Infonurt2
Bohdan Szewczyk Wydawca, 14 Arletta str. Georgetown,On. L7G 3J3, tel. 905-873-0961
Twoja wyszukiwarka
Niedziela, 09.05.2010, 12:33pm (GMT)
  Strona glowna
  FAQ
  RSS
  Linki
  Mapa strony
  Kontakt
 
MATKA ; Maja Włoszczowska została mistrzynią świata ; Pogrobowcy i ofiary Solidarnosci z KOR ; ZOFIA KORBOŃSKA ; Zapraszam do Kielc na I Kongres Gospodarki Polsko-Polonijnej
::| Poszukiwane zapytanie:       [Szukanie zaawansowane]
 
Wszystkie artykuly  
  Forum dyskusyjne
  Sensacje
  OD WYDAWCY
  TEMATY WAŻNE
  Polityka
  Historia
  Książki które polecamy
  OBRONA SKARBU PANSTWA POLSKIEGO
  Tematy ciekawe
  Filmy
  SPORT
  TŁUMACZ
  Zaprzyjaźnione serwisy
  REKLAMA KLASYFIKOWANA
Daj reklame Najlepsze miejsce DLA CIEBIE

 
 
Książki które polecamy
 
BROŃ OSTATECZNA
Sobota, 05.08.2010, 05:19pm (GMT)

Lady Gaga Live on American Idol: Alejandro (HD)

http://www.youtube.com/watch?v=eXpxjPuEm6k

 

BROŃ OSTATECZNA

UWAGA : ZAINTERESOWNI MOGĄ OTRZYMAĆ KSIĄŻKĘ WRAZ Z RYSUNKAMI , ZDJECIAMI ITP. VIA EMAIL

KSIĘGI TAJEMNIC

HAARP BROŃ OSTATECZNA

JERRY E. SMITH

Przekład Krzysztof Kurek


 

Przedmowa

Wyobraź sobie...

C

o by było, gdybyś dysponował bronią zdolną jednocześnie zniszczyć wszystkie wrogie satelity znajdujące się na orbicie? W znacznym stop­niu zwiększałoby to możliwość ukrytej przed przeciwnikiem dyslokacji wojsk. To nieoceniona przewaga przy niespodziewanym ataku. A gdyby ta sama broń mogła otoczyć Ziemię nieprzeniknioną „tarczą"? Taką, która zniszczyłaby wszyst­kie międzykontynentalne pociski balistyczne (Intercontinental Ballistic Missiles - ICBM) próbujące ją przeniknąć? Atak lub kontratak z ich pomocą byłby nie­możliwy. Mogłaby tego dokonać broń zdolna wytworzyć chmurę elektronów mknącą z prędkością światła. Być może wystarczyłby naziemny radionadajnik o odpowiednio dużych rozmiarach.

Taka aparatura byłaby zdolna do zakłócania komunikacji radiowej na całym świecie. Komunikację dalekiego zasięgu umożliwia bowiem jonosfera, którą wykorzystuje się do przesyłania fal radiowych wokół Ziemi. Gdyby takiego urzą­dzenia użyto do przekształcenia jonosfery w określonych punktach, można zagłu­szyć łączność na całym świecie, nie naruszając własnych przekazów. Bez wątpie­nia wystarczyłby do tego naziemny radionadajnik odpowiedniej wielkości.

Można go użyć do czegoś więcej, niż tylko do przekształcenia jonosfery. A gdy­by potrafił wypalać dziury w tej warstwie ochronnej? Umożliwiałoby to przenik­nięcie zabójczego promieniowania z przestrzeni kosmicznej, które spaliłoby po­wierzchnię Ziemi. Można byłoby sprowadzić na wybrany cel falę promieniowania równie niszczącego jak bomba nuklearna. Żadnej eksplozji, żadne budynki ani znajdujące się w nich przedmioty nie uległyby zniszczeniu. Jednak wszystkie żywe organizmy w obszarze wystawionym na promieniowanie zginęłyby natychmiast lub zostałyby śmiertelnie porażone.

Jak państwo w stanie wojny mogłoby posłużyć się bronią, która umożliwiałaby niezauważalne odwracanie kierunku przepływu prądów strumieniowych? Można by manipulować pogodą na obszarze całych kontynentów, wywołując powodzie lub susze w zależności od potrzeb. Kontrolowanie pogody oznacza kontrolowanie

żywności. Czy broń taka nie rzuciłaby na kolana całego narodu bez oddania jed­nego nawet strzału? Do tego także wystarczyłby odpowiednio duży naziemny ra-dionadajnik.

A gdyby ta zadziwiająca broń pozwalała również zaglądać głęboko pod zie­mię, odnajdywać i namierzać podziemne bazy wroga? Radar wykorzystuje mi­krofale przesyłane drogą powietrzną do wykrywania i identyfikowania obiektów. Naukowcy w podobny sposób mogą zaglądać pod powierzchnię ziemi. Technolo­gia ta nosi nazwę podziemnej tomografii (Earth Penetrating Tomography - EPT). EPT można wykorzystywać do odnajdywania podziemnych składowisk niebez­piecznych odpadów, nowych złóż ropy naftowej, a nawet przewidywania erupcji wulkanów. Senat Stanów Zjednoczonych sfinansował będący właśnie w trakcie realizacji projekt nazywany HAARP (High-frequency Active Auroral Research Program - program aktywnego badania zorzy polarnej za pomocą wysokich częs­totliwości). W ramach tego projektu buduje się nadajnik o mocy sygnału wystar­czająco dużej, żeby zmienić zorzę polarną w potencjalną antenę, retransmitującą sygnały w zakresie fal skrajnie niskiej częstotliwości (Extremely Low Freąuency - ELF). Fale te przenikają głęboko pod ziemię i z powodzeniem mogą być wyko­rzystywane do podziemnej tomografii (EPT). Senat sfinansował projekt HAARP, aby użyć EPT do weryfikacji umów dotyczących zakazu rozprzestrzeniania broni masowej zagłady.

Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych zamierza używać nadajnika HAARP do komunikowania się z łodziami podwodnymi. Fale radiowe ELF docie­rają także głęboko pod wodę. Dzięki wykorzystaniu zorzy polarnej jako anteny do retransmitowania sygnału z nadajnika HAARP marynarka będzie mogła komuni­kować się z okrętami podwodnymi niezależnie od głębokości ich zanurzenia.

Jak państwo albo grupa spiskowców mogłyby posłużyć się bronią zdolną „usmażyć" ludziom mózgi? Co by się stało, gdyby można były dowolnie wywoły­wać u innych określone emocje, takie jak strach lub złość? A gdyby zrealizować ten pomysł na obszarze teatru wojny, wpływając na wrogie wojska przed walką? Albo na całe miasta, a nawet kontynenty? Jeśli możliwe byłoby dostrojenie nadaj­nika do zorzy polarnej tak, by retransmitowała wiadomości na falach ELF, uzy­skalibyście skuteczne urządzenie działające na zasadzie biologicznego sprzęże­nia zwrotnego. Ludzki umysł działa w tym samym zakresie fal skrajnie niskiej częstotliwości, jakie będzie transmitował nadajnik HAARP. Umożliwi to opera­torom tego sprzętu przesyłanie przekazów bezpośrednio do głów milionów ludzi. HAARP może zostać użyty do wywoływania emocji na życzenie, być może na­wet do przesyłania poleceń słownych. Co by było, gdyby odpowiednio potężny nadajnik, taki jak układ antenowy HAARP lub coś jeszcze większego, mógł prze­syłać sugestie wprost do ludzkich głów? „Poddaj się" czy „bądź posłuszny"?

23 marca 1983 roku prezydent Ronald Reagan zaapelował do „(...) społecz­ności naukowców naszego kraju, wszystkich tych, którzy dali nam broń nuklear­ną, żeby wykorzystali swoje zdolności na rzecz ludzkości oraz światowego poko­ju i dali nam środki, pozwalające uczynić tę broń niezdatną do użycia". Misję stworzenia technologii, broni lub systemu obronnego, który uniemożliwiłby wojnę atomową, oficjalnie nazwano Inicjatywą Obrony Strategicznej (Strategie Defense Initiative - SDI). Prasa niezwłocznie nazwała ją „gwiezdnymi wojnami", nawią­zując do tytułu filmowej trylogii George'a Lucasa.

Apel prezydenta Reagana spowodował, że amerykańska społeczność naukow­ców związanych z przemysłem wojskowym rozpoczęła szeroko zakrojone, naj­bardziej kosztowne w historii badania nad bronią. Przedstawiono tysiące pomy­słów, setki z nich sfinansowano. Niektóre kierunki prac w ramach SDI zarzucono od tamtego czasu, jednak część wciąż jest realizowana.

Nie wszystkie tego typu badania naukowe przeprowadza się w laboratoriach wojska i jego kontrahentów. Część z nich dotyczy technologii lub zastosowań, które naruszają międzynarodowe umowy. Inne byłyby niezgodne z etycznymi za­sadami wyznawanymi przez większość Amerykanów. W obawie przed opinią publiczną i międzynarodowymi oskarżeniami niektóre takie programy zamasko­wano jako cywilne badania naukowe.

Książka ta zawiera prawdziwą opowieść o j ednym z woj skowych programów, który, rzekomo, jest nieszkodliwym cywilnym projektem badawczym. Nosi na­zwę HAARP. HAARP to nie fantastyka naukowa. To potencjalnie zabójcza rze­czywistość. Po ukończeniu pracy nad tym projektem powstanie największy na świecie nadajnik radiowy. Możliwe, że będzie to sprzęt wystarczająco potężny, żeby spełniać wszystkie funkcje, o których tutaj hipotetycznie wspomnieliśmy.

Sytuacja, w której naukowcy naszego kraju są zdominowani przez federalne zwierzchnictwo, przydziały projektów oraz potęgę pieniądza, jest czymś normal­nym - i należy to uznać za niepokojące. Jednak prowadząc badania naukowe i dokonując odkryć, musimy pamiętać o równie istotnym, przeciwnym zagroże­niu: polityka państwowa także może stać się niewolnikiem naukowo-technicznęj elity.

Prezydent Dwight D. Eisenhower

Człowiek utracił zdolność przewidywania i ubiegania przyszłych wydarzeń. Sam na siebie sprowadzi zagładę, niszcząc Ziemię.

Dr Albert Schweitzer

Z pesymizmem zapatruję się na rasę ludzką, ponieważ jest ona zbyt pomy­słowa, jak dla jej dobra. Nasze podejście do natury polega na podporządkowywa­niu jej sobie. Mielibyśmy jednak większe szansę na przetrwanie, gdybyśmy sami przystosowali się do tej planety i podchodzili do niej ze zrozumieniem, a nie ze sceptycyzmem i poczuciem władzy.

E. B. White

I czyni wielkie znaki, sprawia, że nawet ogień na oczach ludzi zstępuje z nie­ba na ziemię.

Moim zdaniem wojskowy establishment wciąż wierzy, że przetrwanie mili­tarnej struktury jest warte poświęcenia życia i zdrowia znacznej części amerykań­skiego społeczeństwa.

Dr Robert O. Becker

Dzięki bolesnym doświadczeniom nauczyliśmy się, że racjonalne myślenie nie wystarcza do rozwiązania problemów życia społecznego. Dogłębne badania i dociekliwe prace naukowe często miały tragiczne implikacje dla ludzkości (...), tworząc środki masowej zagłady. W rzeczywistości jest to przejmująca tragedia!

Albert Einstein

 

Rozdział I

Bestia na pustkowiu

Gdzie jest HAARP?

M

ount St Elias, drugi co do wysokości szczyt w Stanach Zjednoczo­nych, jest ważnym punktem granicznym pomiędzy stanem Alaska a Ka­nadą. Wierzchołek góry, leżącej niespełna 80 kilometrów w głąb kraju od zatoki Alaska, sięga prawie 5 500 metrów. Na południe i wschód od niej widać ośnieżo­ne przybrzeżne szczyty i zalesione wyspy alaskiej enklawy. W kierunku północ­nym od Mount St Elias przez ponad 1000 kilometrów ciągnie się tak prosta, jak to tylko możliwe na mapie, linia do słynnego North Slope na Alasce i leżącego dalej Morza Beauforta. Na zachód od niej rozciągają się pustkowia Alaski; na wschód - terytoria Jukonu w Kanadzie.

Mount St Elias i mierząca ponad 3 350 metrów Mount Miller, oraz otaczający obie góry rozległy lodowiec Bagleya tworzą południowy kraniec Narodowego Rezerwatu Przyrody Wrangell-St Elias Mount Sanford, leżąca ponad 150 kilome­trów na północ, również stanowi ogromny rezerwat. Pod względem powierzchni jest to największy park narodowy w Stanach Zjednoczonych, sześciokrotnie więk­szy niż Yellowstone. Zyskał miano „górskiego królestwa Ameryki Północnej", ponieważ spotykają się tam cztery łańcuchy górskie, z dziewięcioma z 16 najwyż­szych szczytów Stanów Zjednoczonych. Ta wysokogórska kraina przez cały rok jest pokryta śniegiem, czego rezultatem są rozległe pola lodowe i największy w kra­ju zespół lodowców. Jeden z nich, Malaspina, jest większy niż cały stan Rhode Island.

1 grudnia 1978 roku ogłoszono utworzenie Parku Narodowego Wrangell-St Elias, a później, 2 grudnia 1980 roku, ustanowiono tam narodowy rezerwat przy­rody. Od 24 października 1979 roku obszar ten znajduje się na liście światowego dziedzictwa „World Heritage Site" i jest pod ochroną Narodów Zjednoczonych. Wraz z południowymi sąsiadami, Narodowym Rezerwatem Glacier Bay na Ala­sce oraz Rejonowym Rezerwatem Alsek-Tatshenshini w Kolumbii Brytyjskiej,


 

obejmuje 10 000 000 hektarów pustkowi, które stanowią największy na świecie obszar chroniony prawem międzynarodowym.

Teren Narodowego Rezerwatu Wrangell-St Elias ciągnie się przez ponad 150 kilometrów od rzeki Copper na zachód, do granicy kanadyjskiej i na wschód, do Narodowego Rezerwatu Klaune w Kanadzie. Począwszy od południowego krań­ca, obmywanego lodowatymi falami północnego Pacyfiku, obszar parku ciągnie się na północ i na zachód przez 250 kilometrów w głąb kraju. Praktycznie cały wschodni brzeg dorzecza rzeki Copper należy do rezerwatu.

Dorzecze, znane również jako nizina rzeki Copper, jest częścią pacyficznego systemu górskiego. Jest to dolina, otoczona ze wszystkich stron strzelistymi, po­krytymi lodem szczytami, takimi jak sięgający 4940 metrów Mount Sanford. Ni­zina jest podzielona przez rzekę Copper i jej dopływy, które mają strome brzegi wznoszące się na 150 metrów ponad lodowatymi wodami.

Dominującą formą roślinności jest biały i czarny świerk, choć można natrafić tam także na wierzby, olchy lub topole. Jak twierdzi jeden z przewodników po rezerwacie:

Choć roślinność może wydawać się uboga, zwłaszcza w interiorze, w parku żyje bardzo różnorodna zwierzyna. Górskie owce i kozy patrolują niedostępne szczyty. Stada karibu skubią porosty i inne niskie rośliny (...). Łoś amerykański pasie się na trzęsawiskach i bagnach przybrzeżnych nizin oraz w nieco gęściej -szych zaroślach, które przyciągają też niedźwiedzie brunatne i grizzly. Czarne niedźwiedzie wałęsąjąsiępo całym rezerwacie. Rzeki, strumienie i jeziora stano­wią tarliska dla łososi i innych ryb. Dorzecze rzeki Copper i przedgórze Malaspi-na to ważne szlaki przelotu wędrownych ptaków, są też głównymi rejonami gniaz­dowania łabędzi amerykańskich.

Pogoda jest taka sama, jak w pozostałej części interioru Alaski. Lata są chmurne i chłodne, ale w lipcu (najcieplejszym miesiącu) przejaśnia się i gorące dni nie należą do rzadkości. Sierpień i wrzesień zazwyczaj są miesiącami chłodnymi i wil­gotnymi, lecz na szczęście z niewielką ilością moskitów. Jesienią pogoda bywa rozkosznie piękna, jednak ta pora roku nie trwa długo. Zimy są wyjątkowo mroź­ne. Przy temperaturach spadających do 50 stopni poniżej zera i pokrywie śniegu mierzącej średnio 60 centymetrów, tylko najbardziej zahartowani ludzie wycho­dzą z domów. Wiosną niebo znów staje się jasne. Coraz dłuższe dni i wyższe temperatury dramatycznie szybko kończą panowanie zimy w tej krainie.

Wschodnią i północną granicą Narodowego Rezerwatu Wrangell-St Elias jest rzeka Copper. Alaska droga stanowa nr 1 znana zarówno jako Glenn Highway, jak i Tok Cut-Off Highway, ciągnie się wzdłuż rzeki Copper, po przeciwnym jej brze­gu niż park. Dalej autostrada przecina region Gakona, łagodnie opadającą ku po­łudniowemu zachodowi równinę z wieloma małymi jeziorami i strumieniami. W regionie znajdują się rzeki Gulkona, Gakona, Sanford, Copper oraz Tulsona Creek. Jest to słabo zaludniona kraina z kilkoma małymi miastami, takimi jak Gakona i Chistochina, oraz skromną metropolią Glennallen. „Copper River 300"

- doroczny wyścig psów zaprzęgowych - odbywa się na szlaku BLM (Buraeu of Land Management), który przecina region Gakona na północny zachód od Naro­dowego Rezerwatu Wrangell-St Elias. Przebiega też przez ziemie należące do najbardziej kontrowersyjnego mieszkańca tego obszaru: Programu HAARP.

Kontrowersje

Niczym gniazdo gigantycznych anten telewizyjnych, cztery tuziny 22-metro­wych stalowych wież połyskiwały w słonecznym świetle, wyróżniając się na tle przepięknego krajobrazu Mount Sanford i doliny rzeki Copper. Ludzie chodzili wśród nich, gapiąc się na krzyżujące się odciągi i metalową sieć nad głowami.

Nadajnik, zbudowany przez Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych i Mary­narkę Wojenną w celu wysyłania fal radiowych do jonosfery w ramach projektu HAARP, udostępniono dla publiczności po raz pierwszy. Podczas wizyty około 70 osób z całego stanu naukowcy przedstawiali nadajnik jako obiekt klasy świa­towej - narzędzie, które w przyszłości pozwoli im dowiedzieć się czegoś więcej o magnetycznych i fizycznych właściwościach zewnętrznej powłoki ziemskiej at­mosfery, czyli jonosfery.

Inni nie byli tego tacy pewni...

Tak rozpoczynał się artykuł Douga O'Harry z 4 kwietnia 1996 roku, zatytuło­wany The Buzz Over HAARP (Zamieszanie wokół HAARP), napisany dla nie­dzielnego dodatku gazety „Anchorage Daily News".

HAARP jest, lub raczej będzie po ukończeniu, największym i najpotężniej­szym na świecie obiektem tego typu, należącym do Departamentu Obrony - choć kwestia, jakiego właściwie typu jest to obiekt, wciąż stanowi temat zażartej dys­kusji. Rząd twierdzi, że jest to stacja naukowa, zaprojektowana, żeby zwiększyć wiedzę o górnych warstwach atmosfery. Krytycy projektu, tak jak to opisał repor­ter Doug 0'Harra, nie są tego tacy pewni. Część z nich uważa, że jest to prototyp nowego systemu broni „gwiezdnych wojen". Niektórzy sądzą, że obiekt będzie wykorzystywany do kontrolowania pogody. Inni, że posłużą się nim zwolennicy Nowego Porządku Świata, by zapanować nad ludzkością poprzez projekcję holo-graficznych obrazów na niebie i jednoczesne przesyłanie poleceń wprost do na­szych głów, co skłoni nas do zaakceptowania nowego, zaprojektowanego przez nich „boga". Jeszcze inni są zdania, że jest to część planetarnego systemu obrony, mającego ochronić nas przed najeźdźcami z kosmosu. Są też tacy, którzy mają jeszcze bardziej niesamowite teorie dotyczące HAARP!

