się od powstania. Nie wszczynajcie dyskusji, czy zrobić 1 sierpnia świętem narodowym. Kto w obliczu cierpienia rozdziera nie swoje szaty, gardłuje nad krwią, której sam nie przelał, ten jest po prostu śmieszny.
W przeddzień rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego na stronach „Krytyki Politycznej” ukazał się tekst Bartosza Machalicy, który wydarzenia sprzed 65 lat kwituje w zasadzie jednym słowem: zbrodnia. Nie zbrodnia Niemców, dla których powstanie stało się wymarzonym pretekstem, żeby wymazać z powierzchni ziemi Warszawę, nie Sowietów, którzy stali za rzeką i czekali, aż stolica się wykrwawi. To, co zrobili generałowie Komorowski, Okulicki i Pełczyński, było zbrodnią przeciwko Polsce. W imię romantycznych mitów i świętej polskiej naiwności (która każe wierzyć, że gdy tylko stajemy w dobrej sprawie, Niebo będzie walczyć za nas) poświęcono życie ponad 200 tysięcy ludzi. Wśród nich młodzieży, która po wojnie mogłaby tworzyć zrąb nowej państwowości. Zniszczone miasto, wykrwawione elity narodu – prezent dla Hitlera, prezent dla Stalina. Warto było?
Machalica, dla którego powstanie to (tak jak dla mnie) prehistoria, swój sąd buduje między innymi na opiniach ludzi, którzy w nim walczyli. A te są różne. W ciągu ostatnich kilku lat przeczytałem chyba ze 20 różnych opracowań, wniosek mam jeden: decyzję, którą podjęli przywódcy AK, trudno nazwać inaczej niż kontrowersyjną. Nie czuję jednak, że ktokolwiek dał mi prawo do moralnej oceny jej skutków, skoro w życiu nie widziałem wycelowanej w mój dom lufy czołgu, stolicę zaś przemierzam samochodem, a nie kanałami. Przypatruję się debacie, którą toczą między sobą powstańcy, ale nie zamierzam brać w niej udziału.
Nie chcę stawać na którejś z linii zupełnie nowego frontu. Historię przejęli dziś od historyków ideolodzy, zamiast ustalania faktów mamy robienie „polityki historycznej”. Z jednej strony prawica, która dzierga swoją wersję narodowej mitologii, z emfazą i podnieceniem podchwytuje tezy Jarosława Marka Rymkiewicza o tym, że rok 1944 był niezbędnym, krwawym chrztem Polski (bo tylko na krwi da się budować narodową i państwową świadomość). Z drugiej lewicowcy, którzy tak jak Machalica czy cytowany przezeń Paweł Dybicz z „Przeglądu” piszą, że „Powstanie Warszawskie to była ŚMIERĆ, PRZEDE WSZYSTKIM ŚMIERĆ i warto o tym pamiętać, kiedy zobaczymy zaproszenie na jakiś trendy powstańczy koncert, ujrzymy trendy powstańczy mural, czy inny wykwit prawicowej polityki historycznej”.
Nie wiem, czy powstanie było zbrodnią. Zbrodnią z pewnością jest taniec, który polityczni ideolodzy odprawiają na powstańczych grobach. Nie zgadzam się na wmawiany mi koncept, w myśl którego mój głos oddany na PiS lub Lewicę będzie odczytany jako poparcie dla czyjejś wizji powstania czy Westerplatte. Ideolodzy lewicy i prawicy, zwracam się dziś do was z prośbą – odpieprzcie się od powstania. Nie wszczynajcie znowu dyskusji, czy 1 sierpnia zrobić, czy nie zrobić świętem narodowym. A jeśli tak, to czy obchodzić je z podniesioną głową, czy jako pamiątkę narodowego samobójstwa.
Za rok, przy kolejnej rocznicy, otoczmy powstanie immunitetem. Historycy niech debatują do oporu, a my uczcijmy to, co niewątpliwe. Tysiące przerwanych życiorysów. Normalnych, uśmiechniętych, kochających ludzi, którym nie dane było dożyć jutra. Jak ktoś lubi – niech biega teraz, szuka winnych, tropi spiski. Ja chciałbym posiedzieć przy ich grobach. Pomyśleć, tak jak myślę o wszystkich męczennikach. O trapistach, zabitych przez islamistów w 1996 roku w algierskim Tibhirine, o walczącym o prawa biednych Oscarze Romero, arcybiskupie San Salwadoru, zastrzelonym w czasie odprawiania mszy w marcu 1980. Zastanowić się, dlaczego tak mi trudno zrozumieć ludzi, którzy są gotowi oddać życie za Sprawę. Ja, tak jak pewnie większość moich znajomych, w obliczu takiej śmierci wiałbym gdzie pieprz rośnie. Zwyciężyłby paradygmat: chroń swoje życie, zrobisz więcej dla kraju czy Kościoła, gdy będziesz żywy, a nie zmarły. Patriotyzm? A cóż to jest patriotyzm, gdy ludzie w ciągu życia dziesięć razy zmieniają kraj zamieszkania?
Ideolodzy lewicy i prawicy, zwracam się do was z uprzejmą prośbą – odpieprzcie się od powstania. Nie wszczynajcie dyskusji, czy zrobić 1 sierpnia świętem narodowym. Kto w obliczu cierpienia rozdziera nie swoje szaty, gardłuje nad krwią, której sam nie przelał, ten jest po prostu śmieszny.
Wracając do powstania. Zastanawiam się, czy nie najuczciwiej podchodzą do niego ci, którzy tak jak mój licealny kolega Tomek Bagiński, chcą od razu zrobić z powstania to, co zrobiono z bitwy pod Grunwaldem – okazję do tego, by na co drugim polskim podwórku nasi lali Krzyżaków. Film Tomka (tytuł mówi wszystko: „Hardkor ’44”) ma być miksem strzelanki, fantasy i „Władcy Pierścieni”. Polacy mają tu przypominać Terminatorów, Niemcy wrednych cyborgów. Pomysłowi podobno patronuje Muzeum Powstania Warszawskiego. Szanuję muzeum, rozumiem cel, boję się tylko, by z miejsca, w którym pielęgnuje się pamięć, nie zmieniło się w wytwórnię historiopochodnego lansu (bo kto mu na przykład zabroni wypuścić na rynek linię powstańczej żywności?).
To jednak nie mój kłopot. Kilka lat temu kupiłem w muzeum plakietkę ze zdjęciem dwojga powstańców, najwyraźniej zakochanej pary. Pamiętam o nich każdego 1 sierpnia. Nie pytam o sens ich życia czy śmierci. Człowiek, który w obliczu cierpienia rozdziera nie swoje szaty, gardłuje nad krwią, której sam nie przelał, jest po prostu śmieszny.
Dawkins by się uśmiał.
31 lipca 2009 14:23, ostatnia aktualizacja 03 stycznia 2010 23:12
Zgodnie z nowym prawem sąd będzie mógł skazać za bluźnierstwo chrześcijanina, który powie, że nie wierzy w Allaha. Nie w Iranie. W Irlandii. A przecież wyznanie wiary na tym właśnie polega, że uznaje się jakiegoś Boga, a w resztę bóstw nie wierzy.
Parlament Irlandii znalazł patent na dziury w budżecie – znowelizował ustawę zakazującą bluźnierstw. Do tej pory za opublikowanie w prasie bluźnierczego manifestu można było pójść do paki na lat siedem, teraz zakaz rozszerzono również na wypowiedzi ustne, a karę więzienia zastąpiono grzywną (do 25 tysięcy euro). Ministerstwo sprawiedliwości wyjaśnia, że chodzi o to, by tępić tych, co chcą tylko zrobić skandal, a jeśli ktoś udowodni, że jego produkcja to dzieło artystyczne albo naukowe – z kary ma być zwolniony.
Ustawa ma chronić wyznawców wszystkich religii, teoretycznie więc żydów będzie można ukarać za to, że mówią głośno (dajmy na to w jakiejś skandalizującej dla chrześcijan formie), iż Chrystus nie jest Mesjaszem, a chrześcijan za to, że (to z kolei skandal dla muzułmanów) nie uznają Allaha.
Twórcy nowelizacji pokazują, jak zabawnie wygląda zlaicyzowane państwo biorące się do regulowania spraw, których nie rozumie (przecież wyznawanie wiary na tym polega, że uznaje się jakiegoś Boga, a w resztę bóstw nie wierzy). A jednak coś mnie w niej ucieszyło. Może to niezbyt chrześcijańskie, ale uśmiechnąłem się do myśli, że ofiarą tej postępowej ustawy przy okazji następnej książki lub wykładu padnie może Richard Dawkins, znany piewca postępowej (choć starej jak świat) tezy, że wiara w Boga jest równie irracjonalna jak wiara w orbitujący wokół Słońca czajniczek.
O Dawkinsie warto przypomnieć, bo kiedy wydał „Boga urojonego”, poszły za nim rzesze ludzi zmagających się z religijnymi kłopotami. Tyle że on robi ich po prostu w balona. Zarzucając religiom, że tumanią ludzi, zarażając śmiertelnym „wirusem Boga”, Dawkins sięga po te same narzędzia. Jestem upośledzony, bo wierzę w Boga, którego przecież nie ma – rzuca mi w twarz Dawkins.
Ja z równą łatwością mogę stwierdzić, że upośledzony jest Dawkins, który nie dostrzega oczywistego faktu, że Bóg jest. Ani jego teza, ani moja nie dają się zweryfikować empirycznie. Dlaczego więc indoktrynacja Dawkinsa ma być lepsza od mojej? Bo moja jest podszyta gwałtem – tłumaczy znany autor. Wiara równa się religia, a religia równa się fanatyzm, religie były przyczyną wielu wojen. A polityka i gospodarka nie były? Czy dlatego, że każdą ideę są w stanie skalać zaburzone jednostki, mamy znieść wolny rynek i skasować wybory?
Gdy Dawkinsowi kończą się argumenty, zaczyna jechać ludziom po emocjach. Czym innym, jak nie indoktrynacją czystej wody jest fragmencik tłumaczący, że wierzący są jak dzieci, którym tato kazał wierzyć w Zębową Wróżkę. Wniosek jest prosty – czas wydorośleć, panie i panowie. Wszyscy, którzy to czytają, czują się mile połechtani – człowiek stał dotąd w infantylnym tłumie, nagle ktoś zaprasza nas do VIP-roomu dojrzałych.
Największy grzech Dawkinsa polega na tym, że wmawia on ludziom, iż debata o wierze może się zacząć i skończyć w laboratorium. Z pasją reanimuje trupa tzw. ateizmu naukowego. Jestem biologiem, badam świat, śladu Boga nie stwierdzam. „Wiara polega na czymś zupełnie innym niż zgadywanie fizycznych przyczyn powstania świata” – zauważa wybitny czeski teolog, ksiądz Tomasz Halik. „Bóg nie jest fizyczną przyczyną świata, ale tajemnicą jego sensu”.
Zgodnie z nowym prawem sąd będzie mógł skazać za bluźnierstwo chrześcijanina, który powie, że nie wierzy w Allaha. Nie w Iranie. W Irlandii. A przecież wyznanie wiary na tym właśnie polega, że uznaje się jakiegoś Boga, a w resztę bóstw nie wierzy.
Jeśli rozmowa ma się nie skończyć w ślepej uliczce, na gapieniu się na wyniki badań, człowiek musi odpowiedzieć na pytanie, jak chce je interpretować. Dla mnie ewolucja to element Bożego planu, dla Dawkinsa – proces pozbawiony celu. Prezentujemy swój pogląd, żaden nie ma dowodów wykluczających przekonanie drugiego. Po raz kolejny potwierdza się obiegowa teza, że ateizm to też forma religii. Wiary w to, że Boga nie ma.
Śliczną ilustrację tego przynosi magazyn „New Humanist”. Zamieścił pamiętnik niewierzącego ojca, który zauważył, że jego katolicka żona podsuwa dzieciom Biblię, a one nie mogą się od niej oderwać. Zaniepokojony postanowił zapobiec indoktrynacji, szukając dla pociech jakiejś wersji Dawkinsa dla najmłodszych. Nie znalazł. Przyjaciele poradzili mu, żeby zaczął podsuwać im święte księgi innych religii albo teksty Ericha von Dänikena, który twierdzi, że Ziemię założyli kosmici. Niestety, dzieci nudziły się przy science fiction i dalej czytały Biblię.
W końcu ojciec miał tyle odwagi, by przyznać się przed sobą, że nie chodziło mu wcale o to, by zachować laboratoryjną czystość, by umieścić dzieci w sklepie z argumentami, z którego oferty wybiorą coś dla siebie. „Możecie mnie nazwać nietolerancyjnym, nie chcę mówić dzieciom, w co mają wierzyć, ale będę rozczarowany i niezadowolony, jeśli wpadłyby w objęcia religijnych stereotypów”. A więc – mogą wybrać, co chcą, byleby nie wybrały tego, czego nie wybrał też tatuś. Humanistyczny piewca absolutnej wolności? A skąd. Misjonarz w czystej postaci.
Jeśli Richard Dawkins przestanie twierdzić, że obiektywnie opisuje świat, jeśli przyzna się wreszcie, że on też głosi po prostu swoje subiektywne credo – będę przed irlandzkim sądem świadczyć, że on też ma prawo głosić to, w co wierzy. Słowo (otumanionego) katolika.
Radny Brudzyński - mękoła, nie męczennik.
24 lipca 2009
1. W przypadku radnego Brudzyńskiego zaciera się subtelna granica między męczeństwem a lansem. 2. Upadek papieża, hipokryzja Polaków. 3. Wanda Nowicka wytoczyła proces Asce Najfeld. Jak rozstrzygnąć spór kogoś, kto walczy w złej sprawie złymi metodami, z kimś kto walczy w sprawie ewidentnie dobrej, sięgając - bywa - po chyba nie najlepsze metody?
1. Czy ktoś z was widział może na TVSilesia "Niewolnicę Isaurę" ze śląskim dubbingiem? Wstrząsające wrażenie. Czy ktoś ma ochotę na jeszcze więcej wrażeń? Niech przeczyta dziś w Gazecie Stołecznej obszerny wywiad z Marianem Brudzyńskim, do niedawna nikomu nieznanym radnym, który w czasie wakacyjnej posuchy w mediach robi obecnie karierę na plecach Madonny, próbując uniemożliwić jej koncert. Że go nie uniemożliwi to jasne, ale co sobie nabije politycznego kapitału, to przecież jego, nieprawdaż.
Ten wywiad każdy powinien przeczytać osobiście. Człowiek czuje się jak w Parku Jurajskim, jakby go przeniosło w epokę prekambru. Tak fantazyjnego miszmaszu wątków patriotycznych, religijnych i politycznych nie widziałem od czasów wczesnego ZChN. Radny Brudzyński sugeruje tam, że msza polowa przeciwko Madonnie, którą chciał zorganizować byłaby porównywalna z mszą papieską na placu Zwycięstwa oraz z cudem nad Wisłą. Że Jarosław Kaczyński sieje zamęt, a Radio Maryja czci Matkę Boską PIS-owską. Że on osobiście będzie kontynuował krucjatę i odwoła się do Episkopatu oraz do papieża, bo "byłem pewien, że kapłani nas wspomogą, dla mojej rodziny zawsze wiele znaczyli jako ludzie mężni i oddani służbie Bożej. Ale w Warszawie - czyja władza tego religia".Błyska refleksją eklezjologiczną ("Koncert piosenkarki Madonny i postawa kurii to dowody na tezę, że w polskim Kościele trwa schizma. Ten wątek rozwinę w skardze."). Porównuje się do męczenników mordowanych za wiarę (ostatnio w Indonezji) ("połączenie jest takie: w Azji giną za wiarę, a nasi księża w Warszawie paktują z tronem"). W roli Dioklecjana i Nerona obsadza rzecz jasna abp Nycza oraz Hannę Gronkiewicz Waltz. Na końcu zaś deklaruje, że skoro katolicy nie chcą odprawić mszy, on załatwi żeby odprawili ją lefebryści (czyli znowo mamy bunt w Kościele jak za czasów denominacji księdza prałata Jankowskiego). Okazując przy okazji, że gorąca wiara nie zawsze idzie w parze z wiedzą ("grupa św. Piusa X, która właśnie wróciła do Kościoła katolickiego", ten cytacik mówi sam za siebie). Lefebryści rzecz jasnaskwapliwie z okazji skorzystają. Każdy sposób jest dobry by pokazać nam z braterską troską jak bardzo błądzimy.