Dyskusja na temat HAARP przybiera różne formy: od grożenia palcem i kręce­nia głową przez zaniepokojonych sąsiadów, przesiadujących w kawiarni przy dro­dze w Glennallen, aż po gwałtowne, a niekiedy nawet przerażające audycje radiowe nadawane na żywo w Ameryce oraz liczne telewizyjne programy dokumentalne, emitowane w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Wielkiej Brytanii czy Japonii.


 

Kontrowersje towarzyszą HAARP niemal od chwili rozpoczęcia projektu. Wiele tekstów o jego tajemnicach opublikowano w prasie. Pojawiały się one w cza­sopismach o bardzo różnym poziomie, od „Glennallen's Copper River County Journal", poprzez „Popular Science Magazine", aż po prestiżowe międzynarodo­we wydawnictwo „Jane's Defense Weekly". Jednak mimo nagłaśniania sprawy, większość Amerykanów nigdy nie słyszało o HAARP. „Mother Jones Magazine" nazwał HAARP jednąz „najbardziej cenzurowanych wiadomości prasowych 1994 roku".

Niektórzy członkowie ciała ustawodawczego stanu Alaska oświadczyli, że nigdy nie spotkali się z tyloma obawami dotyczącymi jednej sprawy w gronie swoich wyborców. W odpowiedzi na niepokoje elektoratu kilku członków legi-slatury stanowej przeprowadziło przesłuchania dotyczące HAARP i stwierdziło, że będą starali się o zgodę sił powietrznych na dokładną, publiczną inspekcję tego projektu. Inspekcję, do której jeszcze nie udało się doprowadzić.

Publiczna debata na temat HAARP rozgorzała także w wielu rejonach świata odległych od alaskiej dziczy, w której zlokalizowany jest projekt. Na przykład przez kilka ostatnich lat ważna dyskusja na ten temat toczyła się w Internecie. Obecnie istnieje kilkadziesiąt stron internetowych i grup dyskusyjnych poświęco­nych kontrowersyjnej tematyce HAARP.

Przeciwnicy HAARP znaleźli zwolenników na obu krańcach politycznej sce­ny. Konserwatywni i liberalni politycy połączyli siły w walce z tym domniema­nym zagrożeniem. Liberałów, a zwłaszcza obrońców środowiska, zaniepokoiło lekkomyślne ignorowanie przez administrację potencjalnego zagrożenia, jakie HAARP stanowi dla żywych istot, a szczególnie dla wędrownych zwierząt. Jedna z takich grup, Trustees for Alaska, zażądała, by Siły Powietrzne przeprowadziły nowe badania wpływu projektu na środowisko naturalne (Environmental Impact Study - EIS). Konserwatywnych polityków niepokoi fakt, że rząd podejmuje pró­by utajnienia czegoś, choć do końca nie wiadomo czego.

Co to jest HAARP?

HAARP będzie najpotężniejszym na świecie krótkofalowym nadajnikiem ra­diowym - tyle że nie będzie nadawał dla ludzkich uszu. Sygnał będzie przesyłany w górne warstwy atmosfery, gdzie spowoduje podgrzewanie fragmentu nieba, zu­pełnie tak jak kuchenka mikrofalowa podgrzewa mrożonki. Ten typ nadajnika jest nazywany „podgrzewaczem jonosferycznym". Obecnie na świecie wykorzy­stuje się kilka podgrzewaczy jonosferycznych. Jednak HAARP będzie wielokrot­nie potężniejszy niż wszystkie one łącznie.

HAARP jest zarządzany przez Phillips Laboratory Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych, którego wydział geofizyczny znajduje się w bazie sił powietrz­nych Hanscom, w stanie Massachusetts, oraz dwie instytucje Marynarki Wojen­nej z Dystryktu Kolumbia: Instytut Badawczy Marynarki Wojennej (Office of Naval Research- ONR) i Laboratorium Badawcze Marynarki Wojennej (Naval Research

Laboratory - NRL). Chociaż HAARP jest finansowany przez Departament Obro­ny (Department of Defense - DOD), badania naukowe są koordynowane, i w znacz­nej mierze prowadzone przez instytucje naukowe. W eksperymentach HAARP udział biorą także firmy prywatne.

Jak można przeczytać w oficjalnych dokumentach, to wspólne przedsięwzię­cie jest prowadzone, by dowiedzieć się, w jaki sposób pogoda kosmiczna wpływa na komunikację, nawigację oraz system sieci energetycznych. Mianem pogody kosmicznej określa się zjawiska powodowane przez napływ cząsteczek ze Słońca i przestrzeni kosmicznej do górnych warstw atmosfery ziemskiej. Może ona wpły­wać na to, jak jonosfera przenosi fale radiowe, i zakłócać światową komunikację radiową. Oddziałuje również na satelity, powodując uszkodzenia systemów po­kładowych lub osłabiając łączność z nimi. Kosmiczne „burze" mogą prowadzić do przeładowania linii przesyłowych energii elektrycznej na Ziemi, powodując rozległe przerwy w dostawach energii.

Po ukończeniu konstrukcji HAARP będzie kompleksem 180 anten nadaw­czych wielkiej częstotliwości (HF), nazwanym instrumentem badań jonosferycz-nych (Ionospheric Research Instrument - IRI), i mnóstwa innych narzędzi nauko­wych. Obecnie wciąż znajduje się w budowie, wznoszony nieopodal Tok Cut-Off Highway (droga nr 1). Brama wjazdowa na teren projektu znajduje się przy słupie milowym 11.3 od skrzyżowania drogi nr 1 z Richardson Highway (droga nr 4), około 420 kilometrów na północnywschód od Anchorage i mniej więcej tyle samo na południowy wschód od Fairbanks.

Stanowisko HAARP, zajmujące powierzchnię około 24 hektarów, na której dawniej rósł dziewiczy las, jest własnością Departamentu Obrony (DOD). Po­czątkowo DOD zamierzał umieścić tam instalację radarową z tzw. radarem po-nadhoryzontalnym rozproszenia wstecznego (Over-The-Horizon Backscatter -OTH-B). W 1991 roku udostępnił ten teren dla projektu HAARP, długo po tym, jak w latach 80. przerwano projekt OTH-B wskutek federalnych cięć budżeto­wych. Stary obiekt przekazano wraz z pustą elektrownią i drogą żwirową.

Najbardziej rzucającym się w oczy elementem konstrukcji jest zestaw anten, nazywany IRI. Z 24 hektarów przeznaczonych dla HAARP prawie dziewięć zaj­mowały mokradła, które w większości wypełniono czarnym żwirem, tworząc po­ziome pole dla IRI. W momencie ukończenia projektu, przewidywanym na 2002 rok, ostateczny zestaw IRI (tzw. FIRI) będzie zajmował żwirowy plac o powierzchni około 13 hektarów i obejmie 180 wież antenowych, ustawionych w 15 kolum­nach i 12 rzędach. Obecnie istnieje już prototyp IRI (DP IRI), który składa się z 48 wież o wysokości 22 metrów i znajduje się na żwirowym placu o wymiarach 300 na 400 metrów.

Wieże DP IRI są rozmieszczone w odległości 24 metrów od siebie na prosto­kątnej siatce składającej się z ośmiu kolumn i sześciu rzędów. Na szczycie każdej wieży znajdują się dwie dipolowe anteny. Jeden z dipoli jest dostrojony do działa­nia w zakresie od 2,8 do 7 MHz, natomiast drugi w zakresie od 7 do 10 MHz. Dwa dipole są zamocowane poziomo, jak wielkie „X" na szczycie każdej wieży. W da­nym momencie może działać tylko jedna antena z każdej pary, w zależności od

pożądanej częstotliwości wyjścio­wej. Oprócz tych anten, wieże pod­trzymują złożoną strukturę wzajem­nie połączonych przewodów i belek. W odległości pięciu metrów nad zie­mią, pomiędzy wieżami rozciąga się metalowy ekran. Tworzy on stały re­flektor dla anten. W czasie transmi­sji przechwytuje skierowaną w dół energię radioelektryczną (RF) i od­bija jaku górze. W ten sposób sygnał wzmacnia się, jednocześnie ochrania się ludzi i zwierzęta na ziemi przed silnym polem RF, które generuje się podczas działania nadajników.

a ziemi, pod zespołem anten, znajduje się 30 schronów z nadajnikami. Każ­dy skrywa 12 nadajników zasilanych generatorami Diesla. Można je ustawiać tak, żeby działały albo niskopasmowe, albo wysokopasmowe dipole. Każdy nadajnik może wytworzyć energię radioelektryczną o wartości 10 000 watów. Łącznie 360 nadajników może przesłać do anten 3 600 000 watów mocy wyjściowej. HAARP ma unikalną właściwość - potwierdzoną patentem zdolność skupiania transmisji w jednym punkcie, wysoko na niebie. Wzmacnia to sygnał wyjściowy tysiąckrot­nie, co daje HAARP moc efektywną ponad 3 600 000 000 watów. Dzięki temu urządzenie jest ponad 72 000 razy silniejsze niż największa komercyjna rozgło­śnia radiowa w Stanach Zjednoczonych!

Zgodnie z wersją wojska, zestaw anten HAARP ma służyć stymulowaniu, na niewielką skalę, zjawisk podobnych do tych, jakie zachodzą w naturze, kiedy ener­gia słoneczna wchodzi w reakcję z górnymi warstwami ziemskiej atmosfery. Po­zwoliłoby to naukowcom i inżynierom lepiej zrozumieć, w jaki sposób zachodzą tego rodzaju zjawiska i jakie wywołują skutki. Oficjalne dokumenty podkreślają, że zamierzeniem rządu jest uczynienie HAARP „głównym arktycznym ośrod­kiem badań górnych warstw atmosfery i zjawisk solarno-ziemskich". Dokumenty rządowe dotyczące HAARP często są sprzeczne i wydaje się, że celowo wprowa­dzają czytelnika w błąd. Naukowcy przyglądający się projektowi i powiązanym z nim technologiom podejrzewają, że amerykańskie społeczeństwo wie na temat HAARP znacznie mniej niż Kongres, który zatwierdza rachunki.

Konspiracja

Możliwe że nazwa i lokalizacja to jedyne, co wiadomo na pewno o projekcie HAARP. Skradziony list, klasyczne opowiadanie Edgara Allana Poego mówi, jak ukrywano pewną rzecz, pozostawiając ją na widoku. Program wysokoczęstotli-wościowych aktywnych badań zorzy polarnej okazałby się kolejnym przykładem   zamaskowania przez pozorne ujawnienie. Ten projekt nauko­wy, mimo że jest realizowany w alaskiej dziczy, z pewnością nie jest ukrywany. Teren pod urządzenia i część ich dokumen­tacji są raz na jakiś czas udostęp­niane publiczności. HAARP ma nawet własną stroną w Interne-cie (http://w3.nrl.navy.mil/pro-jects/haarp).

Być może HAARP jest, jak twierdzą jego zwolennicy, kolejnym zaawanso­wanym technologicznie narzędziem badawczym do ujawniania sekretów wszech­świata - w tym przypadku odkrywania tajemnic górnych warstw atmosfery. Jed­nak naukowcy dokładniej przypatrujący się temu projektowi natrafili na setki wskazówek świadczących, że istnieje jakieś ukryte dno, jakiś zagadkowy, nie­ujawniony cel, kryjący się za akademicką fasadą. Książka ta zawiera przegląd możliwych tajnych zastosowań tej technologii oraz grup spiskowców, które mo­głyby nią zawładnąć.

Trudno sobie wyobrazić, że projekt zarządzany wspólnie przez Siły Powietrz­ne i Marynarkę Wojenną jest przedsięwzięciem cywilnym, zwłaszcza, że uosabia zdumiewającą różnorodność potencjalnych systemów broni. Mimo to lokalni i fe­deralni uczestnicy tego projektu na każdym kroku robią, co mogą, żeby przedsta­wić go jako jeszcze jedno cywilne przedsięwzięcie naukowe.

Jak w przypadku innych cywilnych programów, pozwolili na publiczną kry­tykę i inspekcję. Przed ostatecznym zatwierdzeniem projektu HAARP poddano procedurze publicznych oględzin i badaniom wpływu na środowisko naturalne. Jednak czytając raport z ostatecznych badań wpływu na środowisko (Finał Envi-ronmental Impact Study - FEIS), stajemy twarzą w twarz albo z bezczelnym kłam­stwem, albo ze zdumiewającą głupotą.

FEIS stwierdza, że projekt nie będzie miał żadnego negatywnego wpływu na środowisko naturalne na powierzchni, ponieważ cała energia emitowana przez HAARP będzie skierowana w górę, ku atmosferze. Twórcy raportu zignorowali fakt, że nawet ich własna dokumentacja wspomina, iż część tej energii zostanie odbita z powrotem na Ziemię. Twierdzą nawet, że oddziaływanie na jeden rejon nieba nie będzie miało wpływu na pozostałe. Jest to jaskrawym kłamstwem.

Zlekceważyli też całą górę medycznych i naukowych dowodów na zagroże­nie zdrowia ludzkiego związane z oddziaływaniem promieniowania elektroma­gnetycznego i radiowego, twierdząc, iż nie jest to fakt „powszechnie akceptowa­ny przez zdecydowaną większość naukowej społeczności". Może nie było to powszechnie akceptowane w 1991 roku, kiedy Siły Powietrzne rozpoczynały ba­dania, jednak wiele się od tamtego czasu zmieniło.

W rzeczywistości rząd nawet sam siebie nie jest w stanie oszukać w tej kwestii: Departament Handlu Stanów Zjednoczonych (U.S. Department of Commerce),


 

Narodowy Zarząd do Spraw Telekomunikacji i Informacji (National Telecom-munications and Information Administration), Międzywydziałowa Rada Dorad­cza do Spraw Łączności Radiowej (Interdepartment Radio Advisory Cornmit-tee) doszły do wniosku, że HAARP stanowi zagrożenie dla komunikacji radiowej. Jest to zagrożenie, które może mieć duże znaczenie dla ludności niezurbanizo-wanej Alaski, gdzie niezawodna łączność radiowa jest niekiedy sprawą życia i śmierci.

Poznawanie HAARP przypomina obieranie cebuli albo otwieranie rosyjskiej matrioszki, w której znajdują się kolejne, coraz mniejsze lalki. Napotykamy wiele warstw świadomego wprowadzania w błąd; jedno ukryte dno, pod którym kryje się następne. HAARP może spełniać wiele funkcji, tylko nieliczne z nich są oma­wiane w literaturze lub w gładkich kłamstwach promotorów projektu.

Broszura informacyjna zatytułowana Purpose and Objectives ofthe HAARP Program (Cele i zadania HAARP) została zamieszczona na stronie internetowej projektu. Oto co ona oznajmia:

HAARP to naukowe przedsięwzięcie mające na celu badanie właściwości i zachowania jonosfery, ze szczególnym uwzględnieniem zamiaru zrozumienia jej działania i wykorzystania jej do usprawnienia systemów łączności i obserwa­cji zarówno w zastosowaniach cywilnych, jak i obronnych.

Program HAARP ma doprowadzić do skonstruowania obiektu badańjono-sferycznych światowej klasy, składającego się z:

Instrumentu badań jonosferycznych (IRI) i nadajnika wysokiej mocy, działa­jącego w zakresie wielkich częstotliwości. IRI będzie wykorzystywany do krót­kotrwałego wzbudzania określonego obszaru jonosfery w celu badań naukowych.

Urządzeń diagnostycznych, które będą wykorzystywane do obserwacji fi­zycznych procesów zachodzących we wzbudzonym obszarze.

Obserwacja procesów wynikających z kontrolowanego użycia IRI pozwoli naukowcom lepiej zrozumieć zjawiska stale zachodzące w naturze pod wpływem promieniowania słonecznego.

Sprzęt diagnostyczny zamontowany w obiekcie HAARP będzie służył do­datkowo wielu innym naukowym celom, włącznie z badaniami nad zjawiskiem globalnego wzrostu temperatury oraz dziury ozonowej.

Rdzeń projektu HAARP stanowi IRI. Będzie to największy dotychczas zbu­dowany radionadajnik wysokiej częstotliwości. Zaprojektowano go tak, żeby kon­centrować kilka gigawatów mocy transmisyjnej w jeden potężny strumień o nie­wyobrażalnej sile. Dokonuje się tego przez sekwencyjne uruchamianie planarnego (rozmieszczonego w płaszczyźnie poziomej) układu dipolowych anten nadają­cych w paśmie fal krótkich.


 

Największa różnica pomiędzy HAARP a kilkunastoma innymi podgrzewa­czami jonosferycznymi na całym świecie polega na tym, że HAARP jest fazowa­nym układem antenowym. Fazowane lub sekwencyjne uruchamianie nadajników zestawu antenowego pozwala uzyskać funkcję skupiania energii, która zdecydo­wanie odróżnia HAARP od innych podobnych obiektów. Zdolność ta sprawia, że jest on „nielegalny", gdyby został wykorzystany jako radar ponadhoryzontalny (a do tego właśnie był początkowo przeznaczony).

Radar z układem fazowanym to bardzo nowoczesne urządzenie, które jest w stanie śledzić równocześnie setki obiektów. Zarówno Stany Zjednoczone, jak i Związek Radziecki opracowały radary z układem fazowanym jako sposób na wykrycie wrogiego ataku nuklearnego. Wykorzystywanie tego typu radaru zo­stało jednak ograniczone przez układ w sprawie pocisków antybalistycznych (ABM Treaty Anti-Balistic Missile) z 1972 roku, który zastrzega, iż radary te mogą być konstruowane tylko na peryferiach terytorium danego kraju i muszą być skierowane na zewnątrz, tak żeby jedyną ich funkcją było ostrzeganie przed atakiem wroga. W ten sposób radar z układem fazowanym nie mógłby zostać użyty jako część systemu obronnego do identyfikacji i zestrzeliwania atakują­cych pocisków.

Testowano też, dziś już zarzucony, projekt radaru rozproszenia wstecznego, który nie naruszał postanowień układu ABM - jedyny problem w tym, że nie sprawdził się praktycznie. Gdyby HAARP wykorzystano jako system radarowy, naruszałby układ ABM ze względu na zdolność sterowania promieniem energii, która pozwalałaby zastosować go do celów obronnych. W pierwszych publika­cjach na temat HAARP otwarcie dyskutowano takie zastosowanie urządzenia, podczas gdy nowsze materiały osobliwie przemilczają tę kwestię.

Istnieją trzy zasadnicze etapy procesu rozwoju każdego systemu broni. Pierw­szy z nich składa się z dwóch elementów; początkowo jest to czysta nauka, funda­mentalne założenia, które prowadzą do bardziej dogłębnego rozumienia praw natury. Następnie ktoś wpada na genialny pomysł; rozwija wizję „co by było gdy­by", opierając się na próbach przystosowania czysto naukowych odkryć do po­trzeb wojska.

Drugi etap tego procesu nosi nazwę „dowodzenia słuszności koncepcji". Na­ukowcy, czy to w uniwersytetach, pracujący na kontraktach i stypendiach fundo­wanych przez wojsko albo jego kontrahentów, czy też w laboratoriach wojska lub jego kontrahentów opracowują odpowiedni sprzęt w celu przetestowania wizji „co by było gdyby". Celem tego etapu jest wykazanie, że koncepcję można dopra­cować, przekształcając ją w coś, co kiedyś może się okazać przydatne wojsku. Na tym etapie eksperymentalny sprzęt rzadko przypomina prawdziwą broń.

Często dopiero na trzecim i ostatnim etapie prototypu idea przybiera kształt w pełni sprawnego modelu. Po demonstracji prototypu projekt zazwyczaj opuszcza laboratorium i pojawia się na arenie politycznej, jego zwolennicy zaś walczą o po­kaźne finanse potrzebne do wyprodukowania i utrzymania nowego rodzaju broni.


 

Departament Obrony daje nam do zrozumienia, że HAARP to etap pierwszy, czysto naukowy projekt. Wielu jego krytyków uważa, iż w rzeczywistości jest to etap drugi, „dowodzenia słuszności koncepcji" tego modelu broni. Ponieważ układ anten IRI zaprojektowano tak, by móc go stopniowo rozbudowywać - część teraz, resztą później - krytycy sądzą, że HAARP zostanie przekształcony w pełnowy-miarową, działającą broń, jeśli faza „dowodzenia słuszności koncepcji" zakończy się sukcesem.

Niektórzy ludzie wierzą, że istnieje jakaś wielka konspiracja, grupa niesły­chanie potężnych osób, które chcą rządzić światem. Większość z nas odrzuca ist­nienie takiego tajnego stowarzyszenia, uznając je za wytwór chorej wyobraźni. Mimo to nie da się zaprzeczyć, że przez ponad sto lat wykształcał się pewien ruch wśród elity światowych intelektualistów, przemysłowców i zwolenników idei „glo­balnej wioski", mający na celu zakończenie wojny i rozwiązanie problemów spo­łecznych (takich jak przeludnienie, nierówny bilans handlowy i degradacja środo­wiska naturalnego) poprzez utworzenie jednego, światowego rządu. Czy ten globalistyczny ruch jest jakimś diabolicznym spiskiem garstki złych ludzi, czy też szerokim konsensusem przyzwoitej większości, prawdę mówiąc ma to niewielkie znaczenie. Jest to równie realne jak AIDS i potencjalnie tak samo zabójcze, a przy­najmniej zagrażające naszej indywidualnej wolności. Przekonamy się, że gdyby istniał jakiś spisek, HAARP okazałby się wręcz nieoceniony w realizacji planów konspiratorów.

Idea Ligi Narodów, która pojawiła się po pierwszej wojnie światowej, stano­wiła tylko jeden z przejawów tego ruchu. Organizacja Narodów Zjednoczonych powstała jako rozwinięcie tej koncepcji. ONZ stworzono, żeby położyć kres woj­nie - likwidując państwa. Kryje się za tym pewna logika -jeśli nie będzie państw, nie będą między nimi wybuchały wojny. Podkreślono to wyraźnie w „Światowej Konstytucji" Narodów Zjednoczonych: „Epoka państw musi się zakończyć. Rzą­dy narodowe postanowiły przekazać swoją odrębną suwerenność jednemu rządo­wi, któremu oddają zwierzchnictwo nad swoimi siłami zbrojnymi".

Nowy Porządek Świata (New Word Order - NWO) to tylko jedna z nazw nadanych tej inicjatywie utworzenia prawdziwego rządu światowego. Wielu jego zwolenników wyznaje ideologię zwaną technokracją, która oznacza rządy eks­pertów, naukowców czy techników. Nie jest to demokracja, z jaką identyfikują się Amerykanie. Jednym z najsłynniejszych orędowników Nowego Porządku Świata jest Zbigniew Brzeziński. Był on doradcą Jimmy'ego Cartera i innych prezyden­tów w sprawach bezpieczeństwa narodowego. Własną wersję technokracji okre­ślił on mianem „technetroniki". W swojej książce Between Two Ages (Na przeło­mie dwóch epok) Brzeziński napisał: „Epoka technetroniki pociąga za sobą stopniowe wyłanianie się bardziej kontrolowanego społeczeństwa. Takie społe­czeństwo byłoby zdominowane przez elitę, niepowstrzymywanąprzez tradycyjne wartości".

Taka „technetroniczna" unia narodów nawoływałaby do desuwerenizacji wszystkich istniejących państw. To „nowe uporządkowanie" zredukowałoby Stany Zjednoczone do zwykłego regionalnego rządu - Stanów Zjednoczonych Ameryki


 

Północnej. Północnoamerykański Układ o Wolnym Handlu (North American Free Trade Agreement - NAFTA) postrzegany jest jako krok w kierunku wprowadze­nia Nowego Porządku Świata. W 1993 roku „Los Angeles Times Syndicate" za­mieścił następujące słowa byłego sekretarza stanu Henry'ego Kissingera: „NAF­TA reprezentuje najbardziej twórczy krok w kierunku wprowadzenia Nowego Porządku Świata". Wspólny Rynek w Europie i Unia Europejska są postrzegane podobnie - jako pomosty wiodące do ostatecznego utworzenia Stanów Zjedno­czonych Europy, które z kolei byłyby tylko jednym z regionów ogólnoświatowe­go państwa Narodów Zjednoczonych (lub globalnej plantacji, jak nazywają je niektórzy krytycy).

Konspiratorzy spod znaku NWO to tylko jedna z przypuszczalnych, ukrytych grup „władców marionetek", ciągnących za sznurki projektu HAARP. Do grup takich należą także zwolennicy programu Inicjatywy Obrony Strategicznej z wy­ższych szczebli dowództwa militarno-przemysłowo-naukowego kompleksu oraz zdradzieckie frakcje społeczności wywiadowczej. Problem ze zgadywaniem na temat jakiejś kwestii polega na tym, iż istnieje zaledwie kilka właściwych odpo­wiedzi i nieskończone morze błędnych. Oficjalne materiały dotyczące HAARP są wyraźnie sprzeczne i nie kryją prób wprowadzenia opinii publicznej w błąd odno­śnie do rzeczywistego celu projektu, dlatego spekulacje na temat tego, co się na­prawdę dzieje, rodzą się same. Z pewnością istnieje coś, o czym się nam nie mówi. HAARP niemal na pewno stanowi część jakiejś konspiracji. W tym momencie nie wiemy, czy ten spisek jest czymś tak banalnym, jak zmowa garstki ludzi ni­skiego szczebla w militarno-przemysłowo-naukowej społeczności, próbujących wyciągnąć od Ameryki kilka dolarów na bezużyteczny, wielki projekt naukowy. Czy też, popadając w drugą skrajność, HAARP jest częścią większego spisku, mającego na celu zniszczenie Ameryki i opanowanie świata. A może to jeszcze coś innego, o czym nie mamy pojęcia?

Kto?

Departament Obrony posiada prawa własności ziemi, na której mieści się HAARP. Philips Laboratory Sił Powietrznych z Massachusetts i Instytut Badaw­czy Marynarki Wojennej (ONR) z Waszyngtonu odpowiadają za nadzór technicz­ny i administrowanie tym, rzekomo cywilnym, projektem. Wszystkie trzy agencje upierają się, że HAARP nie stanowi żadnego zagrożenia, że to tylko kolejny przy­kład wielkiej nauki, całkowicie jawny i uczciwy. Z bólem informują, iż literatura dotycząca HAARP jest odtajniona i dostępna do tego stopnia, że można ją ścią­gnąć z Internetu. W projekt zaangażowało się także kilka uniwersytetów, prywat­nych ośrodków badawczych i korporacji z różnych krajów. Należą do nich: Uni-versity of Alaska, University of Massachusetts, University of California z Los Angeles (UCLA), Massachusetts Institute of Technology (MIT), Stanford Uni-versity, Clemson University, University of Tulsa, University of Maryland, Cornell University, SRI International oraz Geospace, Inc.


 

Dzięki temu wydaje się, że HAARP nie jest przedsięwzięciem trzymanym w tajemnicy i nie należy do skrytego świata badań nad bronią. Jednak jeden z klu­czowych dokumentów Departamentu Obrony stwierdza:

Sercem projektu będzie opracowanie unikalnej funkcji podgrzewania jonos-fery, pozwalającej na przeprowadzenie pionierskich eksperymentów, wymaganych, żeby adekwatnie oszacować możliwość wykorzystywania technologii modyfiko­wania jonosfery dla celów Departamentu Obrony.

Od kiedy to Departament Obrony ma jakieś niemilitarne cele?

Kolejną wskazówką, że HAARP nie jest cywilnym przedsięwzięciem, może być fakt, iż obecnym posiadaczem najważniejszego kontraktu na budowę HAARP jest firma Raytheon E-Systems, jeden z największych na świecie kontrahentów wojskowych.

Kluczową rolę w historii HAARP odgrywa senator Ted Stevens z Alaski. Był on gorącym poplecznikiem projektu zarówno w Waszyngtonie, jak i w swoim rodzinnym stanie. Wydaje się, że postrzega to przedsięwzięcie jako kolejny wspa­niały przykład wykorzystania funduszy państwowych na cele społeczne. Twier­dził, że projekt przyniesie nowe miejsca pracy i zyski dla tego regionu, jak rów­nież międzynarodowy prestiż dla University of Alaska. Jednak stworzono zaledwie kilka miejsc pracy i, jak dotąd, bardzo niewiele z ponad 58 000 000 dolarów wydanych na projekt trafiło na Alaskę. Czy jest to przykład politycznego wyko­rzystywania funduszy państwowych na cele społeczne (co wiele osób uznaje za wystarczający powód, żeby sprzeciwić się projektowi), czy też jest to tylko kolej­na przykrywka?

Następną osobliwą wskazówką, mówiącą coś na temat rzeczywistego celu HAARP, jest fakt, iż członkiem komitetu naukowego pracującego nad całą kon­cepcją, był jeden z najważniejszych rosyjskich naukowców Roald Zinurowicz Sagdiejew. Prace tego komitetu, podobnie jak sam HAARP, były finansowane przez Phillips Laboratory oraz Instytut Badawczy Marynarki Wojennej. Komitet został powołany przez East/West Space Science Center z University of Maryland, którego dyrektorem jest Sagdiejew.

Doktor Sagdiejew przez 15 lat pracował jako dyrektor radzieckiego Instytutu Badań Przestrzeni Kosmicznej (porównywalnego do amerykańskiego NASA). Na tym stanowisku kierował wieloma międzynarodowymi projektami wysokiej ran­gi, włączając w to wspólny radziecko-amerykański program Apollo-Sojuz oraz międzynarodowe misje zbadania komety Halleya, a następnie Fobosa, księżyca Marsa. Te dwa ostatnie projekty zostały zaplanowane i wdrożone przez Sagdieje-wa przy współpracy ponad 12 państw.

Przed otrzymaniem stanowiska w radzieckim Instytucie Badań Przestrzeni Kosmicznej w 1973 roku Sagdiejew zrobił imponującą karierę jako fizyk plaz­mowy. Został jednym z najmłodszych naukowców uhonorowanych przyjęciem do grona członków Akademii Nauk Związku Radzieckiego. Obecnie jest dyrek­torem honorowym rosyjskiego Instytutu Nauk Kosmicznych, natomiast w Stanach

Zjednoczonych jest wybitnym profesorem fizyki na University of Mary land, jed­nej z uczelni biorących udział w projekcie HAARP. Ponadto Sagdiejew jest zagranicznym członkiem Narodowej Akademii Nauk Stanów Zjednoczonych oraz zasłużonym współpracownikiem Centrum Studiów Byłego Związku Ra­dzieckiego.

Człowiek ten może stanowić przykład na to, że konspiracja „zjednoczonego świata" zakorzeniła się głęboko zarówno na terenie Rosji, jak i na Zachodzie. Jednym z celów ludzi dążących do wprowadzenia Nowego Porządku Świata jest konwergencja, połączenie Stanów Zjednoczonych i byłego Związku Radzieckie­go w jeden globalny organizm. Sagdiejew przez całą swoją karierę wyraźnie po­pierał taką politykę. Przez pierwszych pięć lat pierestrojki służył jako doradca Michaiła Gorbaczowa podczas spotkań na szczycie w Genewie, Waszyngtonie i Moskwie.

Tak na marginesie, „obywatel świata" Gorbaczow kieruje obecnie kilkoma organizacjami, takimi jak Fundacja Gorbaczowa i Zielony Krzyż, mieszczącymi się w Presidio, zamkniętej amerykańskiej bazie wojskowej w San Francisco, w Ka­lifornii. Jego głównym zadaniem jest stworzenie programu etycznego uzasadnie­nia dla ekologicznych dekretów Nowego Porządku Świata. Zadanie to przydzie­lono mu decyzją letniego szczytu w Rio de Janeiro w 1992 roku.

W 1995 roku Sagdiejew wraz z Jewgenijem P. Wielikowem otrzymał Na­grodę Leo Szilarda, przyznawaną w dziedzinie fizyki wykorzystanej dla dobra publicznego: „Za szczególny wkład w radziecką głasnost, która była głównym czynnikiem powstrzymującym nuklearny wyścig zbrojeń pomiędzy Związkiem Radzieckim i Stanami Zjednoczonymi". Nagrodę tę przyznaje corocznie Ame­rykańskie Stowarzyszenie Fizyków „...dla uhonorowania wybitnych dokonań


 

fizyków przy próbach wykorzystania fizyki dla dobra społeczności w takich dzie­dzinach, jak ochrona środowiska, kontrola zbrojeń i polityka naukowa". Leo Szi-lard (1898-1945) był pierwszym fizykiem amerykańskim, który w latach 30. wpadł na pomysł zbudowania bomby atomowej. Za jego namową Albert Einstein (1879 - 1955) w 1940 roku napisał list do prezydenta Franklina D. Roosevelta, przeko­nując go do budowy broni nuklearnej. Doprowadziło to do utworzenia Projektu Manhattan, który zrealizował tę ideę.

Wielikow i Sagdiejew otrzymali Nagrodę Leo Szilarda za zorganizowanie Komitetu Radzieckich Naukowców dla Pokoju, sprzeciwiającego się układowi dotyczącemu broni nuklearnej z marca 1983 roku. Komitet ten trzy lata wcześniej opublikował opartą na zasadach fizyki krytykę amerykańskiej Inicjatywy Obrony Strategicznej (SDI). Osoba profesora Sagdiejewa stanowi bardzo interesujące po­wiązanie pomiędzy HAARP, SDI, fizyką plazmową (HAARP ma rzekomo służyć badaniom fizyki plazmy górnych warstw atmosfery), ochroną środowiska i kon­trolą zbrojeń. Tematy te pojawiać się będą stale w naszych rozważaniach prowa­dzących do zrozumienia, czym jest HAARP.

Dlaczego były wysoki urzędnik radziecki, naukowiec i ekspert SDI przyczy­nili się do utworzenia HAARP? Niektórzy uważają, że HAARP to technologia SDI dostosowana do nowych warunków. Prezydent Reagan obiecał, że udostępni technologię „gwiezdnych wojen" Rosjanom. Część osób uznała, że zachował się jak szaleniec, mówiąc coś takiego, inni natomiast przyjęli te słowa z entuzjaz­mem. Rosjanie byli przekonani, że SDI daje Stanom Zjednoczonym przewagę pierwszego uderzenia i sprzeciwiali się jej. Czy opracowujemy jakąś technologię SDI? Czy honorujemy zobowiązanie Reagana? Czy obecność naukowca Sagdie­jewa w tym komitecie dowodzi tego, iż HAARP to realizacja „gwiezdnych wo­jen", i że naprawdę udostępniliśmy ten projekt Rosjanom?

Dlaczego?

Co by było, gdyby wasz radar działał wysoko nad horyzontem, lokalizując wrogie samoloty i pociski odległe o setki, a nawet tysiące kilometrów? Co by było, gdyby po dostrzeżeniu zbliżających się pocisków można było unieść górną warstwę atmosfery? To niespodziewana przeszkoda w przestrzeni wskutek umiesz­czenia „powietrza" tam, gdzie nie powinno się ono znajdować. Najprawdopodob­niej zmieniłoby to tor lotu pocisków lub nawet zniszczyło je. O takiej właśnie zdolności wspominają oryginalne patenty urządzeń podobnych do HAARP. A gdy­by można było zajrzeć głęboko pod powierzchnię ziemi i wykryć wszystkie zako­pane sekrety wrogów? To właśnie ze względu na tę funkcję Senat Stanów Zjedno­czonych sfinansował HAARP.

A gdyby, w ramach manipulowania górną częścią atmosfery, można było skie­rować prądy strumieniowe w dowolnym kierunku? Gdyby można było za do­tknięciem przycisku wywołać lokalne burze, zamieniając drogi na pola bitew w błotniste trzęsawiska, by powstrzymać wrogie oddziały i ich zaopatrzenie?


 

Departament Obrony potrzebował takiej technologii od czasów wojny wietnam­skiej. Podczas tego konfliktu próbowano sztucznie wytwarzać chmury nad głów­ną drogą zaopatrzeniową wroga, Szlakiem Ho Szi Mina. A gdyby można było przywołać szalejące nad całymi kontynentami burze, które wichrem i gradem rów­nałyby z ziemią uprawy wrogiego państwa lub sprowadzałyby na nie powodzie? Czyż w ten sposób nie wywołałoby klęski głodu? To także znajduje się w orygi­nalnych planach urządzeń takich jak HAARP.

A gdyby możliwe było kierowanie strumieni energii na zbliżające się oddzia­ły wrogich wojsk i poddawanie mózgów ludzi działaniu mikrofal, zupełnie tak samo jak mrożonek w kuchenkach? Czyż nie byłaby to doskonała broń - wrogo­wie zginęliby lub byliby niezdolni do walki wskutek zaburzeń umysłowych, jed­nak poza tym nic nie uległoby zniszczeniu, sprzęt byłby zdatny do użytku, miasta i obiekty przemysłowe pozostałyby nienaruszone przez wojnę? To także od dzie­sięcioleci było marzeniem projektantów broni i stało się impulsem do opracowa­nia broni neutronowej (przetestowanej po raz pierwszy w 1962 roku w Stanach Zjednoczonych). Bomba neutronowa emituje zabójcze promieniowanie wysokiej aktywności przy stosunkowo niewielkiej sile eksplozji, powodując minimalne zniszczenia majątku i maksymalne straty wśród ludzi.

Czy możliwa byłaby kontrola populacji, gdyby dokonać projekcji hologra-ficznych obrazów na niebie, takich jak wizerunek boga, którego ludzie czczą, lub demonów, których najbardziej się boją? Siły Powietrzne uważają, że tak, więc aktywnie dążą do wprowadzenia holograficznych projektorów jako broni. Co można zrobić z ludźmi, gdyby przekazywać słowa lub myśli bezpośrednio do ich mózgów? Czy nie skłoniłoby to ich do nieświadomego wykonywania poleceń lub nie doprowadziłoby do obłędu? Psychologowie zatrudnieni przez radzieckie KGB pracowali nad radiowym zdalnym sterowaniem ludźmi od lat 30. XX wieku. CIA prowadziła podobne programy badawcze od lat 50.

Naukowcy twierdzą, że HAARP (lub podobne urządzenie) może spełniać wszystkie powyższe funkcje, jeśli będzie odpowiednio duże i świadomie zapro­gramuje się je do tych zadań. Choć może to brzmieć jak obłęd lub fantastyka naukowa, już kilkadziesiąt lat temu szanowani naukowcy twierdzili, iż osiągnię­cie takich celów jest tylko kwestią czasu i pieniędzy. Czy HAARP jest kolejnym krokiem ewolucyjnym w rozwoju broni?

Kto chciałby posiadać taką broń? A któż by nie chciał! Wiele państw, organiza­cji, agencji i wszelkiego rodzaju despotów oddałby wszystko, żeby posiąść HAARP. Jeśli naprawdę ma takie możliwości, a są na to dowody, jak długo pozostanie on wcywilnych rękach? Nawet jeśli dziś jest czysto naukowym przedsięwzięciem, trudno sobie wyobrazić, by długo pozostał pod cywilną kontrolą, gdy tylko zostanie do­wiedziona jego moc. Wiele świadectw sugeruje, że HAARP od samego początku jest pod kontrolą jakiejś naukowo-wojskowej konspiracji. Nie tyle nawet sugeru­je, wręcz dowodzi - dowodzi istnienia spisku, który wspomaga realizację tajem­niczych celów jakiejś nieznanej frakcji pozostającej na utrzymaniu podatników. Dochodzenie, kim mogą być owi konspiratorzy, będzie częścią tej książki, tak samo jak odkrywanie tego, czym jest HAARP.


 

Podczas gdy zwolennicy HAARP podkreślają, że program jest odtajniony, jego „cywilny" status może być kolejną fasadą- obmyśloną, żeby obejść porozu­mienia, które Stany Zjednoczone zawarły zarówno z ONZ, jak i z byłym Związ­kiem Radzieckim. HAARP może stanowić naruszenie układu ABM, jeśli będzie wykorzystywany przez wojsko. Ponadto HAARP ma prawdopodobnie wyjątko­wą zdolność zmieniania pogody, czy to nad polem walki, czy nad całym konty­nentem. Stany Zjednoczone są sygnatariuszem zaproponowanego przez ONZ ukła­du zakazującego modyfikacji środowiska naturalnego (kontrolowania pogody) jako narzędzia wojny. Wojsko nie może angażować się w badania tego typu, ale cywile nie mają takich ograniczeń.