Bogu dzięki, że warszawska Kuria zachowała się w tej sprawie, tak jak się zachowała. Czyli zgodnie z instrukcją Redemptionis Sacramentum, która wyraźnie mówi że mszy nie należy łączyć z żadnymi wątkami politycznymi czy jakimkolwiek pozareligijnymi. Nie powinno i nie może być zgody na to, żeby księża godzili się na odprawianie Najświętszej Ofiary na prywatnej politycznej imprezie pana radnego. Mnie dziwi tylko, że on, człowiek który we wspomnianym wywiadzie deklaruje tak wielkie przywiązanie do rytu trydenckiego i nabożną cześć do Eucharystii nie dostrzega niestosowności w tym, że będzie sobie teraz Pana Jezusa ciągnął za rękaw, tak żeby On mu pomógł zablokować jakiś koncert, albo urządzić dla niego konkurencję. Jezus nie będzie konkurencją dla Madonny. Matka Boska też nią nie będzie. Każdy powinien sam zdecydować gdzie jest w tym dniu jego serce.
Decyzja kurii wytrąciła mediom z rąk argument "znowu ci zacofani katolicy protestują przeciwko normalnej zabawie". Dalsze tworzenie przez Brudzyńskiego poczucia, że 15 sierpnia katolicy i wierni będą na mszy Brudzyńskiego, a reszta będzie tam gdzie stało ZOMO to gruba manipluacja religią. Kuria sugeruje - to są sprawy , które rozstrzyga się w sumieniu. Jeśli panu radnemu tak zależy, żeby ludzie zrozumieli jaki nietakt popełnili organizatorzy koncertu (a popełnili), powinien zamiast szukać sztamy z lefebrystami zgłosić się do swojej parafii i popracować nad edukacją młodzieży. Dramatyzm jego postawy odrobinę osłabia też chyba złożona w jednym z programów informacyjnych deklaracja, że jego dzieci jak i on sam lubią przeboje Madonny, z których pan radny wymienił np. "La Isla Bonita".
Męczeństwo pana radnego jest rzeczywiście spektakularne. Na tyle spektakularne że w jego wypadku zaciera się granica między męczeństwem i lansem. Prześladuje go zła część Kościoła, więc on poszuka sobie sprzymierzeńców u tych, co nie pozostają w łączności z Papieżem, następnie udzieli paru wywiadów gazetom, założy ruch na którego czele stanie i o którym na pewno usłyszymy w najbliższych wyborach. Pomęczy nas jeszcze swoimi refleksjami przez mniej więcej miesiąc. A wczesną Zimą wystąpi na przykład z dramatycznym apelem w obronie Świąt Bożego Narodzenia. Boże, broń nas od takich obrońców wiary. Z jej przecwinikami (i z Madonną) poradzimy sobie sami.
2. Na onecie informacja, że papież połamał sobie nadgarstek i miał operację. Poniżej komentarze Internautów. "A po co operacja, modlitwa nie wystarczy?". "Gdyby miał fajną gosposię, na pewno nie miałby problemów z nadgarstkiem". " A to Opatrzność nie mogła go powstrzymać"? To wszystko wisi. Ludzie dopisują nowe, takie same. Dziesiątki takich samych komentarzy. Co za hipokrytyczne społeczeństwo, które (debilny, to fakt) żart ojca Rydzyka będzie mielić oburzone na wszystkie możliwe strony, a takie chamstwo i głupotę wpisuje bez cienia żenady. Z informacją o tych komentarzach zadzwonił do mnie kolega ksiądz, zafrapował go wątek ludzi dopytujących jak Chrystus czuwa nad swoim Namiestnikiem, skoro ten musi wylądować w szpitalu. Ja takiej głębi w tych pytaniach dostrzec nie umiem. Dla mnie jest to gadanie ludzi, stojących pod krzyżem Chrystusa, z których jeden pędzi, żeby go napoić octem, drugi krzyczy: czekaj, zobaczymy czy przyjdzie Eliasz, żeby go wybawić. To nie jest pytanie, o źródło cierpienia w świecie, bo takiego pytania nie da się stawiać inaczej niż trzymając za rękę cierpiącego człowieka. W innym wypadku jest to albo czcze podglądactwo (jak tutaj) i głupie żarciki, albo akademickie debaty, które nikomu nie przynoszą ani chwały ani sensu.
3. Zajrzyjcie na stronę mamproces.pl. Wana Nowicka wytoczyła proces Asce Najfeld, za to że ta powiedziała że jest na liście płac przemysły aborcyjnego. Na stronie dostępne są chyba klipy z wystąpieniami red. Ziemkiewicza i Terlikowskiego. Z jednej strony - w tym sporze całym sercem jestem po stronie Aśki, bo ona walczy o słuszną sprawę. Rozum zadaje mi jednak pytanie, jak walczy, czy tak można. I jak walczyć inaczej, gdy z drugiej strony stoja ludzie, którzy też bynajmniej nie przebierają ani w epitetach, ani w środkach. Walka o zło złymi metodami i walka o dobro metodami czasem nienajlepszymi. Rację moralną ma w mojej ocenie Aska, kłopot w tym że sądowi może to nie wystarczyć, mam (szczerą) nadzieję, że będzie w stanie dowieść czarno na białym, tego o czym mówiła.
Tu chodzi o ludzi, którzy się wahają i może już docierają do nich jakieś argumenty, tyle że później na jakimś spotkaniu ktoś im pokaże film na którym nasza strona krzyczy i wali na oślep, tamta też i tak stracimy kolejnego człowieka. Bardzo jestem ciekaw waszego zdania. Cholernie trudna sprawa. Serce kontra rozum. Może każdy po prostu powinien robić swoje?
Czarowanie na ekranie.
13 lipca 2009 0
Kiedyś media miały ambicję opowiadać świat, wyznaczać mu kierunki, być nauczycielem. Dziś nauczyciel tańczy przed nosem zblazowanych uczniów, rozbiera się stopniowo, podryguje i klaszcze. Nam w mediach coraz częściej chodzi o jedno – chcemy, żebyście na nas patrzyli. Płacicie nam za to, żebyśmy byli waszymi błaznami.
Studenci Politechniki Warszawskiej zajęli trzecie miejsce w konkursie na budowę tunelu pod Cieśniną Beringa. Najciekawsza część projektu to pomysł, jak urządzić dwie mile pomiędzy leżącymi na jej środku wyspami. Duża Diomeda należy do Rosji, Mała Diomeda – do Alaski. Przez środek przebiega linia zmiany daty, nie rządzi żadne z mocarstw, nie płynie czas. Gołym okiem widać, jak arbitralne są wszystkie wytyczane przez ludzi granice. Polscy studenci chcą tam wybudować pępek świata. Ustawić wielką szklaną kulę – miejsce na koncerty, konferencje, podwójne świętowanie sylwestra. Miniaturkę kuli oglądalibyśmy na żywo na ekranach telewizorów i to jest clou tej idei. Kula byłaby bowiem podłączona do wszystkich mediów świata i w zależności, czy w danej chwili jest więcej wiadomości dobrych, czy złych – zmieniała barwę (z zielonej na czerwoną i odwrotnie).
Student to człowiek młody i pewnie dlatego naiwny. Nie wie jeszcze, że ten genialny pomysł pogrzebiemy my, dziennikarze. Wystarczyłoby przecież, gdyby żacy wykonali wstępne testy, podłączając się do polskich mediów. Czerwień i zieleń? A gdzie tam. Kula zaświeciłaby pewnie w kolorze sraczkowatozłotym, po czym wybuchłaby z hukiem. Nadwiślańskie headline’y z ostatniego tygodnia: Kuba Wojewódzki włożył karton wina do ferrari. Inna gazeta, inna sensacja: kucyk, który sam zgłosił się na policję, oraz pani zaatakowana przez śmierdzące jajo. W poważnej newsowej telewizji debata ekspertów, czy śp. Michael Jackson zażywał 55 tabletek dziennie, oraz opowieść o pułkowniku Kaddafim, który na szczycie G8 kazał zatrzymać limuzynę, szedł poboczem, medytował i wymachiwał białą parasolką.
Młodzi architekci, zapytajcie kolegów z dziennikarstwa. Media do niczego się wam nie przydadzą. Kiedyś miały ambicję opowiadać świat, wyznaczać mu kierunki, być nauczycielem. Dziś nauczyciel tańczy przed nosem zblazowanych uczniów, rozbiera się stopniowo, podryguje i klaszcze. Nam w mediach coraz częściej chodzi o jedno – chcemy, żebyście na nas patrzyli. Płacicie nam za to, byśmy byli waszymi błaznami.
Żeby się wam nie nudziło, wyczarowujemy wirtualne światy. Najprostszy sposób: zaprosić polityka, by skomentował to, co przed chwilą powiedział nam inny polityk. A później trzeciego, by skomentował dwóch pierwszych. Godzinę temu nic nie było, teraz mamy temat na cały tydzień. Sposób drugi. Wymyślamy sobie coś, puszczamy w obieg jako plotkę i patrzymy, jak zaczyna żyć własnym życiem. Przykład z ostatniego tygodnia. Koledzy publicyści z „Na żywo” robią okładkę „Gardias i Hołownia – jaką będą parą?”. W środku już precyzyjniej, podobno mam z koleżanką prowadzić program „Dzień dobry TVN”. Na portalu dziennik.pl z miejsca pojawia się tekst: „Dementujemy! Jednak nie poprowadzą!”. Koledzy w Wielkiej Brytanii tłumaczyli mi kiedyś, jak sprzedać gazetę. Na pierwszej stronie dajemy zdjęcie królowej na spacerze z corgie oraz wielkim drukiem pytanie: „Czy królowa ma romans z tym psem?! Czytaj strona szósta!”. Na stronie szóstej zaś się oburzamy: „Nie! A dlaczego miałaby mieć?! Co za pomysł?” (rzecz jasna doniósł nam o tym anonimowy informator).
Kiedyś media miały ambicję opowiadać świat, wyznaczać mu kierunki, być nauczycielem. Dziś nauczyciel tańczy przed nosem zblazowanych uczniów, rozbiera się stopniowo, podryguje i klaszcze. Nam w mediach coraz częściej chodzi o jedno – chcemy, żebyście na nas patrzyli. Płacicie nam za to, żebyśmy byli waszymi błaznami.
Obóz drugi to ostrzejsza wersja pierwszego. Balansuje się nie tyle na granicy kory mózgowej, ile kryminału. Brytyjski „The Guardian” wykrył ostatnio, że brukowiec „News of The World” włamywał się do telefonów znanych ludzi (aktorzy Jude Law, Gwyneth Paltrow, politycy), czytał ich SMS-y, odsłuchiwał pocztę. „Czytelnik ma prawo wiedzieć, to są osoby publiczne!” – będą się tłumaczyli redaktorzy. Takie myślenie paraliżuje dziś dziennikarstwo. Bawimy się w koło łowieckie – na przemian dokarmiamy polityków i celebrytów i do nich strzelamy (doskonale pokazał to casus Jacksona).
Każdy z nas wchodząc do zawodu, z wypiekami na twarzy obiecywał sobie, że będzie śledził życie. Tyle że większość z nas straciła z nim kontakt, niestety. Przekonał się o tym kolega z CNN, który pojechał na Małą Diomedę, żeby zapytać, co tam sądzą o Sarah Palin. Zelektryzowała ona Amerykę tekstem, że zna się na polityce zagranicznej, bo z jej stanu, Alaski (czyli właśnie z Diomedy), widać Rosję. A kto to jest Sarah Palin? – zapytali zaskoczeni mieszkańcy.
Kochani studenci politechniki, mówicie, że wasz projekt trafi do realizacji pewnie najwcześniej za ćwierć wieku. Wtedy nas, dziennikarzy, już nie będzie. Będą entertainerzy, a ci z nas, którzy zatęsknią za prawdziwym światem, zaczną pisać reportaże albo kręcić dokumenty. W religia.tv pokazujemy francuski serial „Sześć miliardów innych”. Wielki projekt – sześć tysięcy wywiadów, sześć tysięcy ludzi z różnych zakątków świata, którym stawiane są te same pytania: czym jest miłość, Bóg, prawda. Przy okazji opowiadają całe życie. Pokazujemy go o 19.30, w tradycyjnej porze „Wiadomości”. Nie chcę już o tej porze oglądać nic innego. To nie jest tekst hipokryty, który krytykuje coś, w czym sam tkwi po uszy. To rachunek sumienia i pytanie, jak wreszcie dać ludziom coś, na czym mogą oprzeć nogi, zamiast poczucia, że prowadzimy ich donikąd, i to po ruchomej wydmie.
Zostawmy go w spokoju.
10 lipca 2009 11:27,
Czy zabity przez talibów polski geolog powinien zostać ogłoszony świętym, jak chcą niektórzy katoliccy publicyści? Być może Piotr Stańczak już w niebie jest (i to z pewnością nie sam – organizacja „Kościół w potrzebie” szacuje, że każdego dnia na świecie z powodu swojej wiary ginie prawie 500 chrześcijan), ale to jest sprawa między nim a Bogiem. Nam nic do tego.
Koledzy z portalu Fronda.pl ogłosili, że trzeba by sprawdzić, czy zabitego w Pakistanie polskiego geologa Piotra Stańczaka nie dałoby się ogłosić świętym. Niemiecka agencja DPA doniosła bowiem, że Stańczak przed śmiercią otrzymał ofertę przejścia na islam. Polak miał odpowiedzieć, że rozważy to, jeśli porywacze uwolnią go i pozwolą mu dowiedzieć się o ich religii czegoś więcej.
Pakistańskim katechetom w kominiarkach i z kałachami nie spodobała się jednak ta odpowiedź, postanowili więc niedoszłego ucznia zabić. Fronda.pl sugeruje, że sytuacja ta wyczerpuje znamiona męczeństwa poniesionego za wiarę, a więc Stańczaka można by nawet wynieść na ołtarze szybszą drogą – w kościelnym procesie kanonizacyjnym męczennika nie ma konieczności dowodzenia cudów.
Przyznam, że kiedy usłyszałem o tym po raz pierwszy, zdrowo mną zatrzęsło. Przypomniałem sobie Annę Radosz, 27-letnią chorą na nowotwór kobietę, która zmarła w maju 2007 roku. Była w ciąży i odmówiła przyjęcia wyniszczającej organizm chemii. Nawet za cenę swojego życia chciała urodzić zdrowe dziecko. Do jej historii natychmiast wzięli się politycy (Roman Giertych wystąpił o przyznanie jej orderu) i lokalna prasa, rozkwitła debata na katolickich portalach.
Tych, którzy doszli do wniosku, że Radosz byłaby ikoną, cudowną patronką „cywilizacji życia”, która pomogłaby jej ostatecznie zwalczyć panoszącą się „cywilizację śmierci”, zaraz zaczęli jednak studzić bliscy i znajomi pani Anny. Całą wrzawę odebrali oni jako nieprzemyślaną próbę zawłaszczenia pamięci bliskiej im osoby. Gorące głowy zaczęli studzić nawet ludzie Kościoła. „Nie wolno traktować drugiego człowieka instrumentalnie, nawet dla promowania słusznych idei” – pisał na wiara.pl ks. Artur Stopka.
I dlatego też należy zostawić w spokoju Stańczaka. Choć i on doskonale pasowałby niektórym na wojenne sztandary. Od dnia ataku na WTC kolejna linia frontu rysuje się przecież wyraźnie. U naszych bram staje świat symbolizowany przez zabójców geologa, w których chorych głowach tkwi jedyny zrozumiały dla nich sposób zarządzania Ziemią: podbój oraz zemsta.
Chrześcijanie ofiarę takiej ślepej agresji obwołują czasem świętym (patrz św. Wojciech czy św. Stanisław). Mają patrona, do którego będą mogli się odwoływać, gdy konfrontacja się nasili. Który przypomni prawdę nie do pomyślenia w świecie sukcesu oraz kompromisów – jeśli żądają od człowieka, żeby wyrzekł się siebie, czasem niestety trzeba może wybrać śmierć. Przegrać, aby wygrać znacznie więcej.
Ale tu pojawia się kłopot pierwszy. Nie wiemy, czy Piotr Stańczak chciałby być patronem takiej sprawy. Jego rodzina milczy. Od znajomych, gdy już zaczną się wypowiadać, usłyszymy być może to, co słyszeliśmy od znajomych Anny Radosz: odczepcie się od naszych bliskich, uszanujcie tragedię, zostawcie nas w spokoju.
Koledzy z Fronda.pl sami rozpoczęli już jednak proces uprzątania jego życia, dopytując, czy – jeśli żył w związku niesakramentalnym i nie okazywał swojej wiary w specjalny sposób – nadaje się na katolickiego świętego. Sugerują, że tak, powołując się przy tym na zasadę z pierwszych wieków chrześcijaństwa – męczeńska śmierć, czyli tzw. chrzest krwi, zmywa wszystkie grzechy człowieka i otwiera mu drogę wprost do nieba
Czy zabity przez talibów polski geolog powinien zostać ogłoszony świętym, jak chcą niektórzy katoliccy publicyści? Być może Piotr Stańczak już w niebie jest (i to z pewnością nie sam – organizacja „Kościół w potrzebie” szacuje, że każdego dnia na świecie z powodu swojej wiary ginie prawie 500 chrześcijan), ale to jest sprawa między nim a Bogiem. Nam nic do tego.
Tu jednak gorliwość kolegów trafia na kłopot drugi. Być może Piotr Stańczak już w niebie jest (i to z pewnością nie sam – organizacja „Kościół w potrzebie” szacuje, że każdego dnia na świecie z powodu swojej wiary ginie prawie 500 chrześcijan), ale to jest sprawa między nim a Bogiem. Bo kanonizowanie go nie będzie wcale takie proste.
W historii Kościoła było wielu świętych, którzy nigdy by pewnie świętymi nie zostali, gdyby nie zmarli właśnie tak, jak zmarli (o. Maksymilian Kolbe, ksiądz Popiełuszko). Nigdy jednak nie odpuszcza się im badania życiorysów, listów, relacji, przesłuchania świadków. Dlaczego? Bo Kościół wie już, że nie da się postrzegać świata wyłącznie jako pola nieustannej, krwawej bitwy (Zachodu z islamem, sił dobra z siłami ciemności). Chrześcijaństwo to nie zakon rycerski, który ma albo bronić, albo podbijać. „Napełniliście cały świat mogiłami i grobami” – narzekał w IV wieku cesarz Julian Apostata. Pokazaliśmy światu, jak można umierać za wiarę, ale musimy mu jeszcze pokazać, jak żyć.
A nie za bardzo nam to widać wychodzi, skoro znajomi Anny Radosz, gdy usłyszeli, że ktoś chce ją zrobić świętą, żachnęli się. Ania świetą? Przecież to była normalna dziewczyna. Koledzy z Fronda.pl chcieli może dobrze, ale popsuli więcej. Utrwalili stereotyp – żeby być świętym, trzeba być Matką Teresą, Janem Pawłem II albo dać się zabić za wiarę. Odsunęli myśl, że świętość to po prostu dobrze przeżyta codzienność.
Jeszcze raz apeluję – zostawmy Piotra Stańczaka. Dajmy jego bliskim spokojnie przeżyć żałobę. Jeśli kiedyś powstanie jakaś fundacja jego imienia, która będzie uczyła ludzi, w jaki sposób nie rozwiązywać sporów tak, jak uczynili to jego prześladowcy, będzie to jego zwycięstwo znacznie większe niż robienie z niego świętego na siłę.
Smutny jest ten świat.
10 lipca 2009
Człowiek chciałby czasem odpocząć od religijnych tematów, napisać coś o golfie albo o szybkich autach. Ale się nie da. Bo nie może być zgody na spychanie religii za grób.
Koledzy z redakcji „Newsweeka” szydzą, dopytują: „Witamy ojca, kiedy będzie katecheza?”. Nic dziwnego, społeczeństwo chce dziś słuchać o Kaziu i o Isabell (podobno się rozstają), prawie nikogo nie obchodzi, że jest już nowy biskup sandomierski (Krzysztof Nitkiewicz z Białegostoku, pozdrawiamy). A my na złość sobie i światu wciąż będziemy o tym pisać. Jesteśmy za młodzi stażem, by jak starsi koledzy być sumieniem narodu. Będziemy więc niczym kościółkowy Gollum, który zabiega drogę idącym na wojnę hobbitom, dopytując: jesteś pewien, że chcesz iść właśnie tędy? I wciska im w rękę cotygodniowy biuletyn branżowy.
A w nim news ze środy. „The Daily Telegraph” donosi, że stowarzyszenie czarownic Kryształowy Kociołek ze Stockport obok Manchesteru oskarżyło katolicką diecezję Shrewsbury o dyskryminację na tle wyznaniowym, gdy przebranym za wiedźmy starszym paniom skasowano rezerwację sali w Domu Parafialnym Matki Bożej w Shaw Heath. Sandra Davis, wielka kapłanka Kociołka, odziana w pelerynę ze wszystkimi możliwymi symbolami religijnymi, dzierżąc w dłoni poskręcaną różdżkę, powiedziała prasie, że jest zszokowana. Żyjemy przecież w czasach, w których różne religie współpracują ze sobą, a księża wyrośli już z palenia czarownic na stosie. Księża odpowiadają, że choć cieszą się, iż spotkanie pogan z chrześcijanami może dziś wyglądać inaczej niż w przypadku świętego Wojciecha, to jednak Kościół nie może przyjmować pod swój dach ludzi, którzy otwarcie grają mu na nosie (mówiąc, że Boga nie ma, a naszą matką jest Ziemia napędzana przez nieznane siły).
Kiedy patrzy się na to grono miłych, świeżo upieczonych emerytek, okrytych pelerynami i z różdżkami w dłoniach, smętny zastęp sierot po potteromanii, najpierw czuje się rozbawienie, później litość. Brytyjskie społeczeństwo, ze swoim obsesyjnym (znacznie silniejszym niż w USA) realizowaniem reguły political correctness (postulaty zmiany Bożego Narodzenia na Obchody Grudniowe, afera z krzyżykiem stewardesy linii British Airways – takich przykładów są dziesiątki) pokazuje, jak dramatycznie smutny jest świat, w którym o tym, na jakiej wysokości ma być zawieszone niebo, decyduje człowiek. To spychanie religii za grób (na tej Ziemi w ogóle się tym nie zajmujemy, co będzie później – zobaczymy) tworzy społeczeństwo laboratoryjnie czyste i dobitnie pokazuje, że również w dziedzinie ducha jałowe nie oznacza lepsze.
Winą za ten stan rzeczy trudno jednak obarczać panie czarownice. Dwa miesiące temu również w „ The Daily Telegraph” zamieszczono tekst anglikańskiego księdza George’a Pitchera, w którym rozprawia się on z tezą głoszoną z lubością przez chyba wszystkich kościelnych szefów – w miastach ludzie odchodzą od Boga, ale wiara przetrwa kryzys na wsi. Wielebny Pitcher pokazuje, że nie przetrwa. Podobnie jak w Polsce gadanie o tym, że prowincja jest ostoją religijności, straciło sens. Jest akurat na odwrót. W miastach Kościół nagle znalazł się w warunkach konkurencji, próbuje sobie z tym radzić lepiej lub gorzej, na wsi – przegrywa z telewizją, która szybciej niż księża wypełnia szczeliny popękanych ludzkich więzi. To chyba socjolog Peter Berger powiedział, że dziś nie ma już nad nami baldachimu sacrum, dziś każdy trzyma w ręku swój parasol. Duszpasterze muszą działać w dwóch kierunkach – z tych, którzy jeszcze są, na powrót lepić wspólnotę, drugą rękę wyciągać do tych, którzy chodzą już zupełnie sami. Na pytanie, czy zdążą (w dodatku po uszy zatopieni w działalności finansowej, edukacyjnej i charytatywnej, którą Kościół wciąż miejscami boi się oddać świeckim), nie ma odpowiedzi.
Człowiek chciałby czasem odpocząć od religijnych tematów, napisać coś o golfie albo o szybkich autach. Ale się nie da. Bo nie może być zgody na spychanie religii za grób.
Tak się rozpędziliśmy, że nie starczy miejsca na newsika z wtorku. Ksiądz Alberto Cutie, gwiazda hiszpańskojęzycznych mediów, nazywany przez to księdzem Ophrah, zakochał się w jakiejś pani, wziął z nią ślub i będzie pastorem w Kościele episkopalnym (czyli u amerykańskich anglikanów). Gdy odchodzi ksiądz, to zawsze jest tragedia, nie zawsze dla niego – on wierzy, że teraz ułoży sobie życie. Ludzie, których spowiadał, którym dawał rady, błogosławił śluby, ciągną jednak później do proboszczów, pytają, czy nadal zachowa tajemnicę, czy sakramenty są ważne. Ksiądz Cutie zachował się lepiej niż wielu w takiej sytuacji: przyznał się, wyjaśnił, przeprosił, złożył urzędy, zadeklarował małżeństwo. Kłopot pojawił się wtedy, gdy doszedł do wniosku, że dalej chce być księdzem gwiazdą i że da radę to zrobić u anglikanów. Niczym polityk, który by broń Boże nie przestać być posłem (dla Polski to przecież robi, nie dla siebie, dla Polski), zmienia partię, nie po raz ostatni w życiu.
Już naprawdę nie zmieścimy ani słowa o modlitewnej krucjacie, która obiega światowe media. Carrie Prejean prosi o westchnienie za Pereza Hiltona, a u nas (każdy kraj ma taką Miss Kalifornii, na jaką zasłużył) Tomek Terlikowski apeluje, aby modlić się za redaktora Piotra Pacewicza, który – na jego wprawne oko – może nie wyjść z piekła. „Nie jestem Bogiem” – skromnie zaznacza przy okazji Tomek. My też nie jesteśmy. Nie rozmnożymy tej strony, chociaż byśmy chcieli.
Nieboska bez smaku.
10 lipca 2009
W mediach huczy od informacji: „Katolicy zablokują koncert Madonny”. Jeśli organizatorzy są na tyle cyniczni, że datę koncertu wybrali celowo, licząc na skandal, to im się niestety udało.
W mediach huczy od informacji: „Katolicy zablokują koncert Madonny”. Skandalistka lat 80. przyjedzie nad Wisłę, by zbrukać uroczystość Wniebowzięcia Matki Bożej (a przy okazji Święto Wojska Polskiego) koncertem w Warszawie. Precyzyjniej – uszy nasze to może i nawet popieści, ma bowiem kobieta dar do składania melodii, zbruka zaś nasze oczy oraz religijne odczucia. Wydawanie dźwięków to tylko połowa jej sukcesu, drugą połowę zawdzięcza temu, że od lat próbuje połączyć dwa tematy, o których ludzie debatują non stop: seks i religię. Śmiałe marketingowe zamierzenie pokrycia stu procent zainteresowań współczesnego człowieka realizowała w teledysku „Like a Prayer”, w którym w stroju córy lasu z pobocza drogi krajowej nr 8 obmacuje ciemnoskórego świętego. W czasie poprzedniej trasy (Confessions Tour) ubrana w koronę cierniową wisiała na krzyżu i śpiewała, że Bóg jest wielki i byłoby fajnie, gdyby zesłał jej niebo na ziemię. Obecnie (Sticky & Sweet Tour) prezentuje się jak uczestniczka sadomasochistycznego turnusu dla osób w wieku przedemerytalnym.
Jeśli organizatorzy są na tyle cyniczni, że datę koncertu wybrali celowo, licząc, że będzie skandal, to im się niestety udało. W „Faktach po Faktach” głos w tej sprawie zabrał ksiądz Stanisław Małkowski, człowiek niezwykle zasłużony, który w czasach PRL o mały włos nie podzielił losu księdza Popiełuszki. Teraz jednak – słuchając, jak przestrzega, że katolik nie powinien klaskać komuś, kto jest anty-Madonną (sugestia, że jest czymś w rodzaju maryjnego Antychrysta) – zastanawiałem się. Gdyby u dołu ekranu zamieścić licznik pokazujący, ilu ludzi odchodzi właśnie od Kościoła, jaką wartość pod koniec programu by wskazał?
Rzecz nie w tym, że ksiądz Małkowski nie ma racji. Tylko argumentuje od końca. Przede wszystkim Madonna nie jest żadnym Antychrystem – Antychryst zgrabnie podszywa się pod Boga, Madonna jedynie go parodiuje. Pójście na jej koncert to nie jest bluźnierstwo (bluźnić to świadomie złorzeczyć Bogu), a to, czemu ksiądz nadaje rangę profanacji, ja nazwałbym brakiem smaku, wrażliwości i głupotą. Już słyszę ten jęk: „Czy katolicy naprawdę nie mogą wyluzować, nie umieją się bawić, wszędzie wypatrują obrazy boskiej i okazji do osobistego męczeństwa?”. Jasne, ta pani fajnie śpiewa, a katolik ma święte prawo poskakać sobie na występie innym niż Arki Noego. Ja nie pójdę na koncert po pierwsze dlatego, że spektakl od początku do końca oparty na symulowaniu ruchów kopulacyjnych uważam za nudny, po drugie zaś – i ważniejsze – nie podobają mi się numery z krzyżem, na którym umarł ktoś bardzo mi bliski. Jak czułyby się rodziny ofiar katastrofy airbusa, gdyby ktoś śpiewał w spadającym na scenę samolocie Air France? Powszechna opinia byłaby wówczas jasna – to skandal. Tu będzie inna – dlaczego?
Bo Bóg, nad którym znęca się w swych wykonach Madonna, nie jest dziś dla ludzi kimś żywym. Jest konstruktem, który mamy w głowach i z którym nie boimy się eksperymentować. A może sama Madonna, podwieszając się na krzyżach i biczując, liczy nie tylko na to, że wywoła skandal? Nie można wykluczyć, że to, co robi, to eksplikacja jej duchowości (jeśli nadal słucha swych kolegów kabalistów, wypada jej tylko
W mediach huczy od informacji: „Katolicy zablokują koncert Madonny”. Jeśli organizatorzy są na tyle cyniczni, że datę koncertu wybrali celowo, licząc na skandal, to im się niestety udało.
W czasie ostrej debaty ze znajomymi (na temat: iść czy nie iść na koncert) przypomniałem sobie spotkanie autorskie, które miałem kilka lat temu na Mazowszu. W pierwszym rzędzie siedziały dwie panie, demonstrując dezaprobatę dla tezy, że ludzie najpierw muszą spotkać Boga, a później może być mowa o nakazach. Kiedy skończyłem, przystąpiły do ataku: „My z koleżanką pokazałyśmy młodzieży, że w piątki nie chodzi się na dyskoteki!”. „Potraktowały panie młodzież gazem?” – próbowałem być dociekliwy. „Nie pana sprawa, ale będą pamiętać do końca swoich dni, na pewno!”. „A co panie robiły trzeciego września? – postanowiłem zajść panie z innej mańki. – A niby co się wtedy wydarzyło?!”. „Jak to co? Ja się wtedy urodziłem!”. „A kim pan dla nas jest, marny pisarzyno?”. „I tu, drogie panie, dochodzimy do sedna. Skoro ci ludzie nie znają Jezusa, jak można wymagać, żeby powstrzymali się od zabaw we wspomnienie jego śmierci?”.
Najlepsze, co możemy zrobić 15 sierpnia, to pomedytować chwilę nad historią niezwykłej żydowskiej kobiety, żebyśmy później wiedzieli, co mówić, gdy ktoś zapyta nas, czym różni się od pani Ciccone, jak brzmi prawdziwe nazwisko pisenkarki. Księża miast malować transparenty, najlepiej zaprotestują, mówiąc tego dnia kazania. Mogliby wreszcie zdjąć z Maryi wszystkie rolnicze (Matka Boska Zielna) i militarne (Hetmanka) obowiązki, opowiedzieć współczesnym ludziom o Matce i Synu, którzy owszem, też umieli się bawić, a kochali się do tego stopnia, że Syn nie pozwolił jej umrzeć, tylko tego właśnie dnia zabrał ją do Nieba.
Jeśli ktoś rano ujrzy taką właśnie Madonnę, a wieczorem zobaczy, jak banda techników instaluje na krzyżu śpiewaczkę, o której za pół wieku nie zająknie się pies z kulawą nogą, sam wyciągnie wnioski. Przez straszenie nikt się chyba jeszcze nie nawrócił
Coraz mniejsze części
10 lipca 2009
Dostajemy za dużo informacji. Tracimy życie, próbując poupychać je do tysiąca szufladek. Podobno 200 milionów ludzi każdego dnia długimi godzinami wczytuje się w portale opisujące symptomy chorobowe. I wydaje im się, że są świetnie poinformowani.
Minister Marek Sawicki, dopytywany przez dziennikarzy „Faktów”, co sądzi o targach, na których żywcem dusi się w nylonowych workach świnie i katuje konie, zasugerował, żebyśmy lepiej zostawili te targi w spokoju. Bo to ostoja polskiej tradycji i niskich cen oraz jedyne miejsce, gdzie rolnik producent może się spotkać z odbiorcą bez pośrednika.
Osobiście nie widzę powodów, dla których mógłbym podać rękę handlarzom sadystom. (Podobnie jak nie zamierzam wysłuchiwać bolesnych intelektualnie wywodów myśliwych o tym, że człowiek polował od zawsze – jasne, tyle że nie z noktowizorem, strzelbą i nie dla perwersyjnej przyjemności). Pośrednika zaś bym do nich wysłał, powinien nim być policjant. W tym kraju rzeczy pochwalane, a co najmniej tolerowane przez ministra Sawickiego są opisane w kodeksie karnym i zagrożone więzieniem do lat dwóch.
To jeden przykład, przez ostatni rok zebrałbym takich dziesiątki, może setki. Ilekroć widzę w mediach zezwierzęconych ludzi, mam poczucie totalnej bezsilności. Nie mieści mi się w głowie, nie umiem nic zrobić. Nie rozumiem. Dziesiątki razy, choćby na tych łamach, ja i moi koledzy próbowaliśmy nazwać motywacje, które pozwalają człowiekowi w poczuciu moralnej bezkarności znęcać się nad słabszymi. Mnożymy detaliczne odpowiedzi: to przez media, filmy, złe wychowanie. We wnioskach z badań wykrywamy i opisujemy zatrutą wodę, nie zbliżając się do odpowiedzi, gdzie bije ciemne źródło.