Racjonalne i odpowiedzialne domysły na temat prawdy kryjącej się za HAARP dla osób niewtajemniczonych mogą brzmieć jak szaleństwo. Żyjemy w epoce, w któ­rej fantastyka naukowa staje się rzeczywistością szybciej, niż futuryści są w stanie przedstawić swoje wizje w druku. Na przykład kontrolowanie pogody może wyda­wać się szaloną ideą, jednak badacze na całym świecie opracowują technologie jej modyfikowania od ponad 50 lat. Mniej więcej w tym samym okresie byliśmy świad­kami prawdziwej rewolucji technicznej - od braci Wright do Neila Armstronga na Księżycu. Nie będąc w sprzeczności ze znanymi i akceptowanymi naukowymi zasa­dami, można śmiało powiedzieć, że literatura dotycząca HAARP pokazuje, iż niektó­re eksperymenty w ramach tego projektu mogą mieć ogromny wpływ na pogodę. A jeśli istnieje jakaś konspiracja w celu ofensywnego wykorzystania tej technologii? W tej książce zwrócę uwagę na pewne najbardziej wiarygodne, choć niekiedy nie­prawdopodobne spekulacje na temat HAARP i jego zamierzonych zastosowań.

Niektóre osoby zajmujące się rzeczywistym przeznaczeniem projektu doszły do intrygujących i nieco gorączkowych wniosków odnośnie do tego, kto jest odpo­wiedzialny za HAARP, i do czego będzie on służył. Choć wątpię, żeby zamieszane w to były anioły, diabły czy istoty pozaziemskie, przytoczę tu również niektóre tego typu spekulacje, choćby dlatego, że istnieje minimalne prawdopodobieństwo, iż są prawdziwe.

Czy ma miejsce jakiś wielki spisek, którego HAARP jest częścią? Pisarze zapełnili biblioteki, usiłując odpowiedzieć na pytanie, czy istnieje konspiracja grupy potężnych ludzi rządzących światem. Prezentowano wiele teorii spisku, niekiedy bardzo przekonujących, choć czasem najwyraźniej będących wytwora­mi chorych umysłów. Ci z was, którzy są dobrze zaznajomieni z historią i śledzą bieżące wydarzenia oraz kształtujące je siły, znają wstrząsającą prawdę, że w rze­czywistości istnieje wielki i wpływowy ruch, pragnący utworzyć jeden światowy rząd. Nowy Porządek Świata to jedna z nazw tej inicjatywy wprowadzenia świa­towej hegemonii. Idea „hegemonii" oznacza rządy jednego narodu lub innej naj­wyższej władzy centralnej nad wieloma narodami, tak jak Watykan wiele stuleci temu lub Imperium Rzymskie w czasach Chrystusa. Celem „gradualistów", któ­rzy popierają Nowy Porządek Świata, jest uczynienie z ONZ albo jakiejś innej, jeszcze nie utworzonej organizacji, nowego Rzymu.

Pragnieniem utworzenia zjednoczonego światowego rządu przeniknięty jest cały, tak zwany, wschodni establishment liberalny. Mógłbym przytoczyć tysiące


 

fragmentów książek i czasopism na poparcie tego twierdzenia. Mam nadzieję, że jeden reprezentatywny cytat wystarczy... Strobe Talbott był zastępcą sekretarza stanu (drugi rangą urzędnik Departamentu Stanu Stanów Zjednoczonych) przez okres rządzenia czterech ostatnich administracji. W 1992 roku stwierdził:

W ciągu następnych 100 lat państwowość, jaką znamy, zdezaktualizuje się; wszystkie państwa uznają jedną, światową władzę... Zasadniczo wszystkie pań­stwa stanowią pewne formy umowy społecznej. Niezależnie od tego, jak trwałe, a nawet święte mogą się w danym momencie wydawać, w rzeczywistości są one tworem sztucznym i chwilowym.

Jak się okaże, HAARP stanowi urzeczywistnienie wielu rozwiązań technolo­gicznych, jakie zwolennicy NWO mogliby wykorzystać do zapanowania nad świa­tem. Są nich wśród takie, jak sterowanie mikrofalami lub falami radiowymi skraj­nie niskiej częstotliwości w celu oddziaływania na ludzi. Transmisje tego typu mogłyby wywoływać dezorientację, choroby czy zaburzenia nastroju; być może umożliwiłyby nawet wydawanie ludziom słownych rozkazów. Jest rzeczą po­wszechnie wiadomą, że CIA i KGB (oraz ich następcy) pracowali nad takimi technologiami już od dawna. Nie sposób nie odczuwać przerażenia na myśl o tym, co mogłoby się wydarzyć, gdyby ci, którzy pragną kontrolować i podporządko­wywać sobie ludzi, wreszcie dostali w swoje ręce sprawny model takiego urzą­dzenia.

Jednym z osobliwych faktów łączących HAARP z najbardziej skrajną prawi­cą polityczną jest powiązanie projektu z MJ-12. Niektórzy, jak choćby Bili Coo-per, autor książki BeholdA Pale Horse (Wstrzymać białego konia, Light Techno­logy Pub., 1991) i wydawca czasopisma „Veritas", oraz John Lear, były pilot CIA, rozpowszechniają opowieści o obecności wśród nas obcych istot z kosmosu. Utrzy­mują oni, że po katastrofie latającego spodka w okolicy Roswell, w Nowym Mek­syku, w 1947 roku, rząd powołał ściśle tajną komisję, „Majic 12" lub „Majestic 12", żeby ukryć prawdę. Podobno grupa MJ-12 w końcu przejęła kontrole nad rządem (po zawarciu układów z obcymi), stając się spiskiem wewnątrz spisku, i z głębokiego ukrycia kierując działaniami konspiratorów spod znaku NWO. Je­śli to prawda, w co wątpię, istnieje wiele zastosowań technologii HAARP, które mogłyby zostać użyte zarówno przez MJ-12 i nadzorców z kosmosu, jak i prze­ciwko nim. Niektórzy, dający wiarę tym opowieściom, sugerowali, iż HAARP mógł być zamierzony jako planetarna tarcza obronna przeciwko inwazji obcych!

Szalona nauka czy gwiezdne wojny"?

Oprócz pytania, kto pociąga za sznurki projektu HAARP, zasadnicze znacze­nie mają jeszcze dwie kwestie. Skupiają się wokół nich setki innych. Oto pierw­sza grupa istotnych pytań: jeśli jest to zwykły program badań naukowych, czy oznacza to, że nauka wyrwała się spod kontroli? Jakie niebezpieczeństwa wiążą


 

się z igraniem z potężnymi siłami natury? Życie na naszej planecie jest możliwe tylko dzięki temu, że jonosfera osłania nas przed zabójczym promieniowaniem kosmicznym, tak samo jak warstwa ozonowa ochrania nas przed promieniami ultrafioletowymi. Czy manipulowanie górnymi warstwami atmosfery zmieni lub być może nawet zniszczy życie na Ziemi? Wiele gatunków zwierząt wędrownych, takich jak łosoś czy karibu, w nie do końca poznany sposób wykorzystuje ziem­skie pole magnetyczne do orientowania się w trakcie swoich migracji. Co się z nimi stanie, gdy wprowadzi się zmiany w obrębie magnetosfery, które są prze­widziane w eksperymentach HAARP? Jak się przekonamy, HAARP ma zdolność drastycznego zmieniania wzorców pogodowych nad całymi kontynentami poprzez manipulowanie prądami strumieniowymi. Czy chcemy, żeby naukowcy przy tym majstrowali?

Druga grupa istotnych pytań dotyczy przede wszystkim kwestii: czy jest to broń? Jeśli tak, przeciwko komu będzie użyta? Czy nie narusza ona międzynaro­dowych porozumień? Czy technologia „gwiezdnych wojen" dostosowywana do nowych warunków zdestabilizuje, obecnie przyjacielskie, relacje pomiędzy Sta­nami Zjednoczonymi i byłym Związkiem Radzieckim? Stany Zjednoczone są sy­gnatariuszem konwencji Narodów Zjednoczonych zakazującej manipulacji śro­dowiskiem naturalnym dla celów militarnych lub wrogich. Czy zamierzamy złamać ten układ?

Dwie podstawowe funkcje HAARP (podziemna tomografia oraz komuniko­wanie się z łodziami podwodnymi) są oparte na wytwarzaniu fal radiowych skraj­nie niskiej częstotliwości (ELF) w jonosferze. Fale ELF, przekazywane za pośred­nictwem górnych warstw atmosfery, obejmą zasięgiem większą część północnej półkuli Ziemi.

Już dziś istnieje mnóstwo naukowych dowodów dotyczących zagrożeń zdro­wia w wyniku ekspozycji na fale ELF. Czy HAARP będzie używany do celowego zalewania pomocnej półkuli szkodliwym lub nawet zabójczym promieniowaniem? Jeszcze groźniejsze wydaje się to, że fale skrajnie niskiej częstotliwości dają HAARP bardzo realną możliwość manipulacji umysłami. Czy tajne plany dla HAARP obejmują jego wykorzystanie jako broni kontrolującej umysły, przeciw­ko ludności cywilnej, być może nawet przeciwko obywatelom Stanów Zjedno­czonych?

W tej książce przyjrzymy się tym dwóm najistotniejszym kwestiom i spróbu­jemy odpowiedzieć na wszystkie te pytania. Ponadto poruszymy trzecią sprawę: jeśli nie jest to narzędzie naukowe ani broń, to czym innym może być?

Dla niektórych naukowców HAARP stanowi ekscytujący krok w kierunku technologii XXI wieku. Dla większości z nas to przerażający wgląd w sekretne plany potencjalnych władców ludzkości. Na pustkowiach Alaski czai się bestia -mam nadzieję, że dam czytelnikom motywację, by pomogli ją unicestwić.

Powiązania z Teslą

Wyobraź sobie, że siedzisz w dużym, dobrze oświetlonym pomieszczeniu ze stertą osobliwie wyglądającej maszynerii otaczającej cię ze wszystkich stron. Wysoki, szczupły młodzieniec podchodzi do ciebie i, pstrykając palcami, wytwa­rza kulę drgającego, czerwonego ognia, którą trzyma spokojnie w swoich dło­niach. Wpatrując się w niego, spostrzegasz, że płomień nie parzy jego palców. Młodzieniec pozwala, by kula dotykała jego ubrania, włosów, twoich kolan i wresz­cie chowa ją w drewnianej skrzynce. Ze zdziwieniem zauważasz, że kula nigdzie nie zostawiła najmniejszego śladu i przecierasz oczy, żeby upewnić się, iż nie śpisz.

S

ą to słowa Chaunceya McGoverna, jednej z niewielu osób, mających przy­wilej brania udziału w słynnych pokazach Nikoli Tesli. Tesla organizo­wał takie demonstracje „cudów elektryczności" dla bogatych i sławnych - dzien­nikarzy, polityków, milionerów - w swoim nowojorskim laboratorium, w dwu ostatnich dziesięcioleciach XIX wieku. Kilkadziesiąt lat później legenda „szalo­nego naukowca" i jego osobliwego laboratorium skrzącego się od wyładowań elektrycznych stała się pierwowzorem pracowni doktora Frankensteina z filmów nakręconych w wytwórni Universal Pictures w latach 30. XX wieku.

HAARP może być czymś więcej niż tylko wymysłem kilku współczesnych, szalonych naukowców. Niektórzy badacze natrafili na ślady tego projektu już w pra­cach Nikoli Tesli. Wbrew temu, co sądzi wiele osób, Tesla nie był szaleńcem. To on odkrył i opatentował zastosowanie prądu zmiennego (AC od ang. alternating current), odmiany elektryczności, która legła u podstaw całej zelektryfikowanej cywilizacji.

Prawdopodobnie pierwszym przeciwnikiem HAARP, który odkrył związek pomiędzy Teslą i tym projektem, był Nick Begich, współautor wraz z Jeanne Man-ning książki Angels Don 't P lay This HAARP (Anioły nie grają na tej HAARP-ie, Earthpulse Press, 1995). Begich jest najstarszym synem kongresmana z Alaski

Nicka Begicha i działaczki politycznej Pegge Begich. Był prezesem Alaskiego Związku Na­uczycieli. W 1994 roku uzyskał doktorat z me­dycyny niekonwencjonalnej na Open Internatio­nal University For Complementary Medicines na Sri Lance.

W książce Angels Don 't Play This HAARP wyjaśnia, że po raz pierwszy zetknął się z pro­jektem HAARP w artykule zamieszczonym w au­stralijskim magazynie „Nexus". Po przeczytaniu tego tekstu poszedł do miejscowej biblioteki i po­prosił o oryginalne patenty podobnych urządzeń przyznane Bernardowi J. Eastlundowi z miejsco­wości Spring w Teksasie. Oto uwagi Begicha:


Przeszedł mnie zimny dreszcz, kiedy   Geniusz elektryczności

•uprzytomniłem sobie, że diagramy, które         Nikola Tesla

oglądałem, przypominają patenty przyznane Nikoli Tcsli pod koniec XIX i na początku XX wieku. Następnie zanotowałem źródła bibliograficzne z patentów, dwa artykuły z „New York Times". Były to teksty na temat Tesli. Artykuły wspo­mniane w tym amerykańskim patencie były wyjątkowo ciekawe dlatego, iż ponie­kąd zawierały podstawowe założenia nowoczesnej technologii.

Pierwszy artykuł wymieniany w patencie Eastlunda ukazał się w „New York Times" 8 grudnia 1915 roku. Oto jego fragment:

Wynalazca Nikola Tesla złożył wniosek o patent na podstawowe części ma­szyny, której możliwości przekraczają wyobrażenia laików. Miała ona produko­wać odpowiednik pioruna Thora, żeby ukarać tych, którzy rozgniewali bogów. (...) Wystarczy powiedzieć, że maszyna będzie w stanie wysłać bezzałogowy sta­tek bez silnika napędowego ani skrzydeł, napędzany elektrycznie, z prędkością 500 kilometrów na sekundę do dowolnego punktu na Ziemi z misją destrukcyjną, jeśli operator będzie chciał dokonać zniszczeń.

„Nie czas - stwierdził wczoraj Tesla - żeby omawiać szczegóły tego urzą­dzenia. Opiera się ono na idei, która może uczynić wiele dla pokoju lub która może zostać wykorzystana do wielkich zniszczeń podczas wojny. Ale powtarzam, nie czas na rozmowę o szczegółach. Niezwykle praktyczną rzeczą jest przesyła­nie energii elektrycznej bez drutów i wywoływanie zniszczeń na odległość. Skon­struowałem już bezprzewodowy nadajnik, który to umożliwia, i opisałem go w mo­ich technicznych publikacjach, wśród których znajduje się ostatni przyznany patent numer 1 119 732.

Z takim nadajnikiem jesteśmy w stanie wysłać dowolną porcję energii elek­trycznej na dowolną odległość i wykorzystać ją do niezliczonych celów, zarówno militarnych, jak i pokojowych. Dzięki uniwersalnemu zaadoptowaniu tego systemu


uzyskamy idealne warunki do zachowania prawa i porządku, ponieważ energia niezbędna do zaprowadzenia prawa i sprawiedliwości będzie dostępna w każdym momencie do ataku i obrony. Moc przesyłana nie musi być niszcząca, gdyż jej zmniejszenie lub zwiększenie przyniesie takie same efekty, jak w przypadku uży­cia broni konwencjonalnej".

Drugi artykuł wymieniony w bibliografii do patentu Eastlunda ukazał się w „New York Times" 22 września 1940 roku. Oto jego fragment:

Nikola Tesla, jeden z najznamienitszych wynalazców, który 10 lipca obcho­dził swoje osiemdziesiąte czwarte urodziny, zwierzył się autorowi tego artykułu, iż jest gotów powierzyć rządowi Stanów Zjednoczonych sekret swojej „telemo-cy", która, jak twierdzi, potrafi stopić silniki samolotu z odległości 400 kilomet­rów i dzięki której można zbudować wokół całego kraju niewidzialny „Chiński Mur". (...) „Telemoc" opiera się na całkowicie nowym prawie fizyki, o którym Jak dotąd nikt nawet nie śnił", całkowicie różnym od zasad dotychczas wykorzys­tywanych w jego wynalazkach dotyczących transmisji energii elektrycznej na odległość, na które uzyskał wiele patentów.

Tesla powiedział, że ten nowy rodzaj energii będzie oddziaływał poprzez strumień energii o średnicy jednej milionowej centymetra i może być generowany w specjalnej elektrowni, która kosztowałaby nie więcej niż 2 000 000 dolarów, a jej budowa zajęłaby około trzech miesięcy. Emisja strumienia opiera się na czte­rech nowych wynalazkach, z których dwa zostały już przetestowane. Jednym z nich jest metoda konstrukcji urządzenia do wytwarzania takich promieni oraz „innych przejawów energii" w powietrzu, bez potrzeby stosowania wysokiej próżni; drugi to metoda wytwarzania „bardzo dużej mocy elektrycznej"; trzeci to metoda wzmacniania tej mocy; czwarty zaś to nowa metoda generowania „olbrzymiej elektrycznej siły odpychającej". Byłby to projektor lub działo całego systemu. Napięcie dla odpychania strumienia w takich celach, zdaniem wynalazcy, się­gnie 50 000 000 wolt. Przy tak olbrzymim napięciu mikroskopijne cząsteczki elektryczne będą wyrzucane niczym z katapulty w niszczycielskiej misji obron­nej. Tesla dodał, że pracował nad tym wynalazkiem przez wiele lat i ostatnio znacznie go ulepszył.

Nikola Tesla, z pochodzenia Serb, obywatelstwo amerykańskie otrzymał w 1891 roku. Urodził się w 1857 roku w jugosłowiańskiej wiosce Smiljan, na terenie ówczesnego cesarstwa Austro-Węgier. Jego ojciec był ortodoksyjnym du­chownym, matka zaś, choć bez formalnego wykształcenia, była osobą niezwykle inteligentną i miała duszę wynalazcy. W młodości Tesla był marzycielem rozko-chanym w poezji. Z wiekiem wykształcił w sobie samodyscyplinę i istną manię precyzji. W wieku podeszłym zdumiewał bogatym zestawem fobii i ekstrawa­ganckich zachowań.

Od najmłodszych lat Teslę fascynowały maszyny i nauki techniczne. Uczęsz­czał na Uniwersytet Techniczny w Grazu, w Austrii, oraz na Uniwersytet Praski,


zamierzając rozpocząć karierę inżyniera. W Grazu po raz pierwszy zobaczył dy­namo Gramme'a, które w jednym kierunku działało jako generator, a odwrócone stawało się silnikiem elektrycznym. Od tego momentu zaczął myśleć o sposobach pożytecznego wykorzystania prądu zmiennego. Później, podczas wizyty w Buda­peszcie, wymyślił zasadę wirującego pola magnetycznego i zaczął opracowywać plany silnika indukcyjnego opartego na tym pomyśle.

W 1882 roku Tesla pojechał do Paryża, gdzie znalazł zatrudnienie w Conti­nental Edison Company. Rok później, został przydzielony do filii firmy w Stras-burgu, gdzie każdą wolną chwilę wykorzystywał na budowę swojego pierwszego silnika indukcyjnego. Było to wielkie osiągnięcie technologiczne, choć niewiele osób z jego otoczenia miało wówczas tego świadomość. Jego starania, by zainte­resować Europejczyków swoimi pracami, pozostawały bez odpowiedzi. W latach 80. XIX wieku prąd stały (DC) był w powszechnym użyciu, podczas gdy energia prądu zmiennego (AC) była uznawana za niebezpieczną i niepraktyczną. Roz­drażniony ironicznymi uwagami ludzi ze swojego otoczenia, których uznawał za głupców, w 1884 roku Tesla wyruszył w rejs do Ameryki.

Pewny siebie 27-latek przybył do Nowego Jorku z czterema centami w kie­szeni, garstką własnych wierszy i obliczeniami potrzebnymi do skonstruowania maszyny latającej (którą opatentował w 1928 roku). Miał pewne trudności w utrzy­maniu posady w firmie Thomasa Edisona. Niestety, obaj wynalazcy różnili się nie tylko w kwestiach zasadniczych, ale także temperamentem i metodami pracy. Ich rozstanie, na zdecydowanie mało przyjacielskiej stopie, było nieuniknione. Z cza­sem ich zażarte współzawodnictwo w zakresie biznesu i odkryć naukowych trafi­ło na łamy gazet. Pogardzali sobą nawzajem. Thomas Alva Edison (1847-1931) uważał, że Tesla to arogancki snob. Tesla natomiast, który miał się za prawdziwe­go naukowca, uznawał Edisona za żądnego rozgłosu „majsterkowicza".