Ale gdy przyjrzeć się temu światu dokładniej, na większości zdjęć widać rysę, rozpadlinę, która oddziela nas od naszych braci i rozdziera nas samych. Nie trzeba być wybitnym socjologiem, by zauważyć, że żyjemy w popękanym świecie. Nawet najbliżsi są na drugim brzegu. Nasz czas, wiedza, plany, drogi zawodowe i prywatne – wszystko składa się z coraz mniejszych części. Zamiast jednego związku – kilka lub kilkanaście w ciągu życia. Zamiast jednej drogi – tysiące odcinków, osobno planowanych, punktowanych, świętowanych. Zamiast wiedzy ogólnej – sałatka niekomponujących się w żadną całość ciekawostek. Świata zmienić się tym nie da, wystarczy to jednak, żeby wygrać teleturniej.
Pakujemy w osobne woreczki seks, miłość, przywiązanie. Trafiłem ostatnio w sieci na blog faceta, który otwarcie mówi o tym, jak poszczególne fragmenty potrzeb międzyludzkich zaspokaja w różnych miejscach. Trochę na Facebooku, część na czatach, inne na stronach z pornografią. To, co kiedyś było religią, rozpadło się na rytuał, psychoterapię, miks medytacji oraz technik oddechowych. Ludzie sami wybierają z różnych systemów to, co im się podoba, budując własne mikroreligie, synkretyczne kulty, które przetrwają tyle, ile będzie żył ich mózg.
Wpadła mi ostatnio w ręce książka „Microtrends”, w której Mark J. Penn i E. Kinney Zalesne identyfikują wszystkie te małe procesy rozsadzające nasz świat od środka. A choć robią to z wyraźną intencją rozbawienia czytelnika, efekt jest przerażający. Daje obraz ludzkości, która jest jak katatonik – spętany, zatrzymany w miejscu setkami sprzecznych sygnałów.
Dostajemy od świata za dużo informacji i tracimy życie, próbując poupychać je do tysiąca szufladek. Podobno 200 milionów ludzi każdego dnia traci długie godziny, wczytując się w portale opisujące chorobowe symptomy. Tym DIY Doctors (doktorom „zrób to sam”) wydaje się, że są doskonale poinformowani. Faktycznie jednak mają w rękach tysiące puzzli, których amatorskie złożenie kończy się czasem śmiercią.
Inny paradoks – każdy z nas wyposażony jest w biologiczny zegar, który pomaga optymalnie rozkładać siły potrzebne do podboju świata. Wyłączyliśmy go w imię większej efektywności. Zegar większości z nas wyregulowany jest na siedem i pół do ośmiu godzin snu na dobę, jedna piąta ludności USA śpi już mniej niż sześć godzin, liczba ta rośnie o parę procent rocznie; kupować, bawić się i pracować możemy przecież przez 24 godziny.
Ktoś czuje się troszkę niewyspany? Firma Metronap buduje w mieście punkty, w których można na pięć minut zamknąć oko. A potem wrócić do wyścigu. Paradoksalnie zwiększenie efektywności jednostek wyniszcza jednak całe społeczeństwo. W 1989 roku to przemęczona i zaspana załoga rozbiła na skałach tankowiec Exxon Valdez i doprowadziła do jednej z największych katastrof ekologicznych na świecie. W samych Stanach Zjednoczonych rocznie półtora tysiąca ludzi ginie w wypadkach spowodowanych przez zmęczonych kierowców. Bezsenność Amerykanów kosztuje gospodarkę około 50 miliardów dolarów.
Nie ma już systemów opartych na klasach, partiach czy grupach. Sześć miliardów wysepek rozjeżdża się, każda w swoją stronę. Na każdej wyspie każdy ustala swoje prawa. Każdy tak naprawdę może zrobić wszystko – od miłości po okrucieństwo, a później uciec do siebie. Żyjemy w świecie sześciu miliardów moralności, nad którymi nie zapanuje już chyba żadna moralna ONZ. Czy pomstując na znieczulicę ministra Sawickiego, zmieniam świat na lepsze, czy może pogłębiam rozpadlinę?
Dostajemy za dużo informacji. Tracimy życie, próbując poupychać je do tysiąca szufladek. Podobno 200 milionów ludzi każdego dnia długimi godzinami wczytuje się w portale opisujące symptomy chorobowe. I wydaje im się, że są świetnie poinformowani.
Czip czip czip czip...
02 lutego 2010
Uczniowie będą teraz na religii dostawać indeksy, przy okazji ujawniamy więc - ksiądz, który sprawdzał uczniom linie papilarne to dopiero początek - rusza wielka akcja czipowania wiernych! (Oraz trochę o tym jak jeden pan pulpecik z niezbyt ładną koleżanką i jeszcze jednym pseudoAdonisem wyżywają się w TV na gwiazdach, obok których nigdy nawet nie stali).
1. Doszły mnie słuchy, że nasz B16 znów zamierza co nieco urozmaicić nam liturgię, dodając do niej obowiązkowe łacińskie elementy. Osobiście nie mam nic przeciwko temu, nie wiem dlaczego łacina kojarzy się wszystkim z wykonaniem kroku wstecz w stosunku do soborowych reform, dlaczego używanie łaciny ma być symbolem integrystycznych tęsknot. A może spojrzeć na to jednak odrobinę inaczej? Łacinę trzeba promować, łaciny trzeba jak najczęściej używać bo to jest język angielski Kościoła. Jeśli Kościół jest powszechny - człowiek z Filipin i jego współbrat z Afryki mogą razem przeżyć tę samą Eucharystię właśnie dzięki temu, że obaj znają łacinę. Niechby się znalazł w polskim Kościele ktoś, kto pokazałby łacinę nie jako wywołujący przyjemne, eksluzywne mrowienie symbol szlachetności i prawomyślności tych, co gardzą liturgiczną ohydą Vaticanum II. Kto pokazałby jej wielką przydatność w świecie, w którym ludzie wierzący z dowolnych krańców globu mogą się skomunikować w pięć minut. Tę koncepcję - tyle, że w kierunku greki - rozwija założona właśnie w warszawie Fundacja Babel (ludzie z filologii klasycznej UW i MISH-u), którzy idą w świat z ostrym hasłem: "Nie czytaj Biblii w przekładzie" i zachęcają do dotarcia do samego źródła, nauki języków oryginalnych w stopniu umożliwiającym czytanie choćby Nowego Testamentu, co przy posługiwaniu się też sensownym aparatem krytycznym może być niesłychanie odświeżającą przygodą.
2. Widziałem ostatnio w jakiejś telewizji program, w którym kilku niby sławnych ludzi urządzało ranking "najbrzydszych wokalistek świata". Pan, który sam wyglądał jak miły pulpecik, i pani, o której powiedzieć, że nie jest pięknością to jakby nic nie powiedzieć w towarzystwie Pierwszego Zastępcy Adonisa na Kraj - Michała Figurskiego, jechali po całości po osobach takich jak Celine Dion i Alanis Morisette, obrażając je po prostu i po chamsku, wytykając krzywizny, kilogramy etc. Ludzie, którzy nigdy w życiu nie zostaną prawdopodobnie dopuszczeni do tego, by stać obok osób, które opluwają, czynią to jednak z wielką rozkoszą, rzeczy znajomością i w poczuciu totalnej bezkarności (bo gdyby ten program oglądali prawnicy wspomnianych gwiazd, chłopiec z dziewczynką nie byliby już chyba tacy szparcy). Wytłumaczcie mi - jak to się dzieje, że nie czują, że są śmieszni? Jak to się dzieje, że śmieszna nie czuje się pani, któr przychodzi raz na tydzień do telewizji śniadaniowej by tonem przyjaciółki domu tłumaczyć społeczeństwu sekrety pożycia i wzajemnych zawiłości Dody, Nergala i innych? Skąd to się bierze? Czy to proste przeniesienie syndromu ogólnospołecznego - siedzę przed telewizorem i do niego gadam: o zobacz jaki gruby, o zobacz jaki ma nos krzywy? A może jakaś strategia, tylko dlaczego kurka wodna to się sprzedaje? Dlaczego ludzie dają się nabrać na tak żenujące chwyty? Przyjdziemy do TV i poobrabiamy pupę tym, których i wy w telewizji widzicie? Wiadomo, gdzie jest hipopotam to i ptaszek od robaczków się upasie. Ale żeby robić z tego transmisję na żywo?
Uczniowie będą teraz na religii dostawać indeksy, przy okazji ujawniamy więc - ksiądz, który sprawdzał uczniom linie papilarne to dopiero początek - rusza wielka akcja czipowania wiernych! (Oraz trochę o tym jak jeden pan pulpecik z niezbyt ładną koleżanką i jeszcze jednym pseudoAdonisem wyżywają się w TV na gwiazdach, obok których nigdy nawet nie stali).
3. Miałem napisać jeszcze o tych indeksach od religii. Ale nie napiszę, bo nie wiem co tym myśleć. Z jednej strony - kiedy usłyszałem o księdzu, który wprowadził w zakrystii czytnik linii papilarnych, żeby zredukować kolejki ludzi, którzy mają iść do bierzmowania a teraz grzecznie chodzą na mszę, pomyślałem że następnym krokiem mogłoby być bezpłatne czipowanie wiernych, wtedy zniknie problem z liczeniem dominicantes, a na kolędę - by ustalić prawdziwy status żyjącej pod jednym dachem pary - chodzić z wariografem. Też oszczędność czasu. Z drugiej - może to rzeczywiście ma sens, skoro człowiek chodzi na religię przez lata w różnych szkołach, a Kościół jednak ma prawo go to zapytać, niech ma wszystko w jednym miejscu? A co wy myślicie?
Anioł Pasterzom mówił (ładnie, po polsku, gramatycznie)
18 stycznia 2010
Nasi pasterze o języku, "Pasterz Morski" o chrześcijanach i wielorybach, a we Wrocławiu - pasterz z pomysłem na "czystość z odzysku".
1. Episkopat Polski postanowił w dniu wczorajszym zająć naszą uwagę listem pasterskim o pięknie języka polskiego (mój przyjaciel ksiądz poinformował wiernych: "Różnym ludziom Ewangelia o cudzie w Kanie kojarzy się z różnymi rzeczami. Biskupom skojarzyła się z czystością języka). Po wysłuchaniu tegoż jestem głęboko rozdarty. Z jednej strony - może gdy ktoś natknie się na taki wykład powściągnie swój jęzor, uzna że rzeczywiście mamy do czynienia z dobrem narodowym, które jest powszechnie bezczeszczone, a za uświadomieniem sobie wagi problemu pójdą decyzje. Z drugiej - czy naprawdę trzeba tracić tak fantastyczną Ewangelię, by posmędzić i ponarzekać na to, że ludzie mówią brzydko a nie ładnie? I - o patronie wszystkich hierarchów - czy naprawdę uczeniem nas kultury języka mają się zajmować biskupi? Czy po to jest biskup by uczyć nas ładnego wysławiania się, siedzenia przy stole, godnego ubierania się, savoir vivre-u, tego by się nie garbić, nie podklejać gum pod ławką i jeszcze wielu innych rzeczy? Czy to znów nie jest zaczynanie od końca - biskupi pochylą się z troską nad językiem, nad uregulowaniami dotyczącymi handlu, nad kwestiami tekstylnymi, nad ustawodawstwem, nad tym i owym, a ja jakoś nie mogę wyobrazić sobie Jezusa, który wygłaszał swoim apostołom porady w stylu profesora Miodka. Mam wrażenie, że apostołowie jeśli już zmieniali słownictwo to po wpływem spotkania z Mistrzem, a nie na skutek zmiany słownictwa spotykali Mistrza (choć z drugiej strony już ich listy - Apostołów pełne są odniesień i wskazówek dot. jedzenia, ubioru, obycia - ale chyba w listach apostolskich było jednak zawsze i coś jeszcze, a nie "strzał" o tym, że trzeba ładnie mówić i tyle tego). Może ktoś z Was pomoże mi rozstrzygnąć dylemat, czy w zakres ojcowskiej posługi biskupa wchodzi też prezentowanie poglądów do tej pory będących w kompetencji Rady Języka Polskiego albo Mody Polskiej? Czy to wciąż pochodna przekonania, że biskup to przywódca społeczny, czy może - ja się mylę - i jest to sensowne uregulowanie sprawy na nowe czasy - gdy biskupa coś boli, dlaczego miałby o tym nie powiedzieć bo przecież nie samą wiarą żyje współczesny człowiek?
2. Byłem ostatnio na spotkaniu autorskim we Wrocławiu. Działa tam frapujący człowiek, ks. Mirosław Maliński, pseudonim Malina. Ujął mnie już na poprzedzającej spotkanie mszy, gdy biblijny opis walki Izraelitów z Filistynami przerobił na obraz studentów (Izraelitów), którzy szykując się do sesji (starcia z Filistynami, profesorami), posyłają po Arkę Przymierza (święte obrazki, msze w intencji etc). Pointa ładna była też. Później dowiedziałem się, że w ubiegłym roku zorganizował rekolekcje esemesowe "Ziółka i Maliny", czyli jego samego tudzież o. Ziółka, jezuity. Rano był słodki esemes od Maliny, wieczorem - gorzki od Ziółka. Uruchomił też program "Czystość z odzysku", czyli drogę dla ludzi, którzy już ze sobą mieszkają albo i coś więcej, a teraz są gotowi odkryć że przez to coś stracili, i chcą przywrócić smak i znaczenie zawarciu sakramentu małżeństwa (podobno są i tacy, którzy pod wpływem programu wyprowadzają się od siebie do ślubu, sam Malina mówi że zauważa, że kłopotem nie jest tylko to, że ludzie za wcześnie idą ze sobą do łóżka, ale i to że za późno biorą ślub oraz że brak tego rodzaju bliskości przed ślubem uważają za brak, podczas gdy jest to inwestycja).
Nasi pasterze o języku, "Pasterz Morski" o chrześcijanach i wielorybach, a we Wrocławiu - pasterz z pomysłem na "czystość z odzysku".
3. W Internecie - kolejna odsłona walki frapującej mnie nie mniej organizacji "Morski Pasterz" z japońskimi oszustami, którzy malują sobie na burcie "Research" i płyną mordować wieloryby. Pasterze kupili sobie ostatnio megasuper łódkę, którą japoński wielorybnik im staranował. Pisałem już i napiszę raz jeszcze - Pasterzy potępiają wszyscy, a ja gdybym miał pół roku, z chęcią zaciągnąłbym się na ich statek by zobaczyć jak to wygląda naprawdę. Bo to jest jednak po prostu draństwo (że poruszony listem biskupów nie użyję jednak cięższego słowa), że jakieś palanty niszczą tę swtorzoną przez Boga planetę, mordują przemysłowo te piękne zwierzęta do nogi, bo mają ochotę na jakąś perwersyjną wersję nigiri (o metodach odłowu stosowanych przez japończyków, gdy wielki odkurzacz zasysa wszystko co się da, a później wypluwa niepotrzebne, setki zmasakrowanych zwierzaków).
Sprawa zaczęła się jednak robić religijna, gdy w Watsona i Pasterzy walnął jeden z chrześcijańskich portali w USA. Watson nie pozostał dłużny i przywalił chrześcijanom i to z grubej rury.
http://www.seashepherd.org/news-and-media/editorial-100115-1.html
Czy ja jestem nienormalny, czy naprawdę niemożliwe jest porozumienie na płaszczyźnie troski o planetę, bez mieszania do tego Darwina, bez gadania takich rzeczy o Biblii etc? Czy naprawdę nie da się pogodzić sympatii dla tych ekologicznych radykałów z chrześcijaństwem? Jakież by to było cudne pokazać tym wszystkim ludziom, którzy gromadzą się wokół nowych ruchów eko, że są też chrześcijanie którzy wcale nie uważają że walka o przyrodę to podkopywanie boskiego pomysłu na człowieka, że "czynienie sobie ziemi poddanej" nie oznacza wymuszania poddaństwa gwałtem i dla których ksiądz - myśliwy to po prostu wewnętrzna sprzeczność jeśli nie patologia. I że naprawdę nie musimy się nawzajem obrażać.
4. Gdyby ktoś nie miał jeszcze pomysłu jak pomóc Haiti - do akcji włącza się też bliska memu sercu Fundacja Studnia Nadziei, pieniądze otrzyma jeden z pracujących na miejscu polskich księży (a to ludzie z doświadczeniem na miejscu z pewnością najlepiej trafią w potrzeby ludzi), być może wsparcie otrzyma też Malteser International, który pewnie wyśle tam wolontariuszy, a może i szpital. http://www.studnianadziei.org/
Do końca świata (chyba, że weźmiemy się do roboty)
11 stycznia 2010
Jeśli ten kraj i ten świat ma się zmienić na lepsze, Owsiak może być pierwszy, ale nie może być jedyny.
Jerzemu Owsiakowi udały się dwie rzeczy, za które będzie miał stałe miejsce w podręcznikach do polskiej historii. Po pierwsze - pokazał ludziom, że w pomaganiu innym nie chodzi o litość, że tu chodzi o radość. Po drugie - wychował setki młodych ludzi, którzy raz w roku chodzą z puszkami ucząc się, że można poświęcić bezinteresownie swój czas dobrej sprawie, a patrząc na ludzi wrzucających datki do puszek przekonują się, że gadanie o tym, że ludzie są źli nie ma sensu. Jeśli jednak ten kraj i ten świat ma się zmienić na lepsze, Owsiak może być pierwszy, ale nie może być jedyny.
To co dzieje się zawsze na początku stycznia to wielka sprawa, powie to każdy kto choć raz był w szpitalu i widział sprzęt oklejony serduszkami, sprzęt dzięki któremu można podarować człowiekowi jeszcze dzień, dwa, miesiąc, rok życia. Pytanie, co zrobić, żeby tysiące orkiestr grało w tym kraju cały rok, żeby wydarzenia z początka stycznia nie były kolejnym potwierdzeniem naszej powstańczej mentalności. Orkiestra nie musiała by być może grać aż do końca świata, jeśli my wcześniej zrobilibyśmy z tym światem porządek. W wielu zakamarkach tego świata. Utarło się na przykład, że wszyscy pomagają dzieciom. To naturalne, zrozumiałe, cierpienia dziecka to rzecz absolutnie i do głębi wstrząsająca, zawsze niezrozumiała, budząca największe z możliwych poczucie niesprawiedliwości. W czym jednak jest mniej dotkliwe od cierpienia starszego człowieka (który nie zawsze przecież sobie na to cierpienie "zasłużył")? W białostockim Caritasie, gdzie jestem w programie Skrzydła poprosiłem, aby pomyśleli może nad czymś w rodzaju Skrzydeł ale dla starszych ludzi. Skrzydła nie po to by wylecieć w świat, ale takie które pomogą godnie, bezpiecznie, spokojnie wrócić do Domu. Nie martwić się o pieniądze na jedzenie, czy na książkę, nie płakać w poczuciu osamotnienia. To jasne, że najbardziej poruszają nas i największą odpowiedzialność budzą w nas cierpienia tych, których mamy najbliżej. Dlaczego by jednak nie zerknąć i ciut dalej? Zetknąłem się ostatnio z niewielką fundacją Studnia Nadziei, która przekazuje polskim misjonarzom środki na budowę studni w Afryce. Widziałem zdjęcia dzieci i młodzieży dziękujących za takie studnie. Dzięki kilku facetom (bo to na razie sami panowie) z Warszawy będą mogli przeźyć. Jeśli przeżyją - może będą mogli się uczyć, jeśli się nauczą - może dojdą do władzy i zmienią swój kraj. Studnia Nadziei nie nagłaśnia się jakoś specjalnie, nie ma gwiazd przekazujących na licytację buty i telefony. Ale może gdy już sobie policytujemy wpadniemy i na jej stronę (uwaga - rzecz wciąż rzadka w polskiej charytatywie - wszystkie koszty administracyjne - przelewy, biuro pokrywają członkowie fundacji, każdy ofiarowany grosz idzie prosto na studnie, nie ma żadnych kosztów własnych).
Przed Wielką Orkiestrą - czapki z głów (może z wyjątkiem historii z Bstoku, gdzie do grania zaproszono znany z infernalnych inklinacji zespół muzyczny Kat). Po czym - natychmiast do analogicznej, codziennej roboty.
Jeśli ten kraj i ten świat ma się zmienić na lepsze, Owsiak może być pierwszy, ale nie może być jedyny.
Katon Straszy (przekrętka dowcipna, ironiczna, zamierzona)
24 grudnia 2009
Wewnątrz wpisu: szczere życzenia świąteczne oraz dłuższy elaborat na temat: Rzeczpospolita z Krajową Radą oraz Radą Etyki Mediów pochylaja się z troską nad kolegą Prokopem, pytając czy obraził chrześcijan. Jestem chrześcijaninem, ale ja zastanawiam się, czy to oni przypadkiem mnie nie obrażają.
1. W serwisie rp.pl znalazłem materiał "Marcin Prokop obraził chrześcijan?". Mój przyjaciel uwolnił swój potencjał zaskakujących skojarzeń, i gdy w DDTVN mowa była o anglikańskim pastorze, który zachęcił biednych by jeśli nie mają jedzenia kradli je z supermarketów, spointował rzecz słowami: "Cóż, nie po raz pierwszy słyszymy w kościele: bierzcie i jedzcie". Skojarzenia i pointy to od lat specialite Marcina, czasem są po prostu i najzwyklej genialne że aż czapka z głów, czasem zdecydowanie mniej (to akurat był chyba ten drugi przypadek). Fenomenalna była jednak reakcja Dyżurnych Katonów Kraju w osobie przewodniczącego Krajowej Rady oraz członka Rady Etyki Mediów. Oba ciała przedświątecznie zatrzęsły się z oburzenia, zapowiadając egzekucję na po świętach. Kolega przewodniczący KRRiTV stwierdził, że spodziewa się protestów, zajmie się tą sprawą, będzie się przyglądać, oceni. Członek Rady Etyki Mediów nie był tak powściągliwy i nazwał Marcina po prostu "jakimś durniem" (dobry znak, Rada Etyki Mediów wreszcie ćwiczy lapidarność stylu w swoich orzeczeniach). Marcin w rozmowie z dziennikarzem szczerze przeprosił, przyznał, że palnął głupotę. W tym miejscu sprawę należałoby uznać za zakończoną. Mam nadzieję, że tak właśnie się stanie.
Dlaczego? Z trzech powodów. Pierwszy - bo tym właśnie różnią się chrześcijanie od całej reszty świata, że tam gdzie cała reszta świata zajmuje się sobą, ulega dąsom i ciąga się po sądach o wzajemne obrazy, chrześcijanin na problem winy, na słabość w człowieku patrzy dalej i głębiej. To, co skojarzyło się Marcinowi nie było bluźniercze, fortunne być może też nie było, ale nawet jeśli ktoś poczuł się urażony przywołaniem ważnych dla nas chrześcijan słów w takim kontekście, powinna mu wystarczyć deklaracja sprawcy, że to zwyczajny wypadek przy pracy, nie taka była jego intencja, nie pomyślał, nie wyobraził sobie, nie chciał (a nie jak np. tysiąc razy cięższy gartunkowo austriacki skandalista od karykatur Boga Ojca, brnie w zaparte i widać, że robi sobie publicity, podobnie modelka z krzyżem - tyle że ja bym ich też nie wieszał, tylko pytał dlaczego nikt z nas im dotąd sensownie nie powiedział kim ten Bóg Ojciec jest naprawdę i do czego służył kiedyś krzyż). Następnym krokiem mogłaby zaś być na przykład krótka medytacja nad fragmentem Ewangelii, w którym Jezus sugeruje, że zanim polecimy wyciągać z hukiem oraz z kijem drzazgę z oka brata, powinniśmy najpierw wnikliwie oczyścić nasze własne oczy oraz usta ze złych słów, obraźliwych dla kogoś skojarzeń, plotek, durnych sądów, których - spodziewam się - w życiu każdego z nas, również kolegów Katonów, jak sądze nie brakuje.
Powód drugi - bo mam wrażenie że nie tyle wypowiedź Marcina, ale cała ta reakcja jest na pograniczu obrażania mnie, jako chrześcijanina. Bo to ja będę później musiał tłumaczyc od początku dziesiątkom ludzi, których spotkam, że chrześcijaństwo nie jest religią ludzi, których głównym sposobem na zaznaczenie swojej obecności w świecie jest oburzanie się czy nadąsywanie. Jezus rozmawiał z ludźmi, którzy obrażali go naprawdę, ba - którzy wręcz na niego pluli i szydzili z niego. Ewangelia pokazuje nam Jezusa rozgniewanego na zakłamanych załatwiaczy, którzy pod pozorem świątobliwej działalności prowadzili w świątyni swoje interesy, trudno jest mi jednak wyobrazić sobie Jezusa, który skruszonemu grzesznikowi - dajmy na to: gdy ktoś z jego uczniów palnął jakąś głupotę pod jego adresem i przeprosił - powiedziałby: ty durniu, albo zwołał kolegium, które zajmie sie jego sprawą po świętach. To są nasze "nakładki" na Ewangelię, nakładki patologiczne, nasze własne, nie chrześcijańskie. Mające rzecz jasna długą tradycję, źródełko bijące gdzieś w okolicach mostu Mulwijskiego, gdzie jak wiemy Konstantynowi ukazał się we śnie krzyż z informacją: w tym znaku zwyciężysz, a ten zintepretował to - uwielbiam tę myśl Tomasza Halika - nieco mało oryginalnie: wymalował żołnierzom na tarczach krzyż, a następnie zmiażdżył armię Makscencjusza, chrześcijaństwo zaś ustanowił religią panującą.
Wewnątrz wpisu: szczere życzenia świąteczne oraz dłuższy elaborat na temat: Rzeczpospolita z Krajową Radą oraz Radą Etyki Mediów pochylaja się z troską nad kolegą Prokopem, pytając czy obraził chrześcijan. Jestem chrześcijaninem, ale ja zastanawiam się, czy to oni przypadkiem mnie nie obrażają.
I tu leży pies pogrzebany - przestańmy, na wszystkie świętości - myśleć o chrześcijaństwie w takich własnie, mocarstwowych kategoriach. Udanego lub nie ideologicznego podboju świata. Chrześcijaństwo to nie jest do ciężkiego licha śpiący olbrzym, którego trzeba obchodzić na paluszkach, bo zaraz się obudzi i wywali nam proces o obrazę uczuć religijnych. Chrześcijaństwo to jest religia dla ludzi, religia w kontakcie z człowiekiem, który wątpi, który nie rozumie, który niewprawnie kojarzy, który jakoś tam po swojemu szuka. To jest sacrum, którego Jezus nie kazał zakopywać w ziemi, żeby broń Boże nikt tego nie pobrudził, to jest coś czego mają dotykać brudne ręce ludzi, co ma pracować w nieustannym kontakcie z profanum. Chrześcijaństwo to nie jest smutny cenzor, który czyha i gardłuje w telewizji grożąc światu pięścią gdy widzi ludzką słabość (szlag mnie trafiał, gdy widuję w telewizji mojego kolegę wzywanego jako katolicki stójkowy, by wychłostał rodziców, którzy mają dziecko z in vitro, biskupa, którego kiedyś SB zarejstrowała jako TW, albo gdy szantażyści obnażą prywatne słabości senatora Piesiewicza). To ma być chrześcijaństwo?! Kodeks Karny Katolicki wraz ze swoim wymiarem sprawiedliwości? Od czego zaczynać rozmowę ze światem - od tego, od czego zaczynał Jezus - od propozycji: pójdź za mną, spotkaj mnie, budujmy relację, spróbuj mnie zrozumieć? Czy od tego od czego chciał ją zacząć Piotr, gdy zagraja przyszła po Niego z mieczami i kijami, a on rzucił się na sługę arcykapłana z bronią i odrąbał mu ucho (które Jezus później słudze z powrotem przytwierdził).
W takich debatach często podnosi się argument - ciekawe, co by było gdyby mój kolega tak zażartował sobie w kraju arabskim. Tyle, że mu nie żyjemy w kręgu kultury islamskiej. I ciekawość, że gdy już czynimy muzułmanów jakimś punktem odniesienia dla nas, nigdy nie przyjdzie nam do głowy, żeby zazdrościć im gorliwości w modlitwie, że zawsze wyciągniemy sobie coś, co trudno zrozumieć, pojąć. I używamy jak nam się podoba - raz pisząc, że trudno to zrozumieć i pojąć, innym razem uznając taką postawę, pisząc: a zobaczcie jak cudownie, jak wiernie i zdecydowanie reagują na takie sytuacje muzułmanie.
Wreszcie - argument trzeci. Prośba, by każdy zajął się tym, do czego Pan Bóg go powołał. Rzeczpospolita mogłaby poszukać sobie afer prawdziwych, a nie przez nią samą dętych (aż się boję myśleć, czy nie chodziło o tekst z celebrytą w roli głównej, żeby zrobić sobie ruch na stronie). Krajowa Rada nie musi dowodzić swojej użyteczności dublując Episkopat, względnie Konkregację Nauki Wiary. Ma - wydaje mi się - wiele pracy. Jej efekty mozna śledzić w prasie, ja mogę je śledzic na bieżąco rozmawiając z przyjaciółmi z rozgłośni lokalnych, którzy co chwila żyją w lęku jak teraz rozłoży się polityka w centrali, kogo poprze Borysiuk, kogo kolega przewodniczący, kogo przywiozą im w czapce z Warszawy, jakich działaczy którym trzeba będzie teraz schlebiać, żeby móc spłacić swoje kredyty. Rzecz jasna Rada nie ma przy tym kłopotu by oowiadać nam o misji publicznych mediów i o trosce o nie. Mam apel do Rady, żeby zamiast zajmować się śledzeniem kolegi Prokopa, przemyślała jak zmienić system by wreszcie zakończył się w Polsce znacznie bardziej destrukcyjny proces deptania ludzkiej godności dziennikarzy zależnych od niej mediów nie warszawskich, lokalnych, mniej widocznych, mniej głośnych. Radę Etyki Mediów wypadałoby zaś poprosić o podobną autorefleksję, bo oczywistym staje się, że środowisko traktuje ją ostatnio jak nielubianego nauczyciela, z którego wszyscy za plecami szydzą, ale gdy chce się komuś przywalić, nagle Radę się uznaje i leci się do niej na skargę. Jak nielubianą prymuskę, do której wdzięczymy się gdy trzeba odpisać lekcje. A ona daje się na te chwilowe erupcje afirmacji nabierać. Marcin niech w spokoju robi swoje dalej, z pewnością będzie ciut bardziej pilnował języka, rozumiejąc że są w tym kraju ludzie różnych wrażliwości (oraz nadwrażliwości), ja zajmę się swoim pisaniem.
Wewnątrz wpisu: szczere życzenia świąteczne oraz dłuższy elaborat na temat: Rzeczpospolita z Krajową Radą oraz Radą Etyki Mediów pochylaja się z troską nad kolegą Prokopem, pytając czy obraził chrześcijan. Jestem chrześcijaninem, ale ja zastanawiam się, czy to oni przypadkiem mnie nie obrażają.
Podsumowując: rozpisałem się o tej sprawie, bo to nie tylko dotyczy mojego przyjaciela, ale i mojej wiary. Ludzi, którzy chcą za mnie podejmować decyzje. Nie potrzebuję obrony ze strony dyżurnych obrażalskich, którzy wystarczy że gdzieś pojawi się wątek religijny i już zastygają w zgorszeniu. Ja się nie obrażam, nie gorszę. Po pierwsze dlatego, że mój Mistrz nie obrażał się i nie gorszył (bo jak wiadomo - gorszy się najgorszy). Nie dlatego, że jestem taki fajny, ale że po prostu szkoda na to czasu. Wolę rozmawiać, nawet z tymi którzy czują i widzą świat inaczej. Jasne, że to jest trudniejsze - szukać argumentów, kluczy do czyjegoś myślenia, łatwiej pielęgnować swoje prawdziwe czy nie ranny i stroić w szatki męczennika. Ale - i ten argument powinien być rozstrzygający - jak mawiał klasyk, uznawany zdaje się przez nas wszystkich: Warto rozmawiać. Amen. :)
2. Od kilku dni chodziłem jeszcze z tematem senatora Piesiewicza i abp. Muszyńskiego - dwa kompletnie różne przypadki, ale też połączone w jedno przez wspominanych wyżej smutnych Katonów. Najpierw Piesiewicz. Zło to zło, jasna sprawa. Jak można być jednak takim moralnym gamoniem, żeby nie widzieć, że ujawnienie zła w taki spsób w jaki się dokonało też jest złem samym w sobie? Że dżumę leczono tu cholerą? Każdy człowiek zmaga się ze złem w swoim życiu, jakbyśmy się jednak czuli - również ci święci Katoni - gdyby nagle cały świat mógł poznać wszystkie ich prywatne, skrywane grzechy i grzeszki, brzydkie myśli, niewierności prawu albo Ewangelii? Kto wpadł na pomysł, że obnażanie grzesznika to służba prawdzie? Ewangelia, na którą tak chętnie się powołują pokazuje inną drogę - wystawionego na pośmiewisko i kamienowanie grzesznika trzeba okryć, przywrócić mu ludzką godność, pokazać mu drogę wyjścia, a nie kazać odbijać mu się od ściany sądu mojego kolegi ze smutną miną obwieszczającego w TV: grzech to grzech! Kopernikańskie odkrycie! Chrześcijaństwo to nie diagnostyka podwozia - to pytanie, jak grzech pomóc komuś zmienić w dobro, co dalej?