Wkrótce Tesla założył własne laboratorium. Pomiędzy 1886 a 1898 rokiem przyznano mu 85 patentów, a w przyszłości miało ich być jeszcze więcej. Z 46 podstawowych patentów dotyczących prądu zmiennego 45 należy do Tesli! Oprócz opracowywania wielu systemów i urządzeń potrzebnych do wprowadzenia w ży­cie technologii prądu zmiennego żywo interesował się badaniem różnych innych możliwości naukowych.

Tesla eksperymentował ze zdjęciami podobnymi do tych, których później używał Wilhelm Konrad Roentgen (1845-1923), który w 1895 roku odkrył pro­mieniowanie X (za co w 1901 roku otrzymał Nagrodę Nobla). Niezliczone ekspe­rymenty Tesli obejmowały prace nad lampą karbonową (dwa patenty przyznane w 1886 roku), energią rezonansu elektrycznego oraz różnymi rodzajami oświetle­nia (za co tylko w 1891 roku przyznano mu trzy patenty). Pracował z kulami i rurami wypełnionymi gazami, które emitowały światło po elektrycznym pobu­dzeniu. Doprowadziło to do stworzenia oświetlenia fluorescencyjnego, tak popu­larnego we współczesnych biurach. Laboratorium Tesli było jasno oświetlone ta­kimi lampami na długo przed tym, zanim jakiś zapomniany już dziś asystent Edisona wynalazł żarzeniową żarówkę - za co spragniony sławy Edison bez wa-hania^przypisał sobie pełną zasługę.

W latach 80. i 90. XIX wieku Tesla pracował także nad falami elektromagnetycznymi częstotliwo­ści radiowej. Pomimo roszczeń Gu-gliema Marconiego (1847-1937) to Tesla był pionierem techniki radio­wej. Sąd Najwyższy Stanów Zjed­noczonych unieważnił patent Mar­coniego, przyznając go Tesli. Sąd doszedł do wniosku, że Marconi naruszył prawa autorskie Tesli, wy­korzystując 14 z jego patentów.

Tesla rozważał też teoretycznie możliwość lokalizowania obiektów w powietrzu lub na ziemi przy uży­ciu fal radiowych. Jego pomysł, żeby wyszukiwać obiekty z pomo-

cą fal radiowych, urzeczywistnił się w postaci radaru (RADAR to skrót od ang. Radio Detecting And Ranging, czyli radiolokacja), którego nazwę w latach 30. XX wieku wymyślił kapitan S. M. Tucker z Marynarki Wojennej Stanów Zjedno­czonych. Podziemna tomografia również jest rozwinięciem pomysłu Tesli, doty­czącego zaglądania w głąb ziemi przy użyciu fal radiowych.

W 1898 roku, dwa lata przed tym, jak Marconi wprawił w zdumienie cały świat swoją bezprzewodową transmisją telegraficzną, Tesla ogłosił wynalezienie teleautomatycznej łodzi, zdalnie sterowanej drogą radiową. Po sceptycznym przy­jęciu tego oświadczenia, dowiódł swoich twierdzeń, demonstrując działanie urzą­dzenia na oczach tłumu zabranego w Madison Sąuare Garden.

Oscylatory częstotliwości radiowych Tesli wciąż nie są w pełni zrozumiane. Był wizjonerem, mistykiem i geniuszem. Jego wizje wyprzedzały współczesnych mu o dobre sto lat. Pod wieloma względami nadal wyprzedzają myślenie przed­stawicieli głównego nurtu zachodniej nauki. Pracując nad falami radiowymi Te­sla dokonał swojego najsłynniejszego wynalazku - stworzył cewkę (zwaną potem cewką Tesli). Wynaleziona przez niego w 1891 roku cewka obecnie jest szeroko wykorzystywana w odbiornikach radiowych i telewizyjnych oraz we wszelkim sprzęcie elektronicznym. Tesla mógłby być dzisiaj wspominany jak ojciec radia, gdyby jego ambicje nie wybiegały ku o wiele bardziej imponującej idei - darmo­wej, uniwersalnej energii elektrycznej dla wszystkich.

W tym okresie wynalazca organizował słynne pokazy w swoim laboratorium. Demonstracje te przeprowadzał, żeby rozwiać wszelkie obawy przed prądem zmiennym, a także dlatego, że naprawdę lubił robić wrażenie na widzach. Stał się też ulubieńcem kręgu naukowców i był stale zapraszany na wykłady w całych Stanach Zjednoczonych i za granicą.

George Westinghouse (1845-1914), prezes Westinghouse Electric Compa-ny z Pittsburgha, w stanie Pensylwania, w 1885 roku kupił prawa patentowe na


 

wielofazowy system prądnic, transformatorów i silników prądu zmiennego (na które potem przyznawano patenty przez ponad 20 kolejnych lat). Tesla nawiązał przyjacielskie i zawodowe kontakty z Westinghousem. Wynalazcę interesowała jednak nauka, nie interesy. Układ był prosty: Tesla, nie brudząc sobie rąk produk­cją gadżetów, którymi bawił się Edison, miał dokonywać odkryć naukowych, pod­czas gdy Westinghouse miał projektować i sprzedawać wszelkie urządzenia prak­tycznie wykorzystujące jego rozwiązania. Westinghouse, również inżynier i znany wynalazca, idealnie nadawał się do tej funkcji. Z całą pewnością niektóre przed­mioty w waszym domu noszą jego nazwisko.

Do pierwszych wspólnych przedsięwzięć należała realizacja kontraktu na oświetlenie Światowej Wystawy Kolumbijskiej w 1893 roku w Chicago. Westin­ghouse wykorzystał system prądu zmiennego Tesli do oświetlenia tych, jednych z pierwszych, targów światowych i odniósł wielki sukces, dzięki czemu wygrał przetarg na instalację pierwszej maszyny do generowania energii na obszarze wo­dospadów Niagara. Dzięki temu projektowi w 1896 roku dostarczono energię dla miasta Buffalo, zaś do końca XIX wieku dla reszty stanu Nowy Jork.

Magnat kolejowy i finansista John Pierpont Morgan (1837 - 1913), założy­ciel J. P. Morgan & Co. z Wall Street (a później, w 1901 roku, założyciel U.S.Ste­el, pierwszej korporacji wartej miliard dolarów), przez pewien czas sponsorował Edisona, aż do Wystawy Kolumbijskiej. Dostrzegłszy wielki potencjał Tesli, za­czął opłacać jego badania i wyłożył znaczną część funduszy, potrzebnych do zbu­dowania elektrowni na Niagarze. Czyniąc to J. P. Morgan skutecznie opanował rynek energii elektrycznej, kupując sobie po kawałku tortu, zarówno od Edisona, jak i Tesli.

Edison skupiał się na pracach nad prądem stałym. W czasie gdy Westingho­use rozpoczął konstrukcję elektrowni Tesli na Niagarze, kilka prądnic prądu sta­łego Edisona dostarczało energię dla miasta Nowy Jork. Każda z elektrowni Edi­sona miała 10 pięter wysokości i zajmowała powierzchnię całego kompleksu domów, a mogła dostarczyć energię dla odbiorców z obszaru zaledwie 2,5 kilo­metra kwadratowych. Niewiele brakowało, a Edison musiałby zwinąć interes przez  rewolucyjny system prądu zmien­nego Tesli i Westinghouse'a. Gene­ral Electric, obecnie wielonarodo­wa korporacja, została założona przez Edisona, żeby wynająć pra­wa do wykorzystania należących do Tesli i Westinghouse'a patentów dotyczących prądu zmiennego.

Tuż przed końcem XIX wieku Tesla zaczął obiecujące ekspery­menty bezprzewodową transmi­sją energii elektrycznej, o czym wspominał cytowany wyżej artykuł z „New York Times". Przeprowadził się z Nowego Jorku do Colorado Springs, gdzie wybudował nowe laboratorium, któ­re miało mu pomóc zweryfikować jego teorie. Laboratorium w Colorado Springs mieściło największą kiedykolwiek skon­struowaną cewkę Tesli. Nazwał ją „nadaj­nikiem powiększającym" (obecnie takie urządzenia określa się skrótem TMT - od Tesla Magnifying Transmitter). Urządzenie mogło generować moc rzędu 300 000 wa­tów.Urząd Patentowy często potrzebuje de­kady, żeby rozpatrzyć wniosek. Tesla uzy­skał patent na nadajnik powiększający do­piero w 1914 roku. W 1900 roku złożył wniosek o patent na „Transmisję energii elektrycznej przez środowisko naturalne", który pozytywnie rozpatrzono w 1905 roku. W policyjnych dochodzeniach śledczy lu-

bią natrafiać na „dymiący pistolet", niepodważalny dowód łączący przestępcę ze zbrodnią. Właśnie taką „dymiącą anteną", ujawniającą związek projektu HAARP z Teslą, jest to, że HAARP stanowi odmianę nadajnika powiększającego Tesli (TMT).

Tesla przebywał w Colorado Springs od maja 1899 do wiosny 1900 roku. Tam właśnie dokonał odkrycia podziemnych fal stojących (uważał je za swój naj­większy sukces), które doprowadziło do jego upadku. Mówiąc najprościej, Tesla wierzył, iż można wpompować energię do wnętrza ziemi w jakimkolwiek punk­cie węzłowym tych fal i wydobyć ją w dowolnym drugim punkcie węzłowym. Zademonstrował to przynajmniej dwukrotnie. W jednym z eksperymentów bez­przewodowo zapalił 200 największych lamp Edisona z odległości 40 kilometrów.

Laboratorium Tesli pompowało energię do wnętrza ziemi z pomocą 70-met-rowego słupa zwieńczonego dużą, miedzianą kulą. Dzięki temu urządzeniu wy­nalazca generował ładunki, które uwalniały błyskawice o długości do 50 metrów. Grzmot powstały w wyniku wyładowania był słyszalny w miasteczku Cripple Creek, odległym o ponad 20 kilometrów.

Podobno ludzie spacerujący po ulicach Colorado Springs ze zdumieniem ob­serwowali iskry przeskakujące pomiędzy ich stopami i powierzchnią ziemi, kiedy podziemne działo Tesli było uruchomione. W całym mieście elektryczne płomie­nie wystrzeliwały z kranów, kiedy niczego niespodziewający się mieszkańcy od­kręcali je, żeby napić się wody. Donoszono, że w odległości 30 metrów od wieży eksperymentalnej żarówki świeciły się nawet po wyłączeniu. Kilka razy w trakcie takich eksperymentów powstawały burze z piorunami, wywołując pożogi na tere­nie całego stanu. Konie w stajniach doznawały wstrząsów elektrycznych poprzez metalowe podkowy i uciekały z boksów. Ucierpiały również inne gatunki zwierząt.


Wiele lat później miejscowa gazeta doniosła, że wskutek eksperymentów motyle zostały naładowane elektrycznością i „bezradnie miotały się w kółko - a ich skrzy­dła emitowały niebieską poświatę, niczym ognie św. Elma".

Jedna z wielu niespodziewanych katastrof spowodowanych przez eksperymen­ty Tesli nastąpiła w elektrowni w Colorado Springs Electric Company. Wieść głosi, że pewnego dnia, gdy Tesla przeprowadzał zaawansowany test mocy urządzenia, odgłosy wyładowań elektrycznych we wnętrzu laboratorium nagle ucichły. Wście­kły Tesla popędził tam, chcąc dowiedzieć się, dlaczego jego asystent wyłączył zwoj-nicę. Skonfundowany i przestraszony asystent stwierdził, że niczego nie zmieniał. Oznajmił rozjuszonemu naukowcowi, że energia w miejskim generatorze po prostu się wyczerpała. Kiedy poirytowany Tesla zadzwonił do firmy zarządzającej elek­trownią, otrzymał równie nerwową odpowiedź - elektrownia nie odcięła energii, tylko w wyniku eksperymentu Tesli uległ zniszczeniu generator!

Wyjaśnienie tego zdarzenia opublikowano w czasopiśmie „Electrical Experi-menter" z sierpnia 1917 roku. Tesla wyznał reporterowi, że kiedy ustawił swój nadajnik na moc „kilkuset kilowatów", w generatorach elektrowni wzbudził się prąd wielkiej częstotliwości. To właśnie „spowodowało, że przez uzwojenie za­częły przeskakiwać silne iskry i zniszczyły izolację". W momencie uszkodzenia izolacji generator przestał działać, w kilka sekund zamieniając się w stopiony złom.

W pewnym momencie podczas eksperymentów w Colorado Springs Tesla zaczął żywić przekonanie, że odebrał sygnały z innej planety. Wtedy jego oświad­czenie spotkało się z drwinami w wielu naukowych magazynach. Dziś sądzi się, że Tesla przypadkowo odkrył radioastronomię. Wszystko to, wraz z jego twier­dzeniami, iż dowiódł sprawności systemu „nadawania mocy", oraz coraz bardziej osobliwym zachowaniem, przysporzyło mu w krajowej prasie wątpliwej sławy „szalonego naukowca".

Wiosną 1900 roku Tesla wrócił do Nowego Jorku. Z pieniędzmi J. P. Morga-na wkrótce rozpoczął na Long Island budowę czegoś, co miało być ogólnoświato­wym bezprzewodowym centrum nadawczym energii. Znane są dwie wersje tego, co wydarzyło się później. W jednej Morgan okazuje się czarnym charakterem, który zrujnował Teslę, żeby zachować monopolistyczną kontrolę nad energią elek­tryczną przesyłaną przewodowo. W drugiej wersji Teslę zgubiły jego własne am­bicje i złe wyczucie czasu.

W 1900 roku w „Century Magazine" pojawił się artykuł zatytułowany The Problem oflncreasing Human Energy (Problem wzra­stania ilości energii wykorzystywanej przez człowieka). Tesla napisał w nim, iż przeko­nał się, „[że] transmisja energii elektrycznej na dowolną odległość przez środowisko [zie­mię] była zdecydowanie najlepszym rozwią­zaniem wielkiego problemu wykorzystania energii słonecznej dla potrzeb człowieka".


 

Wynalazca wierzył, że stosunkowo nieliczne elektrownie ulokowane w po­bliżu wodospadów, takie jak pierwsza elektrownia na Niagarze, mogą dostarczyć jego wysokoenergetycznym nadajnikom całą elektryczność potrzebną dla świata. Z kolei te nadajniki wysyłałyby energię za pośrednictwem Ziemi, którą można by odbierać wszędzie tam, gdzie byłaby potrzebna. Odbieranie energii z tego wyso­kociśnieniowego zbiornika wymagałoby tylko wetknięcia w ziemię pręta połą­czonego ze specjalnie zaprojektowanym odbiornikiem. Jak opisywał to sam Tes-la, „cały aparat do oświetlenia przeciętnego wiejskiego domostwa nie będzie zawierał żadnych ruchomych części i będzie go można z łatwością przenosić w nie­dużej walizce".

Istnieją pewne wątpliwości co do tego, jak szczery był Tesla wobec Morgana. Jedna z wersji mówi, że wyjawił on swojemu sponsorowi plany odnośnie do roz­syłania energii; inna mówi, iż okłamał Morgana, wmawiając finansiście, że kon­struuje bezprzewodowe urządzenie telegraficzne o zasięgu pozwalającym na po­łączenie się z Europą. Taka stacja umożliwiałaby przesyłanie wiadomości, komunikatów pogodowych, raportów giełdowych itp. Morgan z pewnością chciałby mieć to drugie urządzenie i niemal na pewno sprzeciwiłby się realizacji pierwsze­go projektu. Posiadał spore udziały w zyskach z opłat za elektryczność; po co więc ryzykować utratę zysków w imię darmowej elektryczności?

Wiemy, że Tesla otrzymywał finansowe wsparcie od J. P. Morgana, przynaj­mniej w stopniu wystarczającym, aby rozpocząć budowę ogólnoświatowej stacji rozsyłania energii elektrycznej. Wiemy też, że dostał jedynie połowę sumy, o jaką prosił. Za pierwszą część pieniędzy kupił 200 akrów ziemi w Shoreham, na Long Island, gdzie wybudował nadajnik. Miejsce to nazwał „Wardenclyffe". Tam roz­począł pracę nad zdumiewającym obiektem - wieżą nadawczą, która miała wyso­kość 57 metrów (ponad 18 pięter!) i była zwieńczona 55-tonową, 21-metrową, metalową kopułą. Od tej chwili Tesla określany był w prasie jako „Czarownik z Wardenclyffe".

Gdy tylko wynalazca rozpoczął projekt Wardenclyffe, inwestorzy zaczęli wykupywać nowo zaoferowany pakiet akcji Marconi Company. Jeśli był to wy­ścig badaczy opracowujących radio, Tesla wystartował o wiele za późno. Nie dość, że Marconi wykradł technologię radiową Tesli, to jeszcze wśród entuzjastów Marconi Company znalazł się odwieczny wróg Tesli, Edison. 12 grudnia 1900 roku Marconi zmienił świat, przesyłając pierwszy transatlantycki sygnał, literę „S", z Konwalii w Anglii do Nowej Funlandii w Kanadzie. Finansiści błyska­wicznie spostrzegli, że Marconi dokonał tego przy użyciu sprzętu znacznie mniej kosztownego niż urządzenia z wizji Tesli.

W 1902 roku, kiedy Marconi z powodzeniem przesłał przez Atlantyk pełną, zakodowaną wiadomość, na całym świecie obwołano go bohaterem. Jedyne, co otrzymał Tesla, to zła prasa. Zignorował wezwanie do sądu w pewnej sprawie o morderstwo (z czego później go usprawiedliwiono), więc prasa i opinia pu­bliczna obwołały go człowiekiem uchylającym się od obowiązków.

Jedna z wersji historii Morgana i Tesli powiada, że w 1903 roku Morgan wysłał resztę pieniędzy, o które prosił Tesla, ale wówczas była to już suma zbyt 

mała i nadeszła zbyt późno. Niezależnie od tego, jak było naprawdę, Tesla nie był w sta­nie pokryć wydatków na kon­strukcją Wardenclyffe i roz­paczliwie potrzebował pienię­dzy. Ta wersja opowieści, w której Tesla okłamał Morga-na, podaje, iż ostatecznie za­brakło mu pieniędzy w 1903 roku. Mając nadzieję na więk­sze fundusze w obliczu sukce­su Marconiego, rzekomo wy­jawił Morganowi, że jego prawdziwym celem nie było

zwykłe przesyłanie sygnałów radiowych, lecz bezprzewodowa transmisja energii do dowolnego punktu na planecie. Morgan albo nie był zainteresowany, albo zde­cydowanie sprzeciwił się takiemu projektowi. Tak czy inaczej, po 1903 roku skoń­czyły się pieniądze.

W wersji opowieści, która przedstawia Morgana jako konspiratora, podobno urwał on także wszelkie kontakty z Teslą (podczas gdy wcześniej komunikowali się bardzo często). Następnie rzekomo rozpoczął potajemną kampanię przeciwko Tesli, która zrobiła z niego „szalonego naukowca". Kiedy pozostali inwestorzy dowiedzieli się, że Morgan nie rozmawia już ze swoim dawnym przyjacielem i „dojną krową" i usłyszeli rozmaite plotki na temat Tesli, oni także odmówili spotykania się z nim, a pieniądze na jego projekt wyparowały. Być może Morgan wcale tak nie postąpił; choć wiadomo, że Tesla miał pewne problemy z dogady­waniem się z Morganem. Ponadto jesienią 1903 roku cały świat biznesu ogarnęła finansowa panika. Równie dobrze właśnie to mogło zniweczyć nadzieje Tesli na finansowanie go przez Morgana lub jakiegokolwiek innego bogatego przemysłow­ca. Tesla został bez wystarczające ilości pieniędzy nawet na zakup węgla potrzeb­nego do rozpalenia elektrycznych generatorów nadajnika. Wskutek działania wszystkich tych czynników projekt utknął w miejscu. Ale nie znaczy to, że został zarzucony.