I dlatego tak mnie wpieniło to co pisano (znów w Rzeczpospolitej), gdy abp Muszyński zostawał Prymasem. Nawet jeśli zarejestrowano go jako TW wiele lat temu, z czego dość przekonywująco się wytłumaczył, co z tego dzisiaj, gdy - nawet jeśli doszukiwać się tam (na siłę) chwili słabości, przykrył to przecież przez lata setkami dobrych, mądrych decyzji. Dobro wygrało ze słabością. Teraz nowy prymas ma przed sobą trzy miesiące na urzędzie, zwieńczenie kościelnej kariery. Musiał się znaleźć juz nie stróż moralności, a jej cieć, ktoś kto zaznaczy swoją obecność, krzyknie - a ja coś wiem sprzed pół wieku. Zaprawdę, powiadam wam, jak tak dalej pójdzie, to moralną publicystykę będą mogły za nas odwalać automaty podające historie z przeszłości. Ludzie reagują inaczej, widzą kontekst, ważą, wiedzą jak plotą się ludzkie losy, umieją to wszystko przetrawić i ocenić, a nie z miną prymusa podnoszą rękę by donieść - pszę pani, a on w pierwszej klasie powiedział brzydkie słowo.
Wewnątrz wpisu: szczere życzenia świąteczne oraz dłuższy elaborat na temat: Rzeczpospolita z Krajową Radą oraz Radą Etyki Mediów pochylaja się z troską nad kolegą Prokopem, pytając czy obraził chrześcijan. Jestem chrześcijaninem, ale ja zastanawiam się, czy to oni przypadkiem mnie nie obrażają.
3. Po tej jakże głębokiej katechezie w sprawie zła i dobra, coś bardziej optymistycznego. Byłem w tym tygodniu u prezydenta Koszalina Mirosława Mikietyńskiego, który mimo iż choruje na stwardnienie boczne zanikowe, pełni urząd. Zrobiłem z nim "Ludzi na walizkach", napisałem felieton na następny poniedziałek. Co za człowiek! Co za niesamowity gość! Ile w nim siły, uśmiechu, optymizmu, realnego optymizmu, nie myślenia życzeniowego, ale znajdującego nadzieję i światło nawet przy diagnozach bardzo niekorzystnych. Ile siły i takiego ludzkiego uśmiechu w urzędnikach, których zwykle uważamy za "trzecią płeć" - tu widać jak cudownie opiekują się coraz bardziej niepełnosprawnym prezydentem! Poczułem, że dotykam sensu życia, prawdy która jest ponad partiami, urzędami, sprawami. Że w i w tym najważniejszy jest człowiek. Zastanawiam się, czy nie zaapelować do prezydenta Kaczyńskiego, żeby ustanowił medal Dignitas Dolentium (godność cierpiącego, nazwa stowarzyszenia chorych na SLA), który przyznawano by osobom, które mogą być wzorem i nadzieją dla innych w tej najtrudniejszej z walk, jakie człowiek może stoczyć. Trzymajcie kciuki za prezydenta Mikietyńskiego.
4. Uff... Czas na życzenia. :) Przede wszystkim dziękuję Wam za ten rok, za te debaty które tu toczycie, że pracujecie żeby ten ogień nie zgasł, ale żeby może tez komuś lekko przypalił podeszwy i zerwał do lotu. Z całego serca życzę Wam, żeby te Święta przyniosły spokój, nadzieję i światło, te trzy rzeczy których doświadczała w tych dniach Święta Rodzina. Będą takie dni w roku, gdy będziemy z nią doświadczać bólu, zaskoczenia, wielkiej, niespodziewanej radości. Dziś mamy spokój - chowamy się z bliskimi, z dala od hałasu świata, mamy nadzieję - nie pewność, mnóstwo pytań, co będzie, jak potoczy się życie, Maryja tez na pewno zachodziła w głowę jak będą wyglądały następne lata jej Dziecka, my łamiąc się opłatkiem pytamy samych siebie - kto zasiądzie przy tym stole za rok, gdzie nas następne Święta zastaną. I światło - które oświetla i tę nadzieję i ten spokój. Daje odczuć, zrozumieć, że nie jesteśmy sami, że to nam się nie roi w głowach. Że Jezus naprawdę urodził się dla każdego z nas. I odtąd nic nie będzie już takie jak było.
I tego Wam życzę najszczerzej. Dobrych Świąt.
Jest coś gorszącego w całym tym sporze, coś bardzo niechrześcijańskiego z ducha. Z jednej strony - ludzie ślepi na korzenie swoich przodków i wiarę oraz uczucia swoich sąsiadów, z drugiej - krzyż który staje się narzędziem walki.
Sytuacja z wyrokiem strasburskiego trybunału w sprawie Finki, której nie podobało się źe w szkole jej dzieci wisi krzyź jest nieprosta. Po pierwsze - wyrok Trybunału uznaje de facto za niezgodne z unijnym prawem dekrety z czasów monarchii tudzież Mussoliniego, które nakazywały umieszczanie krzyży we wszystkich szkołach i nie tylko. Tu trzeba stwierdzić jasno - taki przepis dziś nie ma racji bytu z dwóch powodów. Bo primo - żyjemy w społeczeństwie, w którym chcąc domagać się poszanowania naszych symboli religijnych w przestrzeni publicznej, powiniśmy szanować symbolikę innych. Tu nie ma miejsca na nakazy, powinno być miejsce na dogadywanie się. W środowisku dojrzałych ludzi jest to możliwe. Jeśli miałbym w pracy buddystę, nie miałbym nic przeciwko temu, aby nad moim biurkiem wisiał krzyż, a na jego biurku stał budda. W TVN-ie jeden z kolegów operatorów jest buddystą, w czasie zdjęć czasem modli się na buddyjskim sznurze, a na jego kamerze wisi "czerwony Budda" w żaden sposób nie narusza to moich uczuć religijnych, przeciwinie - miło sobie zwykle zagadmy o źyciu, wierze, etc. Secundo - bo krzyż owszem jest symbolem naszej cywilizacji i gdyby nie krzyż pani Finka nie miałaby cienia możliwości debatowania o swoich odczuciach, żylibyśmy bowiem w kręgu kulturowym, który takich debat nie dopuszcza. Niemniej coś mi się w środku gotuje jak słyszę, źe krzyż miałby być dziś symbolem czegoś innego niż męki i śmierci Chrystusa, gdy robi się z niego cywilizacyjny czy ideologiczny fetysz, eksponat z muzeum europejskiej historii, totem niesiony na czele zbrojnej krucjaty, dewaluuje się jego podstawowy sens, z którym wielu (coraz więcej) ludzi jest dziś bardzo na bakier.
Po drugie jednak, trudno nie mieć wrażenia, że ciężkie przewrażliwienie niektórych "europejczyków" gdy na warsztacie zjawia się temat religii przybiera postać alergii tak ciężkiej, że chyba ich to zaraz wykończy. Kuriozalne jest pojawiające się stwierdzenie, że wnioskodawczyni i jej dzieci poniosły przez fakt zawieszenia krzyży "straty moralne". Jak ta pani musi cierpieć, jak wyjeżdża na wakacje do Egiptu, gdzie co chwila widać minarety! Co musi przeżywać gdy podczas wakacji zwiedza hiszpańskie kościoły! Rację miał ks. Mazurkiewicz pisząc w komentarzu COMECE do całej sprawy, że jedną z podstawowych wartości Europy - "wolność religii" zastępuje "wolność od religii". Ateizm staje się nową religią, jeśliby więc wyrok Trybunału (i kolejne wyroki, jeśli będą) miały oznaczać siłową obronę "alergików" poprzez stosowanie przemocy przez jednych wierzących na drugich, trzeba będzie ostro zaprotestować i pozwać ich za nieralizowanie naszego konstytucyjnego prawa do swobody wyznawania religii. Bezbronni nie jesteśmy, z tego co pamiętam Trybunał próbował już w tej sprawie coś nakazywać Bawarii, ale mu nie wyszło.
Jest coś gorszącego w całym tym sporze, coś bardzo niechrześcijańskiego z ducha. Z jednej strony - ludzie ślepi na korzenie swoich przodków i wiarę oraz uczucia swoich sąsiadów, z drugiej - krzyż który staje się narzędziem walki.
Po trzecie - jest coś gorszącego w całym tym sporze, coś bardzo niechrześcijańskiego z ducha. Z jednej strony - ludzie ślepi na korzenie swoich przodków i wiarę swoich sąsiadów, z drugiej - krzyż który staje się narzędziem walki. Na krzyżu umarł człowiek, który nie walczył, nikogo do niczego nie przymuszał, nikogo nie tłukł po oczach. Każdy ma prawo sam wybierać czy chce mieć puste ściany oraz duszę, czy też nie, sam poniesie też tego wyboru konsekwencje.
Pamięci Pana Jana i innych
02 listopada 2009
Wobec śmierci człowiek gwałtownie głupieje, nigdy jej nie zrozumie. To dobry znak, kolejny dowód na to, że my jesteśmy z innej gliny, że naszym przeznaczeniem jest życie.
W sobotę nad ranem w Szwajcarii umarł nagle Jan Wejchert. Zwykłe przeziębienie, które przerodziło się w sepsę, z którą nie poradzili sobie najlepsi lekarze. Pan Jan był człowiekiem, z tych którzy potrafią wytaczać nowe koleiny tam, gdzie chór mędrców twierdził że muszą być bezdroża. To on, razem z Mariuszem Walterem, wymyślili religia.tv, przeznaczyli na to swoje pieniądze. Ten człowiek robił biznes, ale umiał dzielić się tym co zarobił. Był w wieku, w którym można już odcinać kupony od tego co się zrobiło, pozwolić sobie na realizację marzeń. Z jaką dumą mówił o dzieciach. Budował wielki klub golfowy. Wydawało się, że poradził sobie z chorobą. Powiedzieć, że jest się w szoku po otrzymaniu takiej wiadomości, to jakby nic nie powiedzieć.
Wszyscy powtarzają teraz: za wcześnie, to niesprawiedliwe, powinien mieć czas. Naturalny odruch - śmierć jest jednak koleją rzeczy, umierać powinien jednak ten, kto "się nażył". Na śmierć przygotowuje natura fundując nam starość. Organizm więdnie, człowiek słabnie, gołym okiem widać ku czemu zmierza ten proces. Kiedy umiera człowiek młody, chodząca definicja życia, niepodobna złożyć ze sobą tych dwóch stanów. Widzimy gołym okiem, czym tak naprawdę jest śmierć, że to gwałt na życiu, gwałt ze szczegołnym okrucieństwem (choć nie wiem - czy gdy sam będę umierał - nie będę wolał znieczulić się kojąca franciszkańską myślą o "siostrze śmierci" itd.)
Choć - jakkolwiek okrutnie by to nie zabrzmiało - przyzwyczajamy się do tego widoku. Najstraszniejsze są zawsze "pierwsze śmierci". Pierwsza śmierć kolegi. Pierwsza śmierć kogoś z kręgu, który - wierzyliśmy - będzie nietykalny, z rodziny. Pierwsza śmierć kogoś, kto umarł zdecydowanie za młodo. Pierwsza śmierć z powodu nowotworu. Pierwsza zaobserwowana śmierć w wypadku. Im jesteśmy starsi, tym jaśniej widzimy, że tu dzieje się coś, co i nas kiedyś spotka. Miejsce szoku zajmuje z czasem refleksja. Tu myślenie może pójść chyba po trzech torach. Pierwszy tor to tak naprawdę bocznica. Człowiek dotknięty śmiercią kogoś kogo znał (w dzisiejszych czasach powoli zaciera się granica - znał realnie czy znał z telewizji), zjeżdża na boczny tor, zamyka się w sobie, snuje myśli o tym jak to Pan Bóg gasi świeczki życia różnych ludzi, pozwala by od środka przejął go zimny dreszcz, by obudziła się w nim na chwilę świadomość własnej śmierci, którą przecież każdy z nas w sobie nosi Tor drugi - człowiek ucieka z miejsca wypadku, dodaje gazu, postanawia natychmiast zrzucić to z siebie, odreagować. "Trzeba żyć" - powiada i rzuca się dalej w wir zajęć. Jest w tym podejściu coś cholernie nienaturalnego (a ja miałem okazję doświadczyć tego w sobotę, gdy - z przeróżnych względów, jednym z nich był szacunek dla uczestników, którzy przyjechali z końców Polski, napracowali się, parę dni spędzili na próbach - kierownictwo produkcji postanowiło, że "Mam Talent" jednak się odbędzie, nie wiem czy sam nie podjąłbym takiej decyzji, a mimo to kaca noszę w sobie do dzisiaj). Naturalny rytm człowieka jest inny, człowiek potrzebuje żałoby, tego wieczoru - ja tej żałoby potrzebowałem. Ten czas jest potrzebny, by niejako "przepisać" swoje ze zmarłym relacje. Na nowo powiedzieć sobie kim ja jestem w tej relacji, kim jest on. Co możemy dla siebie zrobić, jak dalej być.
Tor trzeci - to próba szukania odpowiedzi w świecie, który jest poza naszymi ziemskimi definicjami, ponad tym co widzimy gołym okiem (choć i z tym różnie bywa - brat mojej koleżanki po śmierci swojego ojca powiedział, patrząc na ciało, że właśnie teraz uwierzył w to, że jest coś więcej, przecież to nie jest ten człowiek, którego znał, przecież on musiał gdzieś pójść, musi być teraz gdzieś indziej). Nadzieja pojawia się, gdy tajemnica życia i śmierci zaczynają być czytane z kluczem, którym jest miłość. To ona generuje nadzieję i wiarę. Ten trzeci tor to z grubsza rzecz biorąc medytacja nad fragmentem Pisma, którego nigdy do końca nie rozumiałem (i nie zrozumiem, nie "przeźuję", aź sam przez śmierć nie przejdę), słowa o tym, że "nikt z nas nie żyje dla siebie i nie umiera dla siebie, jeśli bowiem żyjemy - żyjemy dla Pana, jeśli zaś umieramy - umieramy dla Pana". To znaczy, że Bóg wziął na siebie również naszą śmierć, że jest z nami w naszej śmierci. Ale to chyba nie tylko bierne zapewnienie, że będzie dobrze, to też zachęta do tego by żyć tak, żeby każdego dnia można było powiedzieć Bogu - życie oddam za Ciebie.
Wobec śmierci człowiek gwałtownie głupieje, nigdy jej nie zrozumie. To dobry znak, kolejny dowód na to, że my jesteśmy z innej gliny, że naszym przeznaczeniem jest życie. Ilekroć przechodzę bramę cmentarza czuję jak staję się totalnie bezbronny, bez tych wszystkich społecznych fatałaszków, które trzeba nosić na codzień. To na cmentarzu trzeba szukać prawdy o życiu. Zamiast obsesyjnie zmiatać liście wsłuchać się w tych, którzy - gdyby jeszcze raz mieli czas - nie wypełnialiby go pewnie duperelami, generowaliby jedyne dobro, które jest się w stanie przenieść na tamtą stronę - miłość. Dlatego warto chyba często o śmierci myśleć - przypominać sobie że i relacje i praca i pieniądze, to wszystko musi zwiększać miłość, inaczej nie ma żadnego sensu, o czym przekonamy się na łożu śmierci, gdy dotrze do nas, że nie będzie już kolejnego dnia zebrań, że nie przyjdzie już kolejny wyciąg z banku. Myślę, że zmarli to ludzie, którzy kochają jak wariaci, już wiedzą, że tylko to się liczy. Na cmentarzu można się ogrzać, samemu ogrzać kogoś dobrą myślą.
Powiedzieć: dziękuję. Ten dzień powinien być tak naprawdę jednym wielkim Dniem Dziękczynienia. Tym właśnie powinna kończyć się każda żałoba. Różne rzeczy mówimy ludziom za życia, czasem nawet po śmierciu warto im podziękować za to życie, za to że byli ważni, że to naprawdę dla kogoś miało znaczenie, że byli. Przestać myśleć, co się nie udało, zauważyć najdrobniejsze rzeczy. Wczoraj, we Wszystkich Świętych myślałem o Dobrym łotrze, który świętym został - jak pisał ks. Neuhaus za Dorothy Seyers - bo po podłym życiu umiał zdobyć się na tyle, by wiszącemu obok żydowskiemu prorokowi uważającemyu się za króla powiedzieć: tak, jesteś królem. Jeśli ma cię od tego mniej boleć - dla mnie możesz być nawet Napoleonem, ale już się nie bój. To nie był akt wiary, to był akt litości, moment czysto ludzkiego współczucia. Na tym ludzkim geście Jezus "nabudowuje" swoją odpowiedzią resztę, być może budzi w tym człowieku wiarę. Jeden gest, jeden uśmiech wystarczy by życia człowieka nie można było przekreślić. To nie jest tak, że złe czyny przekreślają dobre. Na sądzie jedne staną obok drugich, będą. Każdy w życiu uśmiechnął się chyba chociaż raz?
Okazją do tego, żeby podziękować może być najpiękniejsze nabożeństwo tych dni, wypominki. Pamiętam dobrze, jak - gdy byłem jeszcze w nowicjacie - czytaliśmy je z braćmi na zmianę przez cały dzień. Czasem w pustym kościele. Mój głos wywołujący z niepamięci dziesiątki, setki osób, mówiący Kościołowi w niebie - taki to a taki tutaj był, my tu o nim pamiętamy. Zróbmy wypominki i tutaj. Jeśli ktoś chce, niech wpisze swoich zmarłych, tych którzy odeszli w tym roku. Inni przeczytają ich imiona, to już będzie dla nich bardzo duża sprawa. Może ktoś się pomodli, ktoś pomyśli chwilę dłużej niż chwilę. A ktoś kiedyś odwdzięczy się nam tym samym.
Cuda, cuda ogłaszają
29 października 2009
Jan Chryzostom narzekał, że o dwie natury Chrystusa kłócą się dwie spotkane na bazarze przekupki. Dziś dwa wiodące polskie tabloidy walczą o ciało Jezusa.
1. "Fakt" już odtrąbił, że cud w Sokółce jest prawdziwy i wezwał wiernych do modlitw, nic dziwnego więc, że dzisiejszy "Super Express" dowodzi, że to oszustwo. Teza poparta wypowiedziami ekspertów, przekonywujących że zadziałała tu bakteria nazywana pałeczką krwawą, która w wilgotnych warunkach jest w stanie wyhodować na pieczywie różne cuda. Wyraźny kłopot z całą sprawą ma też zwierzchnik profesorów, którzy badali komunikant, profesor Chyczewski, który gdzie może dyskredytuje zwłaszcza profesor Łotowską - Sobaniec, robiąc z niej dewotkę. Zastanawia mnie jak poważni naukowcy mogą formułować jednak dość kategoryczne opinie, bez zbadania materiału, a po zbadaniu jedynie prasowych doniesień na jego temat. Wykonują robotę medioznawców, a podpisują się jako biolodzy lub patomorfolodzy. W nauce liczy się prawda materialna, stan faktyczny. Ów stan jest następujący - jak dotąd komunikant zbadało dwóch profesorów (w tym jeden uznawany za autorytet nawet przez biologa z Partii Racjonalistów z którym miałem okazję rozmawiać). Białostocki Kościół powinien zaś skorzystać z oferty szczegółowych badań, które złożyły mu wiodące ośrodki w Polsce. Rozumiem arcybiskupa Ozorowskiego, który mówi że cud owocuje przede wszystkim w sercach ludzi i że nie można przesadzić z naukowymi badaniami czegoś, co podchodzi z innego porządku, co domaga się szacunku, ale na takie rozstrzygnięcie jest chyba jeszcze za wcześnie. Ono może zapaść, biskup ma święte prawo powiedzieć: basta, to jest domena wiary, musimy to traktować w myśl jej zasady a znacznie bardziej przekonywującym od badań dowodem cudu będą zmiany zachodzące w sercach ludzi. Ale chyba jeszcze nie teraz. Dziś, na początku całej sprawy, warto by inny zespół badaczy ocenił, czy pierwszy zespół miał rację. Zanim do Sokółki ruszą pielgrzymki trzeba rozwiać wszelkie wątpliwości - ustalić, czy wierni będą modlić się przed efektem działania jakiejś bakterii, czy przed czymś, czego współczesna nauka nie jest w stanie przy uźyciu ziemskich narzędzi wytłumaczyć (bardzo mądrze mówił o tym niedawno ks. prof. Rusecki pod nienajmądrzejszym tekstem w Rzeczpospolitej). Sam Jezus nie bał się ludzkiej dociekliwości, pozwolił Tomaszowi który nie wierzył w zmartwychwstanie włożyć rękę w swoje rany. Na mikroskop z pewnością też się nie obrazi.
2. Jeśli ktoś będzie miał jutro czas, zapraszam do oglądania "Ludzi na walizkach" z Igorem Janke, o 21.00 na religia.tv. To dla mnie jedna z najbardziej poruszających rozmów w cyklu. Nagraliśmy już osiemnaście odcinków, wszyscy bohaterowie po prostu mnie zawstydzili. Swoją wiarą, siłą i nadzieją. Igor - czymś jeszcze, o czym mówiła też w kolejnej rozmowie Dominika Roqueplo. Ci ludzie doświaczyli innego porządku, porządku w którym rządzą zakopane przez nas gdzieś głęboko fundamentalne prawdy, które - chcemy, czy nie chcemy - są prawami tego świata. Najprostsze gesty, najprostsze słowa. Właśnie - słowa. I Igor i pani Dominika nagle w czasie rozmowy rzucają cytat z Biblii. Nie żeby epatować, pokazują słowa, które dla nas są wyświechtanymi sloganami, a oni przekonują, że są żywe i skuteczne. Że na czymś, co wydawało się nam starą, spróchniałą komódką po babci - można żyć, ba - można odbudować życie. Igor mówi o Księdze Mądrości, czytanie z niej bywa używane w formularzu mszy pogrzebowej, piękne słowa o zmarłych, "którzy rozbiegli się po ściernisku" i że "wydawało się oczom głupich, że pomarli, a oni śpią w pokoju", "spodobał się Bogu, więc został przeniesiony".... Dzięki niemu zacząłem teraz czytać sobie tę Księgę, tym razem w całości, z uwagą. A skoro już jesteśmy przy brzydkich słowach - aktualizuję teraz "Kościół dla średniozaawansowanych" i chodzi za mną słowo "dziękczynienie". Straszne słowo, kościelne do bólu. A przecież "dziękuję" po pierwsze pozwala dostrzec, że coś rzeczywiście w naszym życiu się stało. Po drugie - dziękuję bywa bardziej skuteczną metodą proszenia, niż błagalne pienia.
3. To niesamowite, ile agresji jest w stanie wywołać moja pisanina. Odkąd napisałem, co sądzę o przemyśleniach R. Dawkinsa otrzymuję regularnie korespondencję od czytelników wyzywających mnie od ciemniaków, tumanów, portierów (nie wiedziałem że to obelga), wytykających mi tkwienie w średniowiecznych idiotyzmach. Ci, którzy wierzą, że Boga nie ma (co powinno być świadomością wyzwalającą), wykrzykują mi to w twarz, spięci jak agrafki, ostro gestykulując, niejako w obawie że ja im jednak znów powiem, że Bóg jest. Z drugiej strony - piszą ci, którzy na dwóch stronach zamieszczają cytaty z Biblii i błagają bym wybrał wreszcie drogę którą chcę iść, do nieba czy do piekła. Jeśli w niebie mają być ci od cytatów, a w piekle ci od Dawkinsa, zwracam się z uprzejma prośbą do Komisji Teologicznej o przywrócenie Limbus. Tam sobie na sąd ostateczny poczekam.
Mężczyźni biologiczni i nie
11 października 2009
Edukacja seksualna = antykoncepcja = in vitro = aborcja. To nie ja, to pani feministka!
Podróże, jak powiedziano, kształcą. Jadąc wczoraj trasą Białystok - Warszawa podsłuchiwałem w Roxy FM fascynującą debatę Katarzyny Szustow z niejaką Furją, "członkinią kolektywu" organizacji UFA, która to organizacja jest "centrą" przeróżnych działań. Jest to jedna z tych organizacji, które by działać, muszą wystroić się najpierw jak choinka tysiącem nazewniczych bombek: a to, że queer, a to że feminizm, a to że LGBT, a to że przyjazne "transkom" etc. UFA, z tego co usłyszałem, robi kilka świetnych rzeczy. Ma programy dla pań w wieku emerytalnym, uczy je obsługi komputera, angielskiego, próbuje animować jakoś życie Muranowa. Najfajniej zrobiło się jednak, gdy pani Szustow wsłuchując się w deklaracje pani Furji, że przyjmują wszystkie kobiety na wolontariuszki, zapytała, co będzie jak na wolontariusza - o zgrozo - zgłosi się facet. Pani Furja odpowiedziała, że to raczej wykluczone, że zaprasza się kobiety, bo to jest dla kobiet, oczywiście może się zdarzyć że "przyjdzie jakaś transka", która choć jest facetem, czuje się kobietą i wtedy OK. Pani Szustow zasugerowała (przynajmniej tak zrozumiałem), że ów brak otwartości na facetów to chyba jednak jakaś niespójność z wygłaszanami chwilę wcześniej przez panią Furję hasłami walki z wykluczeniem ze względu na płeć oraz inne przypadłości, dopiero wtedy pani Furja (tak wnoszę) zorientowała się, że z jednym apartheidem walczy innym i zaczęła się wycofywać raczkiem, twierdząc że "biologiczni mężczyźni", jeśli muszą jednak mogą przyjść (czy czeka ich naturalizacja, nie wyjaśniły). Juliszowi Machulskiemu się wydawało, że jest taki śmieszny, jak pisał "Seksmisję", a tu taka niespodzianka.
Dalej było już tylko lepiej. Pani Furja wyjaśniła np, że jednym z ich projektów jest organizacja obchodów dnia "Sprawiedliwości reprodukcyjnej", idei, która ma połączyć pod jednym sztandarem zwolenników - uwaga - edukacji seksualnej, antykoncepcji, in vitro i aborcji. Tyle pracy różnej maści debatanci ze strony pani Furji włożyli w to, żeby przekonać kościelnych betoniarzy, że aborcji nie naleźy łączyć z in vitro, a antykoncepcja to zupełnie jeszcze inna kwestia, a oto tu podaje się nam i naszym kolegom całą sprawę na talerzu! Tak, edukacja seksualna równa się antykoncepcja, in vitro i aborcja! Ich rdzeniem jest to samo prawo, ten sam ideologiczny genotyp! To po pierwsze, a po drugie - prawa owej "sprawiedliwości reprodukcyjnej" –
1. Każda kobieta ma prawo zdecydować, że nie chce urodzić dziecka.
2. Każda kobieta ma prawo zdecydować, że chce urodzić dziecko
3. Każda kobieta, która chce urodzić dziecko ma prawo do wsparcia.
Pani Szustow znów próbowała pytać: a co z facetami? Pani Furja, uprzejmie się zgodziła, że owszem mają oni jakieś prawa, ale znów nie przesadzajmy. Oraz pozdrowiła panią Agatę Chełstowską, która dla sprawy aborcji w Polsce zrobiła bardzo dużo.
Mój wniosek po audycji jest następujący: należy gorąco wspierać wszelkiej maści kolektywy, ruchy, oragnizacje etc. Należy częściej udostępniać im media, częściej pozwalać pokazywać świat, w którym dżumę społecznych wykluczeń zwalcza się cholerą tworzenia gett "uświadomionych" oraz całej reszty, gdzie "biologiczni mężczyźni" mogą czasem wpaść, ale nie są potrzebni, a ludzie zanim zdecydują się na seks muszą odczytać sobie prawa i obowiązki z karty "sprawiedliwości reprodukcyjnej", albo w ogóle - zamiast to robić, powinni wymalować jakieś transparenty. Gdy słucham aktywistek w rodzaju pani Furji wiem, że ów ideologiczny komunizm zakończy swój żywot jak wszystkie podobnie nieprzystające ni w ząb do życia abstrakty, jak swój oparty na rozważaniach o kapitale oryginał.
Edukacja seksualna = antykoncepcja = in vitro = aborcja. To nie ja, to pani feministka!
O słabości w czterech odsłonach
07 października 2009
O CBA w roli Lucyfera, o tym kogo można chować z całym rytuałem, o tym dlaczego szczęśliwi wierzący i spełnieni ateiści wciąż muszą drzeć ze sobą koty. I o cierpieniu, przed którym się klęka.
1. Generalnie nie chce mi się mówić ani pisać nic o polityce, uznaję w tej dziedzinie kompetencje kolegów, ale gdy przyglądam się toczącej od miesiąca polskie szczyty aferom, nie mogę oprzeć sie wrażeniu jakie miałem już przy sprawie poseł Sawickiej. CBA wydaje mi się instytucją nieco podejrzaną nie dlatego, że toczy polityczne gry, ale dlatego że pod nazwą pracy operacyjnej zbyt często wykonuje pewien interesujacy moralny eksperyment. Nie tyle łapie człowieka na grzechu, raczej miesiącami i latami szuka jego słabych punktów (nie powiem, troszkę boli mnie świadomość, że z moich podatków jakiś goguś kupuje sobie żel do włosów, perły dla posłanek i zalewa najdroższą benzynką swoje Porsche Cayenne), następnie tworzy wokół niego sieć sprzyjających grzechowi okoliczności, prowokuje, kusi, nęci. Człowiek upada. Wtedy go zakuwa i dostarcza do prokuratury. Dylemat moralny (i tu już odjeżdżamy od kontektów bieżących, żeby nie wyszło że kogoś bronimy czy piętnujemy, nie wiemy jak było, więc nie przesądzamy) - jest grzech, co do tego nie ma wątpliwości. Jaki jest jednak ciężar winy sytuacji, gdy na początku był tylko jakiś zalążek patologicznej skłonności, ktoś się o tym dowiedział, przyszedł, rozdmuchał pokusę na maksa i przyłapał osobę na jej konsumowaniu?
2. Zmarł ojciec mojej znajomej. Nie był człowiekiem przesadnie praktykującym, księdza po kolędzie raczej nie przyjmował. Zmagał się z nałogiem, nie miał łatwego życia. Przez ostatnie miesiące potwornie, przepotwornie cierpiał. Kilka razy miałem z nim tzw. "duszną rozmowę", wiem, że szukał jak potrafił. I nie bardzo umiał znaleźć (gdy sobie o nim dziś myślę, przypomina mi się wyczytane ostatnio zdanie z cyklu "ładnych": że taki człowiek ma w sercu pustkę w kształcie Boga). Tęsknił i odrzucał w jednym. Znajoma poszła załatwić formalności pogrzebowe. Usłyszała, że pogrzebu katolickiego ani mszy nie będzie. Próbowała dowiedzieć się dlaczego, ksiądz wydarł się na nią, krzycząc że tak to jest, a do jego kościoła nie przychodzą dzieci, że ma w parafii mnóstwo alkoholików, że co to za parafia, co to za parafianie. Bogu dzięki, wystawił zaświadczenie dzięki któremu tę mszę będzie można odprawić w innym kościele, gdzie księża wysłuchali historii i zgodzili się, żeby Kościół pożegnał się również z tym człowiekiem.
O odmowach pogrzebów katolickich napisałem teraz w książce osobny rozdział. Wiem, że jeśli człowiek nie chciał mieć z Kościołem po drodze za życia, niesmaczne jest zmuszanie go do takich kontaktów po śmierci, gdy swojej woli wyrazić już nie może. Rozumiem przypadki apostatów, pytam jednak co w sytuacji tzw. uporczywego trwania w grzechu (ostatecznie można pod to podciągnąć np. małżeństwo niesakramentalne). Czy wtedy nie powino być jednak tak, że ksiądz będzie ważył zgorszenia - czy do większego zgorszenia dojdzie jeśli człowieka po katolicku pochowa i zgorszy dwie panie dewotki, czy większe straty zrobi Kościołowi, jeśli odsunie od niego na stałe kilkudziesięciu, albo i lepiej, wciąż na tej Ziemi żyjących? Jasne, że pogrzeb jak to się uczenie mówi "pozostaje poza porządkiem ekonomii sakramentalnej", w sytuacji zmarłego nic nie zmienia, nie dodaje mu jakichś specjalnych punktów na drogę, jest pożegnaniem się Kościoła z tym człowiekiem. Jasne, że rozumiem księży do których przychodzi rodzina człowieka, który otwarcie Kościół zwalczał lub miał w nosie i zaczyna na przykład na niego krzyczeć, że łaski nie robi. Pytanie jednak, czy ksiądz nie powinien w takich sytuacjach, gdy ma do czynienia z ludźmi w żałobie, traktować odmowy pogrzebu jednak jako broni atomowej, zarezerwowanej dla przypadków najcięższych, a wszelkie, najmniejsze wątpliwości rozstrzygać na korzyść zmarłego. Żeby ta odmowa rzeczywiście wybrzmiała w takich sytuacjach jako stwierdzenie istniejącego faktu, a nie jako zemsta Matki Kościoła na wyrodnym synu, bo co to za Matka co nie chce przyjść na pogrzeb syna, nawet gdyby byl największym możliwym draniem.