Tesla, znalazłszy się w trudnej, ale nie beznadziejnej sytuacji, skupił uwagę na turbinach i innych projektach, przypuszczalnie dla szybkiego zebrania gotów­ki. Ze względu na brak funduszy jego idee zwykle pozostawały w formie notatek. Do dziś są one uważnie studiowane przez inżynierów i naukowców, szukających niewykorzystanych kierunków badań.

W 1904 roku, pomimo braku finansowego wsparcia, Tesla ogłosił w prasie ukończenie projektu Wardenclyffe. Napisał też artykuł The Transmission ofElec-trical Energy Without Wires (Bezprzewodowa transmisja energii elektrycznej) dla magazynu „Electrical World". W tekście tym usiłował apelować o wsparcie dla rozwoju technologii nadawania energii. Jednak tego samego roku pojawiła się


kolejna przeszkoda; firma zarządzająca elektrownią z Colorado Springs zaskar­żyła go o niepłacenie rachunków za elektryczność wykorzystywaną w tamtejszej stacji eksperymentalnej. Laboratorium Tesli w Colorado Springs zostało rozebra­ne i sprzedane na złom w celu spłacenia 180 dolarów, jakie był winien firmie. Sprzęt elektryczny znajdujący się na miejscu trafił do magazynów.

W 1905 roku Tesla poczynił drobne postępy w pozyskiwaniu sponsorów dzięki rozpoczęciu w Wardenclyffe produkcji „cewek elektroterapeutycznych" dla szpi­tali i ośrodków badań. Jednak pojawiły się nowe kłopoty, ponieważ Tesla został oskarżony przez swojego prawnika o niespłacenie pożyczki oraz przez C. J. Duf-fhera, dozorcę w eksperymentalnej stacji w Colorado Springs, o niewypłacenie zaległych poborów. W artykule opublikowanym w tym samym roku Tesla ponow­nie przedstawił plany transmisji energii do dowolnego miejsca na świecie. Sko­mentował w nim również ekspedycję Peary'ego na biegun północny, której zna­czenie w naszej opowieści wkrótce stanie się zrozumiałe.

„Własność niczyja; szeryf organizuje wyprzedaż" głosił nagłówek w „Colo­rado Springs Gazette" z 6 marca 1906 roku. Pozostający w Colarado Springs sprzęt elektryczny Tesli sprzedano, żeby zapłacić zasądzoną sumę 928,57 dolarów.

Pracownicy stopniowo przestawali przychodzić do laboratorium w Warden­clyffe, kiedy stało się oczywiste, że Tesla nie ma pieniędzy na ich pobory; ale być może nie wszyscy zapomnieli o sławnym naukowcu. Istnieją pewne dowody, iż wielki nadajnik został raz przetestowany. Artykuły wspomniane w bibliografii do patentu Eastlunda sugerują, że coś skłoniło Teslę do zmiany poglądów, wskutek czego zmienił pokojowe zastosowanie urządzenia na militarne.

Oliver Nichelson w swoim artykule Nikola Tesla 's Long Rangę Weapon (Broń dalekiego zasięgu Nikoli Tesli) napisał:

Różnica pomiędzy prądem, którego można użyć do uruchomienia na przy­kład piły mechanicznej, a prądem wykorzystywanym jako narzędzie destrukcji, to kwestia wyczucia czasu. Jeśli elektryczność potrzebną do napędzania piły przez godzinę wyemitować w jednej milionowej sekundy, miałaby ona całkowicie inny - negatywny - wpływ na mechaniczną piłę.

Tesla oświadczył, że jego nadajnik mógłby wyprodukować prąd o napięciu 100 000 000 woltów i natężeniu 1000 amperów, co daje poziom mocy rzędu 100 000 000 000 watów.

Gdyby dodać do tego rezonans z częstotliwością radiową 2 MHz, wówczas energia uwolniona w ciągu jednego okresu oscylacji miałaby wartość 100 000 000 000 000 000 dżuli, innymi słowy miałaby podobną wartość, jak siła eksplozji lOmegaton trotylu.

Taki nadajnik byłby zdolny przesłać energię głowicy nuklearnej drogą radiową. Dowolne miejsce na świecie mogłoby zostać zamienione w parę z szybkością światła.

Sekret tego, jak przekazać energię za pośrednictwem Ziemi tkwi nie w teo­riach inżynierii elektrycznej, ale w teoriach fizyki wysokich energii.

W 1976 roku doktor Andrija Pucharicz jako pierwszy zauważył, że systemu transmisji energii Tesli nie da się wyjaśnić prawami klasycznej elektrodynamiki, ale


aczej pojęciami relatywistycznych transformacji w polach wielkich energii. Spo­strzegł on, że zgodnie z teorią elektronu Diraca, kiedy jedna z tych cząstek napotka cząstką o przeciwnym ładunku, pozytron, obie cząstki anihilują się nawzajem.

Ponieważ energia nie może być ani zniszczona, ani stworzona, energia dwóch nieistniejących cząstek zostaje przekształcona w falę elektromagnetyczną. Oczy­wiście może zachodzić również przeciwne zjawisko. Jeśli pole elektryczne jest dość silne, dwie przeciwne sobie cząstki zostają utworzone tam, gdzie początko­wo nie było w ogóle żadnego ładunku.

Ten rodzaj transformacji zachodzi zazwyczaj w intensywnym polu w pobliżu jądra atomowego, ale może wystąpić także bez pomocy nuklearnego katalizatora, jeśli pole elektryczne ma wystarczająco dużo energii.

Pucharicz zastosował obliczenia matematyczne, które wykazały, że poziomy mocy w nadajniku Tesli były na tyle potężne, by spowodować wytworzenie takiej pary cząstek.

Ten mechanizm wytwarzania pary cząstek daje bardzo interesujące wyjaś­nienie ziemnej transmisji energii. Zwykły prąd elektryczny nie przedostaje się daleko przez ziemię. Gleba ma dużą oporność elektryczną i szybko przemienia prąd w energią cieplną, która ulega rozproszeniu.

Dzięki metodzie wytwarzania pary cząstek elektryczność można przenosić z jednego punktu do drugiego bez konieczności przemieszczania fizycznej cząst-

ki pod powierzchnią ziemi - źródło nadawcze wytworzyłoby silne pole, cząs­teczkę zaś produkowałby odbiornik.

Jeśli z punktu widzenia współczesnej fizyki możliwe jest przesyłanie prądu za pośrednictwem Ziemi, pozostaje pytanie, czy Tesla rzeczywiście zademonstro­wał militarne zastosowanie swojego nadajnika, czy też należy ono do niezrealizo­wanych zamiarów wynalazcy. Dowody pośrednie wskazują na to, że test takiej broni j ednak się odbył.

Ten jedyny test wielkiego nadajnika Tesli mógł spowodować coś, co znamy pod nazwą „incydentu tunguskiego" - potężną eksplozję na Syberii, która wyda­rzyła się 30 czerwca 1908 roku.

Psycholog Marc J. Seifer sądzi, że w 1906 roku Tesla przeżył załamanie ner­wowe. Kryzys mógł popchnąć zazwyczaj pokojowo nastawionego naukowca do bardzo nietypowych działań. Seifer uważa, że załamanie nerwowe zapoczątko­wały dwa nagłe zgony jego bliskich znajomych. Jednym z nich był jego partner w Tesla Electric Company, drugim znany architekt, projektant Wardenclyffe.

Seifer przytacza list sekretarza Tesli George'a Scherffa, który ma być dowo­dem na niezrównoważony stan tego wielkiego umysłu:

Wardenclyffe, 4 października 1906 roku

Drogi Panie Tesla,

Otrzymałem Pański list i bardzo mnie ucieszyła wiadomość, że przezwycię­żył Pan chorobą. Chyba nigdy wcześniej nie widziałem Pana tak wtrąconego z rów­nowagi, jak ostatniej niedzieli; i byłem naprawdę wystraszony.


Od 1900 roku Tesla pracował niezmordowanie, chcąc wypromować swoją wizję bezprzewodowej transmisji energii dla dobra ludzkości. W 1906 roku z całą pewnością przeżywał poważny kryzys psychiczny; przybity dokonaniami Marco-niego, roztrzęsiony z powodu problemów z funduszami na prace i odtrącony przez establishment zarówno finansowy, jak i naukowy. Czy nie podjął ostatniego roz­paczliwego wysiłku w celu ocalenia swojego wielkiego projektu? Czy przepro­wadził rozpaczliwy test mocy swojego nadajnika - przypuszczalnie, by pokazać jego destrukcyjny potencjał?

Wydarzenia prowadzące do Tesli jako sprawcy „incydentu tunguskiego" mia­ły miejsce rok wcześniej - chodzi tu o zatonięcie francuskiego statku „Iena". Media na całym świecie domagały się od ekspertów wyjaśnienia przyczyn eksplozji, która wysłała statek do przystani świętego Piotra. Wielu specjalistów uważało, że eks­plozję spowodowało wyładowanie elektryczne. Naturalnie rozgorzała wielka dys­kusja nad możliwym pochodzeniem tego wyładowania.

Lee De Forest (1873-1961), amerykański wynalazca i pionier bezprzewodo­wej telegrafii, projektant lampy próżniowej wykorzystywanej w nadajnikach i od­biornikach radiowych, natychmiast oskarżył Teslę. De Forest oświadczył prasie, że Tesla eksperymentował ze „sterowaną torpedą", zdolną przesłać taką destruk­cyjną moc do statku za pomocą zdalnego sterowania. Podkreślił też, że sam Tesla twierdził, iż technologia zdalnego sterowania pojazdów, którą demonstrował w Ma-dison Sąuare Garden, może wytworzyć falę elektryczną o „wystarczającej inten­sywności, żeby wywołać wyładowanie w ładowniach statku i spowodować eks­plozję".

W odpowiedzi na te zarzuty Tesla wysłał list do „New York Times". Co ciekawe, zamiast beznamiętnie odrzucić oskarże­nia, przyznawał z dumą, że rzeczywiście zbu­dował i przetestował zdalnie sterowane torpedy. Jednak wielki naukowiec upierał się, że fale elektryczne byłyby o wiele bardziej destrukcyjne niż jakiekolwiek zwykłe zdal­nie sterowane urządzenie. „Co do przesyła­nia fal energii do jakiegoś wybranego punk­tu na Ziemi (...), można tego dokonać dzięki moim urządzeniom". Ponadto napisał, że „punkt, w którym ma być wytworzony za­mierzony efekt, można bardzo dokładnie obliczyć, zakładając, że ogólnie przyjęte me­tody pomiaru ziemi są poprawne".Tesla przeżywał okres wzmożonej ak­tywności. Przypomniał o swoim pomyśle spowodowania zniszczeń przez fale elek­tryczne w kolejnym liście do wydawcy „New York Times", datowanym na 21 kwietnia 1908 roku. Napisał:

Kiedy mówię o działaniach wojennych w przyszłości, mam na myśli fakt, że powinny one być prowadzone z bezpośrednim zastosowaniem fal elektrycznych, bez użycia pojazdów latających czy innych narządzi destrukcji. (...) To nie sen. Już obecnie można skonstruować bezprzewodowe elektrownie, dzięki którym dowolny region na ziemi można by uczynić niezdatnym do zamieszkania, bez narażania na szwank czy niewygodę mieszkańców innych regionów.

Potężna eksplozja niedaleko rzeki Tunguska w środkowej Syberii miała miej­sce dziewięć dni po napisaniu tego listu. Oszacowano, że siła uderzenia była rów­na wybuchowi 10-15 megaton trotylu -jest to dokładnie tyle, ile mocy mogło dostarczyć urządzenie Tesli, zgodnie z obliczeniami Olivera Nichelsona. Fala uderzeniowa zrównała z ziemią ponad 200 000 hektarów lasów sosnowych i była słyszalna w promieniu 1000 kilometrów!

Natychmiast po zdarzeniu powołano naukową ekspedycję, która miała wyja­śnić przyczynę katastrofy. Uznano wówczas, że zniszczenia spowodowało ude­rzenie w ziemię ogromnego meteorytu. Zanim zdołano wysłać ekspedycję, wybu­chła pierwsza wojna światowa i rewolucja październikowa. W 1927 roku naukowcy przybyli na miejsce, by odszukać ślady rzekomego meteorytu, jednak nigdy nie odnaleźli krateru uderzeniowego. Kiedy rozkopano i nawiercono ziemię w poszu­kiwaniu kawałków niklu lub żelaza, nie natrafiono na nic aż do głębokości 36 metrów.

Przez lata mnożyły się wyjaśnienia incydentu tunguskiego. Choć żadne roz­wiązanie tej zagadki nie jest powszechnie akceptowane, oficjalna wersja podaje, że 100 000-tonowy fragment komety Encke'a, składający się głównie z ziemi i lodu, wszedł w atmosferę z prędkością prawie 100 000 kilometrów na godzinę, rozgrzał się i eksplodował nad powierzchnią ziemi, wytwarzając kulę ognia i falę uderzeniową, ale nie zostawiając krateru. Przedstawiano także niezwykłe wersje wydarzeń, czego przykładem jest teoria mówiąca o małej czarnej dziurze lub po­wietrznej katastrofie statku kosmicznego obcych istot.

Trzeba przyznać, że przedstawianie Tesli jako sprawcy eksplozji tunguskiej zakrawa na tanią sensację dziennikarską. Jednak, jak wykazał Oliver Nichelson, bezstronne spojrzenie na wydarzenia z życia tego naukowca przed incydentem tunguskim prowadzi do wniosku, iż istnieje możliwość, by wydarzenie to mogło być spowodowane testem odpalenia broni energetycznej Tesli. Wiemy, że w 1907 i 1908 roku Tesla pisał o destrukcyjnym działaniu nadajnika energii. Nadajnik w Wardenclyffe był znacznie większy niż urządzenie w Colorado Springs i potra­fił wywoływać skutki o znacznie większej skali.

Dziewięć lat później w kolejnym liście do wydawcy Tesla oznajmił:

Niezwykle praktyczną rzeczą jest przesyłanie energii elektrycznej bez dru­tów i wywoływanie zniszczeń na odległość. Skonstruowałem już bezprzewodowy nadajnik, który to umożliwia... Gdy okaże się to nieuniknione, [nadajnik] może zostać wykorzystany do zniszczenia własności, a nawet życia ludzkiego.


 

Czy Tesla przyznawał, że „nieuniknione" okoliczności zmusiły go do „znisz­czenia własności, a nawet życia ludzkiego"? Eksplozja tunguska zabiła przynaj­mniej dwie osoby i zmiotła z powierzchni ziemi całe stada syberyjskich reniferów.

List z 1934 roku od Tesli do J. P. Morgana juniora (starszy Morgan zmarł w 1913 roku), ujawniony przez biografa Tesli Margaret Cheney, wydaje się nie­mal ostatecznym dowodem przeprowadzenia tego testu. Usiłując zebrać pienią­dze na swój system obronny (o czym wspominały artykuły, wymienione w biblio­grafii do patentu Eastlunda), Tesla napisał:

Latające maszyny kompletnie zdemoralizowały świat - do tego stopnia, że w niektórych miastach, takich jak Londyn czy Paryż, ludzie żyją w śmiertelnym strachu przed bombardowaniem w powietrza. Nowe środki, które udoskonaliłem, oferują całkowitą ochronę przed takimi i innymi formami ataku... Moje nowe wynalazki, których skuteczność potwierdziłem eksperymentami na ograniczoną skalę, wywarły ogromne wrażenie...

I znów cytując Nichelsona:

Są to dowody pośrednie, lecz, posługując się językiem dochodzenia sądowe­go, Tesla miał motyw i środki, by stać się sprawcą incydentu tunguskiego. (...) Jego nadajnik mógł generować poziomy energii i częstotliwości, które uwolniły­by destrukcyjną moc 10 lub więcej megaton trotylu. A lekceważony przez wszyst­kich geniusz był naprawdę zdesperowany.

Charakter incydentu tunguskiego również nie jest niezgodny z tym, co wy­darzyłoby się przy gwałtownym uwolnieniu bezprzewodowej mocy. Żaden pro­fesjonalny ani amatorski astronom nie zauważył w tym czasie na niebie jakiego­kolwiek ognistego obiektu, choć należałoby się tego spodziewać, kiedy 

100 000-tonowy gigant wchodzi w atmosferę. Wzmiankowana przez niektórych świadków poświata na niebie w tym regionie tuż przed eksplozją mogła pochodzić z ziemi, co odkryli geologowie w latach 70. XX wieku. Tuż przed trzęsieniem ziemi poddane napięciom podziem­ne skały wytwarzają efekt elektryczny, powo­dując świecenie powietrza.

Jeśli eksplozja była spowodowana przez bezprzewodową transmisję energii, to geolo­giczne napięcia lub też sam prąd elektryczny spowodowałby świecenie powietrza. Wreszcie, nie ma krateru uderzeniowego. Ponieważ w przypadku eksplozji spowodowanej przez bezprzewodowy przekaz energii nie istnieje żaden materialny obiekt, mogący uderzyć w zie­mię, nie pozostawiłaby ona krateru.


Trudno zrozumieć, czemu Tesla miałby przeprowadzać test zagrażający za­równo zwierzętom, jak i ludziom, którzy je wypasali, nawet jeśli znajdował się w rozpaczliwej sytuacji finansowej. Odpowiedź jest taka, że prawdopodobnie nie zamierzał nikomu zaszkodzić, liczył na spektakularny sukces i, niestety, przeli­czył się.

Pod koniec 1908 roku cały świat przyglądał się podjętej przez Peary'ego śmiałej próbie zdobycia bieguna północnego. Peary twierdził, że dotrze do biegu­na wiosną 1909 roku, ale zimą 1908 roku wrócił do bazy na wyspie Ellesmere, około 1100 kilometrów od bieguna.

Jeśli Tesla chciał zwrócić na siebie uwagę międzynarodowej prasy, niewiele rzeczy zrobiłoby na dziennikarzach większe wrażenie niż wieść od ekspedycji Peary'ego o kataklizmowej eksplozji na lodzie w rejonie bieguna północnego. Wówczas Tesla, jeśli nie mógł cieszyć się sławą mistrzowskiego wynalazcy, był­by przynajmniej postrzegany jako władca nowej, tajemniczej i destrukcyjnej bro­ni.

Test nie zakończył się całkowitym sukcesem. Kontrolowanie wielkiej ilości energii nadajnika i skierowanie jej w wybrany punkt musiało być bardzo trudne.

Wyspa Ellesmere i region tunguski leżą na tym samym wielkim okręgu, prze­chodzącym przez Shoreham, na Long Island. Oba obszary znajdują się na tym samym równoleżniku, nieco ponad 2 stopnie od kręgu polarnego.

Niszcząca fala elektryczna przestrzeliła cel.

Ktokolwiek został wtajemniczony w demonstrację broni energetycznej Te-sli, z pewnością był rozczarowany, dlatego że nie trafiła ona w zamierzony cel i stanowiła zagrożenie dla niezamieszkanych regionów planety albo dlatego, że zadziałała nader dobrze, niszcząc za naciśnięciem jednego przycisku tak wielki obszar, leżący kilka tysięcy kilometrów dalej. Niezależnie od tego, jak było na­prawdę, Tesla nie uzyskał rozgłosu i poparcia dla swojego nadajnika.

Dni Wardenclyffe były policzone. Tesla nigdy się nie ustatkował, nie miał żony i domu. Był wytwornym mężczyzną żyjącym ponad stan. W okresie dostat­niej młodości ubierał się w drogie, szykowne stroje. Większość życia spędził w ele­ganckich, drogich hotelach, takich jak słynny nowojorski Waldorf Astoria. Gdy jego dochody zmniejszyły się, obniżyła się też jakość hoteli, w których mógł miesz­kać, nie płacąc za służbę. W 1915 roku Wardenclyffe zostało przekazane hotelowi Waldorf Astoria za niezapłacone rachunki hotelowe Tesli. W 1917 roku obiekt ten został wysadzony w powietrze na polecenie jego nowych właścicieli. Według jed­nej z wersji zrobiono to, żeby odzyskać część pieniędzy za złom; według innej wersji urządzenie zdemolowano, by utrudnić działania niemieckich łodzi pod­wodnych podczas pierwszej wojny światowej, które podobno wykorzystywały wieżę jako punkt nawigacyjny. Jak na ironię, Tesla w tym samym roku odebrał medal Edisona. Było to najwyższe wyróżnienie przyznawane przez Amerykański Instytut Inżynierów Elektryków.