3. Poruszył mnie komentarz, który pod poprzednim wpisem zamieściła Polaela. Czy ktokolwiek, kiedykolwiek tu (i ja osobiście) twierdził, że ludzie niewierzący są pozbawieni moralności? W Krakowie ma być teraz marsz ateistów i agnostyków pod hasłem: moralność bez wiary. Czy ktoś na poważnie przeciwko temu hasłu protestuje? Można nie wierzyć i być dobrym człowiekiem, jeśli taka czyjaś wola. Nie wykluczam, że wielu co tu byli z dala od Kościoła, na tamtym świecie bardzo nas zawstydzi. Dla mnie wiara jest najpewniejszą ścieżką nie tylko do świętości (której obawiam się nie osiągnę), ale i do ludzkiego dobra, jeśli ktoś widzi rzecz inaczej - czy to ja mam być jego sędzią? Nie wiem skąd bierze się to podnoszone raz na jakiś czas przekonanie, ten stymulowany konflikt między wierzącymi a niewierzącymi. Możemy rozmawiać o argumentach w sprawie istnienia Boga (jak przy okazji sporów o Dawkinsa), ale nie wiem skąd biorą się te emocje. Szczęśliwy wierzący i spełniony ateista nie powinni sobie przeszkadzać. Mi osobiście spełniony ateista nie przeszkadza w niczym, ma swoje święte prawa, może nie chodzić na religię, nie płacić podatków kościelnych, może głosować na kogo chce w wyborach, ma prawo się zrzeszać, manifestować, ma prawo do wszystkiego, do czego prawo mam i ja, w sferze obywatelskich swobód żaden z nas nie jest przecież lepszy. Jasne, że staniemy w sytuacji konfliktu, gdy okaże się że prawo stanowione bardziej widzi się jednak ze zdaniem większości, która ma inne zdanie, ale obawiam się, że w demokracji takie ryzyko ponosi każdy. Ja też je ponoszę, gdy - właśnie przez to że są w tym kraju ludzie o innych od moich poglądach - muszę godzić się na ustawowe kompromisy w bardzo ważnych dla mnie sprawach.
4. W weekend nagrywałem kolejne odcinki 'Ludzi na walizkach". Rozmowy z Igorem Janke i Dominiką Roqueplo przypomniały mi dobitnie, jak wielka szansą jest dla mnie mój zawód. Dzięki niemu mogę spotkać ludzi, którzy to wszystko co ja wyczytałem, wiedzą sami bo przyszło to do nich z doświadczeniem, mało tego - wierzą w to, żyją tym, ludzi - którzy nie pytani o wymiar konfesyjny - pokazują, co to znaczy być człowiekiem, co to znaczy w chwilach próby zamienić ciemność, nieszczęście, syf w czysty kryształ (to podobno jest ta umiejętność, która różni nas od zwierząt). Ludzi, przy których człowiek ma się ochotę zamknąć, a przed ich słowami i gestami klęknąć.
Kampania wrzesniowa
28 września 2009
To mój apel do Piotra Pacewicza, Wojtka Maziarskiego, Władysława Frasyniuka - przestańcie nas traktować jak dzieci, które dają się szczuć biskupom na tych co myślą inaczej, którym inkwizycja pomyliła się z miłosierdziem i które miłując represyjne instytucje, alergią reagują na słowo humanizm. Apel do kolegów z "Gościa" i tych do których mi w tym sporze bliżej - dość retorycznych (sztucznych) ogni, trzeba spróbować żyć tak, by Grzegorz Napieralski, Wanda Nowicka i Alicja Tysiąc nawracali się patrząc na to, jak my żyjemy a nie ze względu na porównania, jakie przychodzą nam do głowy.
Raz na jakiś czas - bywa, że kilka razy w roku, bywa że raz na rok, Polską wstrzasją wielkie światopoglądowe debaty w których główną rolę odgrywa Kościół katolicki. W latach 90. działo się tak praktycznie co chwila, dyskutowaliśmy o stosunku Kościoła do polityki po kolejnych kazaniach abp. Michalika czy bp. Głodzia. Z pasją dyskutowaliśmy o aborcji, po śmierci profesora Deca debatowaliśmy o tym, jakie poglądy wolno wyznawać katolikowi, a jakie nie. Ostatnio debatujemy o gejach, o sprawie Agaty, o klonowaniu terapeutycznym, z pasją angażujemy się w spory o in vitro, była sprawa państwa Wojnarowskich, sprawa Alicji Tysiąc powraca też na tapetę co chwila.
Każdy taki spór jest jak tornado, które podnosi z ziemi wszystkie leżące na niej do tej pory intelektualne sprzęty, oraz ludzi którzy się nimi posługują. Na codzień, zajęci przyziemnymi sprawami ich nie widzimy, teraz - gdy wszystkie do góry - przez chwilę możemy zobaczyć jak zmieniła się ich pozycja od czasów ostatniej takiej burzy.
Kiedy patrzę na krajobraz jaki rysuje się po bitwie w sprawie Alicja Tysiąc vs. Gość Niedzielny - ogarnia mnie coś na kształt przerażenia. Czegoś takiego jeszcze w polskich sporach nie widziałem. Ludzie, którzy do tej pory mitygowali się w sądach starając się mieć wciąż z tyłu głowy, że żyjemy w społeczeństwie różnych wartości i poglądów, dziś stając naprzeciw siebie wyglądają jak dwie zwalczające się frakcje talibów. Z jednej strony - patrz zachowanie i komentarze polityków SLD czy słuchanego wczoraj w Kawie na ławę Władysława Frasyniuka. Komentarze "Gazety Wyborczej", która w sobotę daje na jedynce wielki tytuł "Kościół piętnujący" i jedzie po biskupach jak tylko potrafi, a Piotr Pacewicz po raz kolejny opisuje swe tęsknoty o "chrześcijańskiej miłości" i "Kościele przytulającym" (irytuje mnie to, że Piotr zamiast udać się do parafii i taki Kościół po prostu zrobić, nieustannie karmi nas swymi eklezjologicznymi resentymentami, jest dobrym wujkiem, który nie proszony wciąż będzie jednak wychowywał przy stole krewniacze potomstwo, będzie pisał Kościołowi, jaki powinien być, żeby mu się podobał). Patrz zamieszczony wyżej na tej stronie komentarz Wojtka Maziarskiego, z którym nie zgadzam się fundamentalnie (choć podobnie jak Piotrka, bardzo go szanuję) - to nie Alicję Tysiąc Marek Gancarczyk porównał do nazistów, tylko sędziów Trybunału Strasburskiego (co nie zmienia rzecz jasna faktu, że nie powinien tak robić, bo to jest brzydkie i głupie po prostu, absurdem jest jednak stawianie przez sąd tezy iż katolik ma prawo roić sobie w głowie jakieś kontrowersyjne dla innych poglądy dotyczące np. ludzkiego życia, nie ma jednak prawa implementować ich do realnego życia). Biskupi komentując całą sprawę nie mogli zachować się inaczej, w przeciwnym razie musieliby bowiem odwołać się sami, o aborcji i wszystkich związanych z nią kwestiach mówili bowiem w podobnym tonie wielokrotnie. Kwestia smaku, czy powinni tymi słowy, ale mają do tego w wolnym kraju prawo, a mi w ich wystąpieniu zabrakło nie wezwań do odwołania Marka Gancarczyka (nie wiem skąd podniesione przez Wojtka przekonanie, że katolicka opinia publiczna właśnie tego dziś pragnie), ale postawienia drugiej nogi, bez której daleko nie zajdziemy - konkretnego wezwania polskich katolików do otwarcia się, uwrażliwienia na analgiczne sytuacje jak ta Alicji Tysiąc, które dzieją się w miejscach niedostępnych dla kościelnej hierarchii. To zagrzewanie pozostanie czystą ideologią jeśli nie uda się przełożyć tego na konkretne czyny miłosierdzia, (uwaga Piotrze) nie rozumianego jako głaskanie każdego po główce, ale opartej na prawdzie pomocy. Wiara musi składać się z uczynków, nie słów, nawet jeśli są to Słowa Pasterskie.
Z drugiej strony tego sporu - co odnotowuję z nie mniejszą konfuzją, stają tradycyjni wojownicy którzy leją wszystkich co na lewo od nich czym się da i bez refleksji. Prawie nigdy nie było mi z nimi po drodze, jeśli idzie o formę przekazywanych treści. Opisywanie świata jako wiecznej wojny dobra ze złem za bardzo pachnie mi dziecięcym światem gier planszowych i manicheizmem. Ale w tej akurat sprawie, nie mam wyjścia, bo to oni bronią dobrej sprawy. Gdy w sobotę zobaczyłem wspomnianą wyżej czołówkę "Wyborczej" dotarło do mnie, że wymaga się ode mnie, żebym opowiedział się wyraźnie po którejś ze stron. Nie ma we mnie zgody na to, żeby ktoś jeździł po moim Kościele za to, że głosi rzeczy, które powinien głosić, bo taką ma misję. Jeśli zaś ktoś ma kłopot z tym, czy niektórzy jego członkowie nie zachowują się przy tym czasem - to przykre - po chamsku, niech odpowie mi jeszcze - dlaczego nikt nie chce penalizować określeń "talibowie" (to są przecież współcześni mordercy) rzucanych pod adresem katolików, dlaczego nikt nie krzyczy, gdy (skądinąd lubiany i ceniony przeze mnie) profesor Hartman określa słowa Jana Pawła II o "cywlilizacji śmierci" mianem "chamskich". Skąd w naszych stosunkach społecznych taka dysproporcja? Jeśli "postępowcy" w rodzaju pani Senyszyn głoszą tezy o "morderczej" (dla kobiet) ustawie antyaborcyjnej - wszystko jest ok, najwyżej Tomek Terlikowski zająknie się na blogu. Gdy ktoś z drugiej strony powie, że ustawa ta jest mordercza dla dzieci, natychmiast zaczyna się jazda - konferencje prasowe Grzegorza Napieralskiego, komentarze Piotra Pacewicza, rozstrzęsiona panie feministki w TVN24. I ten straszny Kościół!
Jak wyjść z tego klinczu? To mój skromny i nie mający szans na dotarcie do tłumów apel - po sprawie Alicji Tysiąc widać, że jesteśmy na skraju ideologicznej III wojny, która nic nam nie przyniesie, okopiemy się tylko po obu stronach i potężnie wykrwawimy. Przestaniemy sobie ufać jako społeczeństwo. Spuśćmy więc nieco z tonu. Do państwa z lewej strony apel - przestańcie nas traktować ze źle skrywanym politowaniem, jak zacofanych półgłówków, którzy kurczowo trzymają się prawd włożonych im do głów przez babcie, dziadków i księży biskupów, którzy nie umieją samodzielnie myśleć, mają skrajnie antynaukowy światopogląd i na widok każdego przejwu postępu krzywią się i wyciągają różańce. Które dają się szczuć biskupom na tych co myślą inaczej, którym inkwizycja pomyliła się z miłosierdziem i które miłując represyjne instytucje, alergią reagując na słowo humanizm. Z tego, że mamy inne od waszych poglądy nie wynika wcale że brak nam wrażliwości, że nie czytamy książek, że nie chcemy dobrze dla ludzi. Nie traktujcie nas jak element wymagający reedukacji, swoistej postępowej katechezy. Do tych po mojej stronie apel - nie katechizujmy też na siłę naszych lewicowych kolegów. To fakt, że w obliczu tytułów z "GW" w człowieku zaczyna pracować myśl, że chyba czas skończyć z Kościołem uprawiającym publicystykę. a przejść do Kościoła świadectwa. Tylko - jakiego świadectwa? Retorycznych (sztucznych) ogni i tandetnych pod każdym względem porównań, które pozwolą nam stroić się w szatki dobrze spełniających swoją misję Katonów (bo od nich nikt się jeszcze nie nawrócił, one sycą ich autorów, przekonują przekonanych), czy świadectwa takiego jakie powinien dawać chrześcijanin, świadectwa czynu przede wszystkim, życia tak, by ci wszyscy lewicowcy nawracali się patrząc na to, jak my żyjemy a nie jakie barwne porównania przychodzą nam do głowy (tu uwaga dla tych, co zaraz polecą dalej w porównania i chcieliby przeciwstawiać "Kościołowi Marka Gancarczyka" np. "Kościół Matki Teresy" - Matka Teresa nie tylko tuliła biednych do piersi, w sprawach społecznych czy dotyczących źycia była naprawdę niezwykle radykalna w sądach). Podsumowując - gdyby redaktor Pacewicz i ks. redaktor Gancarczyk zamiast zbawiać świat pokazali jak uratowali od nieszczęścia choćby jedną kobietę (nie siłą pióra przemnożoną przez nakład gazety, gdyby konkretnie pokazali swoim czytelnikom jak sumę cierpienia ludzi takich jak Alicja Tysiąc zmniejszyć a nie pomnażać) - światł byłby lepszy. Na razie jest dużo głośniejszy.
Panie Szymonie,
myślę że to Pan powinien się nawrócić, patrząc jak żyją uczciwi, porządni ludzie w Polsce, którzy nie są katolikami , którzy nie piętnują i nie krytykują bez przerwy tych którzy myślą i robią inaczej niż katolicy.Takich ludzi jest wielu, bardzo wielu, ale Pan ich nie widzi albo nie chce widzieć. Religia, którą Pan wyznaje, to Pana prywatna sprawa. Owszem, może Pan publicznie mówić o tym w co Pan wierzy i tak dalej, ale zmuszać innych aby podzielali Pana poglądy lub je popierali nawet wbrew swojej woli, tego Panu nie wolno.Ale o tym też Pan chyba nie wie. Czy to nie Pan powiedział kilka miesięcy temu w telewizji że najważniejszym dla Pana dokumentem jest Ewangelia ?A gdzie Konstytucja ? Czy nie jest Pan Polakiem, nic Ona dla Pana nie znaczy ? Niech Pan sobie wierzy w co chce, ale Polska przede wszystkim. Nie Watykan, nie Episkopat, nie przychylność i łaskawe spojrzenie Biskupów, ale Polska ! Niech Pan czasami pomyśli właśnie o Polsce. I nie piętnuje i krytykuje bez przerwy innych ludzi, którzy wierzą w coś innego niż Pan.A Pana program o tajemnicy spowiedzi był już szczytem nieobiektywizmu .Myślałem że tajemnica spowiedzi dotyczy księdza. Ale pewnie ja się mylę, przecież to Pan występuje w telewizji, to Pan wie co mówi.Fakty i mity nie są brukowcem, radzę przejrzeć kilka numerów, aby na przyszłość nie opowiadać publicznie takich głupot. Ich celem nie jest walka z Kościołem, tylko ukazywanie zakłamania , złodziejstwa, zgnilizny moralnej funkcjonariuszy Kościoła Katolickiego. Jest tam wiele głębokich artykułów dla ludzi wierzących. Ale tego też Pan pewnie nie wie, bo po co czytać taką gazetę, wystarczy posłuchać opinii jakiegoś księdza ( a księża są pierwszymi czytelnikami tego tygodnika ).Dla Pana poszkodowanym w tej sprawie jest ksiądz! Kuriozalne ! Nic Pan chyba nie zrozumiał z całej tej prowokacji dziennikarskiej. Jej celem nie była walka z Kościołem, jak w programie powiedział jakiś głęboko zatroskany pan. Celem było pokazanie, że w Kościele Katolickim jest przyzwolenie na dewiacje seksualne wśród księży, że nie spotyka się to z moralną naganą ani z jakimiś specjalnymi karami czy pokutami.Ilu faktycznych księży-pedofilów musiało się spowiadać u innych(?) księży, że tak spowszedniało to przestępstwo i ten grzech. Za pokutę psalm na trzy minuty odmawiania!A gdzie zadośćuczynienie Bogu, a zwłaszcza Bliźniemu ?Czy tak samo się rozgrzesza w przypadku prawdziwego księdza-pedofila ?Czy są tu jakieś wytyczne z Watykanu lub z Miodowej ?Zastanawiam się czy przypadkiem nie gardzi Pan głęboko taką dziewczynką lub chłopcem molestowanym przez księdza, bo nic Pan w swoim programie nie wspomniał o ich krzywdzie. A molestowanie i gwałcenie dzieci przez księży to nie są jakieś wyjątkowe i sporadyczne przypadki.Ale o tym też Pan pewnie nie wie.Biskupi Panu o tym nie mówią. Cze wie Pan o bankructwie diecezji Delaware w USA ? Właśnie dlatego ogłosiła bankructwo aby nie płacić odszkodowań dzieciom, ofiarom księży- pedofilów.A co się działo ostatnio w Irlandii albo w Australii ? O dziesiątkach afer na tle seksu a dziećmi właśnie tam też Pan nic nie wie ?A w Polsce jest inaczej ?Właśnie " Fakty i Mity " doprowadziły do ujawnienia , skazania i osadzenia w więzieniu przynajmniej czterech księży-pedofilów. I zapowiadają że żadnemu następnemu nie odpuszczą.Czy to nie powinno być również obowiązkiem wiernego syna Kościoła, jakim Pan niewątpliwie jest ?A Pan co robi ? Odwraca kota ogonem i mówi że pokrzywdzonym był ksiądz ?Wstyd, Panie Szymonie. Może niech Pan mniej się angażuje w szukanie wątpliwych talentów w wątpliwym dla Pana towarzystwie a bardziej zajmie się czytaniem Ewangelii. Tam jest napisane co to jest miłość bliźniego i jak to stosował w praktyce Chrystus. Polecam tę lekturę bo widzę że w tej dziedzinie też Pan wielu rzeczy nie wie. Pozdrawiam serdecznie, bo jednak Pana szanuję za odwagę i zdecydowanie, chociaż z poglądami nie zawsze się zgadzam. Piotr