Tesla zmarł bez grosza przy duszy 7 stycznia 1943 roku w podrzędnym hotelu w Nowym Jorku. Jeśli nie liczyć zespołu rockowego noszącego jego nazwę i garstki

 

fanów nauki „nie z tej ziemi", Tesla jest dziś właściwie nieznany. W wielu częś­ciach Stanów Zjednoczonych ludzie wciąż kojarzą sieć elektryczną z Edison Com-pany, mimo że dostarcza ona energię do ich domów przy użyciu systemu prądu zmiennego Tesli i Westinghouse'a, a nie prądu stałego Edisona. W jego pierwszej elektrowni przy wodospadach Niagara stoi niewielki pomnik Tesli, celowo nie­oświetlony nocą. Tesla sam powiedział kiedyś: „Teraźniejszość jest ich. Przy­szłość, dla której tak naprawdę pracuję, należy do mnie".

Po śmierci Tesli jakiś urzędnik rządu Stanów Zjednoczonych skonfiskował jego walizki, w których znajdowały się doku­menty, dyplomy i odznaczenia, listy oraz notatki laboratoryjne. Ostatecznie otrzy­mał je w spadku siostrzeniec Tesli, Sawa Kosanowicz, a potem trafiły one do Mu­zeum Nikoli Tesli w Belgradzie, w Jugo­sławii.

Prawdopodobnie po drugiej wojnie światowej jego walizki stały się żyłą złota dla radzieckich naukowców, szukających pomysłów na konstrukcję superbroni. Wiadomo, że przez pewien czas badali oni dzieła Tesli. Istnieje rozpowszechnio­ny pogląd, że po tym, jak Stany Zjednoczone zdetonowały dwie bomby atomowe nad Japonią pod koniec drugiej wojny światowej, Rosjanie przerazili się i rozpo­częli intensywny program, żeby znaleźć superbroń, która byłaby czymś całkowi­cie innym od tego, co posiadali Amerykanie. Przedsięwzięciem mogącym stano­wić radziecką próbę odtworzenia eksperymentów Tesli z nadajnikami powiększającymi (TMT) jest niesławny „rosyjski dzięcioł", co omówimy w na­stępnym rozdziale.

Na pogrzebie Tesli w nowojorskiej Katedrze Św. Jana zjawiły się tłumy ludzi. We wszystkich wiadomościach oznajmiano stratę geniusza. Trzej laureaci Nagro­dy Nobla oddali hołd „jednemu z najwybitniejszych umysłów świata, który prze­tarł szlak dla wielu technologicznych osiągnięć współczesnych czasów".

Tesla zaproponował kilka zastosowań swoich badań nad przekazywaniem ener­gii, których owocem może być HAARP. HAARP to po prostu nowe wcielenie konceptu przekazywania energii. W projekcie tym energia ma być przesyłana do atmosfery, a nie do konsumentów, jak planował Tesla. Jednym z jego pomysłów, uderzająco przypominającym HAARP, było rozpalenie nocnego nieba, poprzez skierowanie strumienia energii elektrycznej do stratosfery z użyciem nadajnika powiększającego.


Główne patenty dla HAARP przyznano pod koniec lat 80., 100 lat po pierw­szych patentach Tesli dotyczących prądu zmiennego. Amerykański patent numer 4 686 605 przyznano doktorowi Bernardowi J. Eastlundowi (ur. 1938) na „Me-thod and Apparatus for Altering a Region in the Earth Atmosphere, Ionosphere and/or Magnetosphere" (Metoda i urządzenie do rejonowej zmiany atmosfery, jonosfery i magnetosfery ziemskiej). Był to pierwszy z trzech patentów, które otrzymał na swój pomysł; wszystkie przekazał swojemu pracodawcy, Advanced Power Technologies, Inc. (APTI), firmie zależnej od giganta naftowego ARCO, wcześniej znanego jako Atlantic Richfield Company. Eastlund wcześniej był fi­zykiem na MIT oraz Columbia University. Podobno przed zatrudnieniem się w APTI przez osiem lat pracował dla Komisji Energii Atomowej.

HAARP najwidoczniej stanowi dowód na to, że Stany Zjednoczone dołączy­ły do Rosjan, którzy podejmowali próby odtworzenia eksperymentów Tesli. To może wyjaśniać, dlaczego nazwisko tego wynalazcy zniknęło z podręczników do amerykańskiej historii. Po przeszukaniu archiwów FBI i innych dokumentów, wspomniany już wcześniej psycholog Marc Seifer oznajmił: „Wiele potwierdza hipotezę, że dokonania i dokumenty Tesli systematycznie ukrywano przed opinią publiczną, żeby nie wyszła na jaw jego ściśle tajna praca, która dzisiaj znana jest jako «gwiezdne wojny»".

Doktor Eastlund z pewnością nie próbuje ukryć powiązań pomiędzy jego wy­nalazkiem a Teslą. Pewne odniesienia do wynalazcy znajdują się w jego patencie, ponadto Eastlund całkiem otwarcie wypowiadał się o tym związku w wywiadach. Na przykład w filmie dokumentalnych BBC/A&E pod tytułem Masters of the Ionosphere (Władcy jonosfery) Eastlund wyznał: „Sądzę, że Tesla byłby bardzo dumny".

Na elementarnym poziomie technicznym HAARP jest urządzeniem zapro­jektowanym przez Eastlunda, jednak jego idea pochodzi z dzieł Tesli - choć może niebezpośrednio. Projekt HAARP z całą pewnością opiera się na patentach Eastlun­da. Pozostając wiernym ideom Tesli i zachowując ulubioną przez niego „wielką skalę", Eastlund zaproponował zbudowanie układu antenowego o boku 65 kilo­metrów! Oto jego słowa:

HAARP jest idealnym pierwszym krokiem do realizacji mojego planu. Po­stęp w technologii nadajników z fazowanymi układami antenowymi oraz w dzie­dzinie wytwarzania mocy może dać nam do dyspozycji wymaganą moc. Rząd powie, że to nieprawda, ale jeśli coś kwacze jak kaczka i wygląda jak kaczka, istnieje duże prawdopodobieństwo, że jest to kaczka.

Projekt HAARP rozpoczęto dlatego, że ARCO szukało klienta na alaski gaz ziemny. Ten fakt wielu oficjalnych rzeczników projektu HAARP uznało za kon­spiracyjny nonsens. Zaprzeczenia także są jawną próbą oddzielenia HAARP, drob­nego eksperymentu naukowego, od monstrualnego projektu Eastlunda.

Gaz ziemny to produkt uboczny wydobywania ropy naftowej. Transportowa­nie gazu ziemnego z pól naftowych North Slope do odbiorców odległych o tysiące


kilometrów nie jest najszczęśliwszym pomysłem. Nie mogąc znaleźć miejscowe­go odbiorcy, ARCO pompowało gaz z powrotem pod ziemię, żeby podtrzymać ciśnienie w złożu. Wolałoby jednak sprzedawać gaz i wpompowywać pod ziemię wodę morską, tak jak robi się to na całym świecie.

Firma ta szukała więc kogoś, komu mogłaby sprzedać gaz w miejscu wydo­bycia, na Alasce - to właśnie ta potrzeba była matką wynalazku Eastlunda. W tym czasie jedynym klientem na Alasce, któremu można było sprzedać gaz, był rząd, ale rząd gazu nie potrzebował. Wtedy właśnie Eastlund wpadł na pomysł, żeby rozpocząć finansowany przez rząd projekt, wymagający ogromnych ilości elek­tryczności - uzyskiwanej dzięki spalaniu gazu.

W programie telewizyjnym Masters ofthe Ionosphere Eastlund powiedział:

(...) ARCO nie wiedziało, co zrobić z gazem ziemnym z North Slope. Budo­wa rurociągu ze Stanów Zjednoczonych byłaby zbyt kosztowna. Wynajęli mnie, żebym obmyślił niechemiczną metodę wykorzystania gazu. Pierwszym pomysłem, jaki przyszedł mi do głowy, było wykorzystanie fal radiowych -ponieważ miałem potrzebną energię, mogłem wytworzyć mnóstwo takich fal. Następnie pomyśla­łem, że miejsce to znajduje się na Alasce, niedaleko bieguna magnetycznego Zie­mi. Trzecia idea dotyczyła tego, że radzieckie pociski mogłyby przelatywać wła­śnie nad biegunem, więc dodałem do wszystkiego pewną zasadę fizyczną, z której wynika zdolność tych fal do stymulowania górnych warstw atmosfery w celu wy­tworzenia elektronów o temperaturze 50 000 000 000 stopni.

Elektrony te niszczą pocisk w ten sposób, że przenikają przez jego powłokę. Po wniknięciu dostatecznie głęboko eksplodują, naruszając elektronikę i poważnie uszkadzając pocisk. Przyszła mi na myśl wielka antena, wystarczająco duża, aby dosłownie wypełnić pasy van Allena cząstkami energii (...). Pierwszy pomysł doty­czył stworzenia zwartej osłony, która emitowałaby elektrony wszędzie tam, gdzie mogłyby przelatywać pociski, co umożliwiałoby zniszczenie ich wszystkich.

Do końca roku pracowałem nad patentami i ostatecznie przygotowaliśmy trzy, bardzo obszerne. W dokumentacji opisaliśmy dosłownie każde zastosowa­nie, jakie przyszło nam do głowy. Oprócz globalnej osłony przeciwrakietowej, myśleliśmy o wysyłaniu elektronów w celu strącania pocisków, o zakłócaniu łącz­ności, wytwarzaniu fal ELF i VLF. Urząd Patentowy przedstawił pewien projekt Nikoli Tesli, o którym wówczas niewiele wiedziałem, a także dwa artykuły z,,New York Times". Urzędnicy wspominali o nim z tak ogromnym szacunkiem, że wła­ściwie nie miało dla nich znaczenia, że to nie były patenty. Właściwie moja pro­pozycja nie pokrywała się z niczym, co on proponował.

Dzień po przyznaniu pierwszego patentu „New York Times" poprosił mnie o wywiad. Udzieliłem go, co chyba nieco rozzłościło ARCO, bo wspomniałem o tej wielkiej antenie i całej reszcie - być może miało to pewien wpływ na odsu­nięcie mnie od tego projektu. Jako jedną z przyczyn podano, że moje pomysły były zbyt awangardowe, ale przecież one były awangardowe od samego początku - ciekawe więc, nad którą częścią tego niepożądanego „awangardowego" pomy­słu zechcą teraz pracować?


Oryginalny patent Eastlunda stwierdza wyraźnie, że „wynalazek wymaga dużych ilości zasilania...", a energię elektryczną potrzebną dla niego można uzys­kać, spalając:

(...) pewne rodzaje źródeł paliwa, które w stanie naturalnym występują w stra­tegicznych miejscach na całym świecie. Na przykład duże rezerwy węglowodo­rów (ropy naftowej i gazu ziemnego) istnieją na Alasce i w Kanadzie. W północ­nej Alasce, zwłaszcza w regionie North Slope, znajdują się duże rezerwy, które obecnie są bardzo łatwo dostępne (...).

Zaproponowane przez Eastlunda pole antenowe o boku 65 kilometrów przy­wodzi na myśl tworzenie systemu broni SDI wielokrotnie potężniejszego niż HAARP, budowany obecnie w pobliżu Gakona, na Alasce. Taki obiekt z pewnoś­cią zaspokajałby potrzeby ARCO, zużywając ogromne ilości gazu ziemnego. Pod­czas gdy rozmiary obecnego wcielenia pomysłu Eastlunda mierzy się raczej w hek­tarach niż kilometrach kwadratowych, jego podstawowa funkcja pozostaje w zasadzie taka sama. Z czasem początkowy układ HAARP będzie można roz­szerzyć, przekształcając go w monstrualne „działo" Eastlunda -jedynym czynni­kiem ograniczającym ten proces są pieniądze, które rząd gotów jest wydać na projekt i - co może nawet ważniejsze - opinia publiczna. Ta ostatnia doprowadzi­ła do przerwania wielu wcześniejszych programów Departamentu Obrony, włącznie z wojną w Wietnamie. Strach przed negatywnymi głosami społeczeństwa stał się jednym z gwoździ do trumny Bernarda Eastlunda.

Najważniejsze w patentach Eastlunda jest odkrycie sposobu skupiania stru­mienia energii częstotliwości radiowych. Wcześniej wszystkie takie transmisje rozpraszały się wraz z odległością. Eastlund obmyślił sposób ochraniania trans­misji, sprawiający, że pozostają one skupione nawet w wielkiej odległości od na­dajnika. Pozwala to układowi antenowemu HAARP koncentrować ogromne iloś­ci energii w niewielkim punkcie 100 kilometrów lub więcej ponad powierzchnią ziemi. Choć Eastlunda odsunięto od prac nad projektem HAARP, zanim go roz­poczęto, naukowiec został nagrodzony za swoje dzieło awansem na stanowisko prezesa ARCO's Production Technologies International Company w Houston, w Teksasie.

Jakie możliwości zastosowań swojego urządzenia przewidywał Eastlund? Przedstawiam tu tylko kilka pomysłów na to, co duzi chłopcy mogą zrobić z taką zaawansowaną technologicznie zabawką. W wywiadzie dla „Omni Magazine" w 1988 roku Eastlund wyznał: „Można dosłownie unieść część górnej atmosfery (...). Można zmusić ją do przesunięcia się i manipulować nią na różne sposoby". W oryginalnej dokumentacji do swojego patentu napisał:

Ten wynalazek charakteryzuje się fenomenalną różnorodnością możliwych sposobów jego rozwinięcia w przyszłości. Jak wspominaliśmy wcześniej, nisz­czenie, wytrącanie z kursu lub uszkadzanie pocisków czy pojazdów latających może doprowadzić do tego, że (...) rozległe regiony atmosfery uniosą się na niezwykle


dużą wysokość, tak aby pociski napotkały niespodziewany i nieprzewidziany opór, który doprowadzi do ich zniszczenia lub wytrącenia z kursu. Manipulowanie po­godą jest możliwe między innymi dzięki modyfikowaniu przepływu prądów wia­trów w górnych warstwach atmosfery poprzez tworzenie chmur cząsteczek at­mosferycznych, działających jak soczewki lub inne urządzenie skupiające (...)•

W innych dokumentach Eastlund napisał:

[Ten aparat może] spowodować ( .) całkowite zakłócenie łączności nad roz­ległymi obszarami Ziemi ( .) zakłócając nie tylko łączność naziemną, ale także powietrzną i morską (zarówno na powierzchni, jak i pod powierzchnią morza) (...) modyfikacje pogody ( ..) poprzez zmianę absorpcji promieniowania słonecz­nego (...) koncentracja ozonu, azotu i tym podobnych gazów może się znacznie zwiększyć.

„Omni Magazine" zamieścił konkluzję, że „ponieważ górna część atmosfery jest wyjątkowo czuła na drobne zmiany składu, już zwykłe testowanie urządzenia Eastlunda mogłoby spowodować nieodwracalne zniszczenia". Coraz więcej ludzi na całym świecie zgadza się z tym twierdzeniem.

Od 1987 do 1992 roku wielu naukowców z listy płac APTI rozwijało koncep­cję Eastlunda, opatentowując różne aspekty jego metod i urządzeń. Tych samych ludzi, pomijając zbyt rozmownego Eastlunda, wymieniono potem jako kluczowy personel obiektu, kiedy firma E-Systems wykupiła APTI oraz kontrakt na HAARP w 1994 roku. W chwili, gdy APTI przejęto, posiadało ono już tuzin nowych pa­tentów ważnych przy budowie HAARP. Zanim jednak zobaczymy, co się stało od chwili, gdy Eastlund uzyskał pierwszy patent, przyjrzyjmy się niektórym wyda­rzeniom XX wieku, które odegrały istotną rolę w tworzeniu programu wysoko-częstotliwościowych aktywnych badań zorzy polarnej (HAARP).

Działanie zdumiewającej wieży Wardenclyffe na Long Island według szkicu Tesli. Wieża przesyła energię do anty grawitacyjnych pojazdów latających i elektrycznych samolotów, które krążą wokół niej. Uwagą zwracają silne „reflektory poszukiwawcze" na pojazdach latających. Stanowiły one połączenie mechanizmu zwykłego „szperacza" z „promieniem śmierci", jak to zazwyczaj wyjaśniał Tesla

Każdy z 48 elementów zestawu antenowego składa się z dwóch krzyżujących się anten

dipolowych, zorientowanych na północ-południe oraz wschód-zachód. Oddzielne dipole są

dostrojone do działania w niskiej częstotliwości (2,8-7 MHz) oraz wysokiej częstotliwości

(7—10 MHz). Każda z anten IRI została przypisana określonemu nadajnikowi. Nadajniki

znajdują się po dwa w jednej specjalnej obudowie. W ten sposób dwa nadajniki w jednej

obudowie obsługują jedną parę krzyżujących się anten dipolowych. W prototypie

rozwojowym (DP) tylko 18 z 48 anten podłączono do nadajników, tak jak zaznaczono na

powyższej ilustracji. Wszystkie nadajniki znajdują się w kontrolowanych warunkach,

w specjalnych osłonach, z których każda zawiera sześć obudów z parami nadajników.

Istniejące osłony przedstawiono na ilustracji w postaci prostokątów. Każda taka osłona ma

oddzielne zasilanie, pochodzące z urządzeń Diesla. Żaden z nadajników nie pobiera mocy

z ogólnodostępnej sieci energetycznej.

Prototyp rozwojowy ma umożliwić ocenę rzeczywistej sprawności projektu IRI.

Niektóre z danych technicznych urządzeń DP:

• Liczba aktywnych elementów: 18

• Zakres częstotliwości: 2,8-10 MHz

• Maksymalna moc: 360 kW

• Modulacja: AM/FM/PM

Rozdział 3

Wojna elektromagnetyczna:

sygnał moskiewski'*, rosyjski dzięcioł",

GWEN i HAARP

B

yć może incydent tunguski nie był pierwszą demonstracją broni elektro­magnetycznej (EM). Z pewnością naukowcy i wojskowi stratedzy od dawna szukali sposobów wykorzystania widma elektromagnetycznego podczas działań wojennych. Dociekliwe umysły pracują nad zrozumieniem natury świa­tła, elektryczności i magnetyzmu od setek lat. Dzięki dogłębnemu poznawaniu tych zjawisk rodzą się kolejne pomysły na nowe rodzaje broni. Dotychczas zapre­zentowano wiele takich pomysłów, niektóre nawet wypróbowano. Jednym z uda­nych zastosowań takiej wiedzy jest radar. HAARP może być kolejnym.

Jak wspomnieliśmy w poprzednim rozdziale, radzieccy naukowcy w poszuki­waniu nowych rodzajów broni prawdopodobnie przyjrzeli się dokładnie dokona­niom Tesli. Starannie zgłębili zagadki elektromagnetyzmu, najwyraźniej uzyskując znaczną przewagę nad Stanami Zjednoczonymi na tym polu badań. Zbombardowa­nie ambasady amerykańskiej w Moskwie promieniowaniem mikrofalowym stano­wiło przypuszczalnie przykład zastosowania odkryć w tej dziedzinie; podobnie jak tajemniczy sygnał radiowy, nazywany „rosyjskim dzięciołem".

Atmosfera i widmo elektromagnetyczne

Gdyby była to jedna z książek dla tępaków, znalazłoby się tu miejsce na rysu­nek głupkowato wyglądającego mężczyzny, ostrzegającego, że teraz pojawią się nudne techniczne opisy. Niestety, HAARP to zagadnienie naukowe, techniczne. Jeśli znacie podstawowe informacje dotyczące atmosfery oraz widma elektrycz­nego, możecie ominąć ten fragment książki. Jeśli nie, znajdziecie tu szybki prze­gląd kilku najważniejszych pojęć i teorii potrzebnych do zrozumienia naukowych podstaw HAARP.

Atmosfera to gazowa powłoka otaczająca Ziemię (i każde inne ciało niebies­kie). Słowo atmosfera utworzono z połączenia dwóch greckich wyrazów: atmos,

oznaczającego parę (lub gaz albo mgłę), oraz sphaira, znaczącego tyle co „kula" lub „niebo", ale obejmującego również pojęcie „strefy wpływów".

Naukowcy podzielili atmosferę na kilka warstw. Nie są one jednak tak ściśle zdefiniowane, jak mogłyby sugerować określające je terminy. Są one wyznaczane przez sposób, w jaki temperatura atmosfery zmienia się wraz z wysokością. Wy­sokość występowania poszczególnych warstw różni się w zależności od pory dnia czy roku oraz obszarów świata. Warstwy są silnie zróżnicowane ze względu na silne mieszanie się gazów atmosferycznych, unoszących się lub opadających, w za­leżności od tego, czy jest dzień, czy noc, lato czy zima, w zależności od rodzajów rzeźby terenu, od tego, czy jest to, morze czy ląd, a także: zależności od strefy geograficznej: polarnej lub równikowej.

Trzy podstawowe warstwy atmosfery to troposfera, stratosfera oraz jonosfe-ra. Greckie słowo tropo oznacza „zwrot, zmianę" i właśnie w obszarze troposfery tworzy się większość zmiennych zjawisk pogodowych. Słowo „strato" pochodzi od łacińskiego stratum - „warstwa". Nazwa jonosfery również pochodzi z greki, w tym wypadku od słowa ienai, znaczącego „iść". Jest ono źródłosłowem wyrazu ion, które określa elektrycznie naładowany atom. Ponad atmosferą, właściwie już w przestrzeni kosmicznej, znajduje się magnetosfera (od greckiego źródłosłowu magneto- pochodzą takie słowa jak magnes i magnetyzm).

Żyjemy w dolnej części atmosfery, w troposferze. Tutaj właśnie występują wszystkie formy życia zamieszkujące powierzchnię Ziemi - w przeciwieństwie do form życia występujących w wodzie, które zamieszkują hydrosferę (hydro zna­czy „woda"), oraz podziemnych form życia, które zamieszkują litosferę (litho znaczy „kamień"). Wszystkie strefy występowania życia noszą nazwę biosfery (bio znaczy „życie"). Oficjalnie HAARP zaprojektowano do zmieniania lub „pe­netrowania" jedynie jonosfery; jednak wydaje się, że ma również zdolność wpły­wania na wszystkie strefy występowania życia na Ziemi, od litosfery poniżej na­szych stóp, aż po magnetosferę tysiące kilometrów nad naszymi głowami.

Powietrze w pobliżu Ziemi jest ciepłe, ponieważ sama Ziemia, czyli powierzchnia lądów oraz mórz jest ciepła. Światło słoneczne przechodzące przez powietrze nie ogrze­wa bezpośrednio powietrza znajdującego się przy powierzchni ziemi. Ogrzana zostaje ziemia oraz woda, które następnie wypromieniowują ciepło do atmosfery, ogrzewając powietrze. To ogrzewanie tworzy pogodę poprzez konwekcję (ciepłe powietrze wznosi się, chłodne opada). Troposfera jest najcieńszą warstwą; jednak ze względu na ciężar powietrza powyżej niej, które ją dosłownie zgniata, troposfera jest też warstwą najgę-ściejszą i zawiera 85% całkowitej masy powietrza atmosferycznego.

Ogrzewanie atmosfery przez powierzchnię planety zmniejsza się wraz z wyso­kością, choć czasem bywa to nieco bardziej skomplikowane. W atmosferze wystę­puje kilka obszarów, gdzie cieplejsze powietrze jednej warstwy zalega na chłod­niejszym powietrzu poniżej. Powoduje to tak zwaną inwersję warstw, odpowiedzialną za zatrzymywanie zanieczyszczeń powietrza nad miastami.

Najważniejszą cechą troposfery, części atmosfery, w której żyjemy, jest fakt, że im wyżej, tym zimniejsze jest powietrze. W stratosferze jest odwrotnie, im wyżej, tym cieplej. Dzieje się tak dlatego, że na tej wysokości światło słoneczne


a dość energii, żeby bezpośrednio ogrzewać powietrze. Konwekcja nie może zachodzić w stratosferze, ponieważ cieplejsze powietrze jest na górze, a nie na dole. Stratosfera działa jak szczelna pokrywa na troposferze, dosłownie zamyka­jąc wszelkie zjawiska pogodowe w najniższej części atmosfery. Grubość strato-sfery wynosi średnio około 50 kilometrów, a jej najwyżej położone i najcieplejsze części mogą osiągać wysokość do 80 kilometrów. Zawiera ona większość z pozo­stałych 15 % powietrza atmosferycznego. Powyżej wysokości 40 kilometrów znaj­duje się nie więcej niż 1% całej masy powietrza.

W obrębie stratosfery występuje słynna warstwa ozonowa. Tworzy się ona wskutek tego, że powietrze absorbuje promieniowanie ultrafioletowe znajdujące się w świetle słonecznym. Ozonem nazywamy cząsteczkę zawierającą trzy atomy tlenu. Cząsteczka tlenu składa się tylko z dwóch połączonych atomów tlenu. Pro­mieniowanie ultrafioletowe ma wystarczająco dużą energię, żeby rozbić to wią­zanie, powodując powstanie wolnych atomów tlenu, które mogą wówczas łączyć się z istniejącymi cząsteczkami tlenu, tworząc ozon. Zjawisko to zachodzi w całej stratosferze, chociaż większość ozonu wytwarza się w jej środkowej części, na wysokości około 50 kilometrów.

Ponad stratosfera znajduje się najwyższa warstwa atmosfery, jonosfera. Jo-nosfera ma kilkaset kilometrów grubości i również wykazuje mniej lub bardziej wyraźne zróżnicowanie. Naukowcy podzielili ją na kilka mniejszych części. Nie­którzy, wykorzystując grecko-łaciński system nazewnictwa, nadają im takie na­zwy jak mezosfera (meso znaczy „środkowy") czy termosfera (thermo znaczy „cie­pło"). Inni określają części jonosfery za pomocą prostego kodu literowego, na przykład warstwa „D", „E", „Fl", „F2" i tak dalej. Naukowcy nie zgadzają się także co do wysokości i charakterystyki poszczególnych poziomów jonosfery. Gdyby HAARP rzeczywiście został wykorzystany do badań jonosferycznych, mógłby pomóc uporządkować ten bałagan.

Jedna z ilustracji obrazujących wyniki badań wpływu HAARP na środowisko naturalne pokazuje, że jonosfera rozpoczyna się na wysokości 60 kilometrów. Schemat ten pozwala dostrzec, że warstwa „D" jonosfery rozciąga się pomiędzy wysokością 60 i 90 kilometrów i wskazuje, że w tym właśnie regionie występuje zjawisko zorzy. Zgodnie z tym schematem kolejna warstwa „E" rozciąga się po­między wysokością 90 i 150 kilometrów (co z grubsza pokrywałoby się z mezo-sferą). Warstwa „F", z jej górną częścią stanowiącą rejon, w którym zazwyczaj porusza się prom kosmiczny, została rozmieszczona na wysokości od 150 do 420 kilometrów. Powyżej znajduje się przestrzeń kosmiczna.

Magnetosfera występuje całkowicie poza atmosferą, już w przestrzeni kos­micznej. Ziemia jest gigantycznym magnesem i otaczają ją linie oddziaływań magnetycznych. Pasy van Allena to strefy naładowanych cząsteczek (protonów, elektronów i cząstek alfa) schwytanych przez te linie oddziaływań magnetycz­nych. Pochodzą one z tak zwanego wiatru słonecznego. Napływają w kierunku Ziemi ze Słońca i przestrzeni kosmicznej. Niższy pas van Allena leży na wysokości około 7700 kilometrów nad powierzchnią ziemi, natomiast zewnętrzny pas van Allena leża na wysokości 51 500 kilometrów nad ziemią.


Pasy te odkryto w 1958 roku w początkowym okresie działania pierwszego amerykańskiego satelity „Explorer I". Większość satelitów krąży po bliskich or­bitach nazywanych okołoziemskimi lub znacznie bardziej odległych orbitach geosynchronicznych. Na orbitach okołoziemskich wojsko rozmieszcza satelity szpiegowskie. Przemykają one przez atmosferę na wysokości od 800 do 1600 kilometrów. Prom kosmiczny NASA, tak jak HAARP, jest przykładem cywilnego projektu do wspomagania realizacji planów wojskowych. Prom zaprojektowano na podstawie wojskowego kontraktu i miał on obsługiwać wojskowe obiekty ko­smiczne na niewielkiej wysokości. Jednak żeby prowadzić prawdziwe badania naukowe, trzeba wynieść sprzęt badawczy wysoko ponad atmosferę, tam gdzie można znaleźć wiele cywilnych satelitów, i gdzie nie lata prom kosmiczny.

Większość cywilnych satelitów telekomunikacyjnych i badawczych krąży na wysokości od około 25 000 do prawie 37 000 kilometrów nad powierzchnią zie­mi. Orbita geosynchroniczna (z gr. geo - „ziemia" oraz sunkhronos - Jednocze­śnie") pozwala utrzymać statek kosmiczny w mniej więcej stabilnej pozycji nad wybranym punktem na Ziemi. HAARP, gdyby został wykorzystany do wytworze­nia wysokiego poziomu elektronów w górnej części jonosfery, miałby zdolność strącania satelitów i innych obiektów kosmicznych na orbicie okołoziemskiej; co najwyraźniej jest potencjalnym militarnym celem projektu.

Jak sama nazwa wskazuje, jonosfera stanowi częściowo zjonizowany rejon at­mosfery. Zwykłe atomy nie majążadnego ładunku elektrycznego. Zyskujągo wsku­tek utraty lub zdobycia elektronu. Jon to właśnie naładowany atom. Jonosfera sta­nowi więc rejon atmosfery, który zawiera duży procentowy udział naładowanych cząsteczek i wolnych elektronów, to miejsce, w którym atomy tlenu i innych gazów nieustannie tracą lub zdobywają elektrony. Jonizacja jest procesem wytwarzania jonów poprzez poddawanie atomów wpływowi promieniowania o wystarczającej energii, zdolnej wytrącić elektrony. W jonosferze zjawisko to zachodzi pod wpły­wem Słońca, codziennie bombardującego Ziemię ze swojego nuklearnego pieca promieniowaniem twardym, takim jak promieniowanie X oraz promieniowanie gamma. Do Ziemi dociera też wiele innych odmian promieniowania kosmicznego. Promieniowanie, które może powodować jonizację, nazywa się promieniowaniem jonizującym. Emitują je bomby atomowe, od ponad 50 lat budzące grozę na całym świecie, a także reaktory nuklearne i to sprawia, że ich odpady są tak niebezpieczne.

Życie na naszej planecie istnieje dzięki temu, że atmosfera ma zdolność po­chłaniania promieniowania jonizującego w jonosferze i stratosferze. Gdyby nie było tych warstw, powierzchnia Ziemi byłaby stale bombardowana przez zabój­cze promieniowanie. Jonosfera powstrzymuje najsilniejsze promieniowanie sło­neczne, wytwarzając jony. Stratosfera odfiltrowuje większość pozostałego słab­szego promieniowania słonecznego, światła ultrafioletowego, wytwarzając ozon. Dlatego właśnie zmniejszenie się warstwy ozonowej może stanowić zagrożenie dla życia na naszej planecie i dlatego też świadome ingerowanie w jonosferę w ra­mach HAARP budzi tak wielki strach.

Istnieje też promieniowanie nięjonizujące. Stanowi ono część widma elektro­magnetycznego, w którym żyjemy. Elektromagnetyzm jest zagadnieniem wciąż


słabo rozumianym przez współczesną naukę. Wiadomo, jak działa i jak można się z nim obchodzić, ale ostateczne zrozumienie przyczyn jego istnienia wydaje się odległe o dziesiątki, jeśli nie setki lat. Naukowcy wiedzą, że przepływający prąd elektryczny wytwarza pole siłowe, które jest z niego emitowane na zewnątrz; na­zywa się ono promieniowaniem elektromagnetycznym (Electromagnetic Radia-tion - EMR). Pole promieniowania niejonizującego stanowi właściwie połącze­nie dwóch różnych pól: elektrycznego oraz magnetycznego, które tworzą jedno, złożone zjawisko elektromagnetyczne.

Być może istnieje też trzecie pole fal grawitacyjnych. Występowanie tych fal, nazywanych również „falami skalarnymi" nie jest jeszcze akceptowane przez kon­wencjonalną naukę. Wielu badaczy uważa jednak, że istnieją. „Rosyjski dzięcioł", do którego przejdziemy za chwilę, przez wielu specjalistów jest postrzegany jako broń wykorzystująca technologię skalarną, co czyniłoby to urządzenie znacznie bardziej zaawansowanym technologicznie niż cokolwiek znanego na Zachodzie.

Wszystko, co ma związek z elektrycznością, od przewodów w ścianach i sprzę­tu domowego, aż po najnowocześniejszy sprzęt przemysłowy, emituje promie­niowanie niejonizujące. Powietrze wokół nas jest wypełnione niewidzialną ener­gią radiową, telewizyjną i mikrofalową. Bezpośredni wpływ takiej codziennej kąpieli w elektromagnetycznych zanieczyszczeniach zazwyczaj jest niedostrze­galny, ale jej długoterminowe konsekwencje mogą zagrażać życiu, co postaram się wykazać. To niebezpieczne promieniowanie może na przykład prowadzić do wzrostu liczby zachorowań na nowotwory i białaczki u ludzi mieszkających w po­bliżu wysokonapięciowych elektrycznych linii przesyłowych.

Niekiedy dociera do nas także promieniowanie jonizujące. Mogliście otrzymać dawkę tego zabój czego promieniowania, j eśli nieszczęśliwie zdarzyło się wam prze­bywać w obszarze skażenia, spowodowanego testem broni nuklearnej lub przepro­wadzaniem wentylacji w elektrowni atomowej, co zdarza się nazbyt często; lub w wyniku katastrofy nuklearnej, takiej jak na Three Mile Island lub w Czarnobylu. Nie potrzeba jednak wcale tak wielkiej katastrofy, żeby zabić. 4 czerwca 1997 roku Departament Energetyki opublikował wyniki sześciu lat badań nad strategią użyt­kowania, przechowywania i pozbywania się radioaktywnych i szkodliwych dla ży­cia odpadów będących skutkiem ubocznym amerykańskiego przemysłu broni nu­klearnej. W wynikach Finał Waste Management Programmatic EnviwnmentalImpact Studies (badań dotyczących wpływu odpadów radioaktywnych na środowisko natu­ralne) zawarto przerażającą konkluzję: od 11 do 69 Amerykanów umrze w wyniku przewozu tych materiałów! Część tych zgonów będzie skutkiem napromieniowania radioaktywnymi i szkodliwymi materiałami członków załóg transportowych i miesz­kańców miejsc przy szlakach komunikacyjnych. Inne zgony mogą nastąpić w wyni­ku zdarzeń losowych niezależnych od szkodliwości ładunku.

Pola elektromagnetyczne oscylują. Oscylację mierzy się na podstawie tego, jak często występuje ona w ciągu jednej sekundy (określa się ją mówiąc o „cy­klach na sekundę"). Jednostka miary tej częstotliwości (cykli na sekundę) to herc (Hz), którego nazwa pochodzi od nazwiska niemieckiego fizyka H. R. Hertza (1857-1894).


Jeden herc równa się jednemu cyklowi na sekundę.

Tysiąc cykli na sekundę to kiloherc (1 KHz).

Milion cykli na sekundę to megaherc (1 MHz).

Miliard cykli na sekundę to gigaherc (1 GHz).

Niejonizujące pasmo elektromagnetycznego widma rozpoczyna się od częs­totliwości zera herców, kiedy to nie zachodzi żadna oscylacja, i rozciąga aż po widzialne światło, do częstotliwości trylionów cykli na sekundę. Widmo elektro­magnetyczne obejmuje również promieniowanie jonizujące powyżej częstotliwości widzialnego światła: światło ultrafioletowe, promieniowanie gamma, promienio­wanie X i tak dalej.

Widmo elektromagnetyczne dla potrzeb nauki dzieli się na określone zakresy częstotliwości, podobnie jak atmosferę na warstwy. Niejonizujący fragment tego widma, z którym często mamy do czynienia, obejmuje promieniowanie radiowe, telewizyjne i mikrofalowe. Dla HAARP szczególne znaczenie mają górne i dolne obszary tego fragmentu widma: skrajnie niskie częstotliwości (Extremly Low Fre-ąuences - ELF), od 0 do 1000 cykli na sekundę (poniżej 1 KHz), oraz wysokie częstotliwości, tuż poniżej zakresu widzialnego światła.

Prawdopodobnie posiadacie już pewną wiedzę na temat częstotliwości bli­skich widzialnemu światłu; noszą one nazwę częstotliwości radiowych (Radio Freąuency - RF). Występują w przedziale od około pół miliona cykli na sekundę (500 KHz albo 0,5 MHz), aż po 500 000 000 cykli na sekundę (500 MHz albo 0,5 GHz) i obejmują cały zakres transmisji radiowych, jak również zakres nadawania telewizji (bardzo wysokie częstotliwości - Very High Freąuency - VHF oraz Ul­tra High Freąuency - UHF), a nawet zakres działania kuchenek mikrofalowych, które pracują w częstotliwości około 500 000 000 cykli na sekundę (pół gigaher-ca). HAARP jest nadajnikiem wysokiej częstotliwości (High Freąuency - HF), zaprojektowanym do nadawania w zakresie od 2,8 do 10 MHz (2,8-10 000 000 cykli na sekundę). Działa więc blisko dolnego poziomu zakresu częstotliwości radiowych (RF), który radiooperatorzy nazywają pasmem „krótkofalowym".

Nie tylko jesteśmy stale zalewani energią RF, ale także nieustannie porusza­my się w morzu promieniowania o znacznie niższej częstotliwości. Na przykład elektromagnetyczne linie przesyłowe zalewają nas falami skrajnie niskiej często­tliwości 60 Hz. Łatwo określić ilość tła 60-hercowych fal, absorbowanego przez ciało. Po prostu dotknijcie czujnika jakiegokolwiek oscyloskopu i zobaczycie, że wskaże on 60-hercowe fale. Wasze ciało działa jak antena, a oscyloskop pokazuje poziom promieniowania, jakie absorbujecie.

David S. Walonick w swoim artykule Effects of6-10Hz ELF on Brain Waves (Wpływ promieniowania skrajnie niskiej częstotliwości 6-10 Hz na fale mózgo­we) napisał:

Promieniowanie elektromagnetyczne może stanowić najgroźniejszy rodzaj skażenia naszego środowiska. Istnieje mnóstwo statystycznych dowodów na to, że nowotwory i inne choroby mogą być wywoływane przez fale elektromagne­tyczne.


ELF impulsowe fale radiowe oddziałują na poziomie komórkowym. Nowo­twory oraz wady rozwojowe u noworodków występują w naszym kraju coraz czę­ściej od około 1950 roku (kiedy telewizja zdobyła popularność). Średnia często­tliwość rezonacyjna naszego organizmu wynosi około 82 MHz. Nie przypadkiem odpowiada to mniej więcej środkowi zakresu pasma telewizyjnego VHF.

Nawet małe natężenie pola o częstotliwości 60 Hz może powodować uszko­dzenia i osłabienie układu immunologicznego. Komórki nowotworowe poddane działaniu 60-hercowego pola elektromagnetycznego przez 24 godziny wykazują sześciokrotny wzrost tempa rozwoju.

W naszym stechnicyzowanym społeczeństwie nie ma wielu miejsc, w któ­rych nie bylibyśmy wystawieni na działanie promieniowania elektromagnetycz­nego. Telewizja, radio i promieniowanie mikrofalowe występują we wszystkich obszarach miejskich. Wysokonapięciowe 60-hercowe energetyczne linie przesy­łowe przecinają cały kraj. Mikrofale (jedne z najbardziej niebezpiecznych) stają się coraz powszechniejsze. Federalna Komisja Telekomunikacji zaczęła przyzna­wać licencje na wykorzystanie mikrofal w telefonach komórkowych.

Ludzie, którzy kontrolują przemysł energetyczny i telekomunikacyjny nie dopuszczą, aby opinia publiczna poznała prawdę. Od tego zależy ich finansowy dobrobyt. Ponieważ wojsko jest jednym z największych producentów bardzo sil­nego promieniowania elektromagnetycznego, nie wydaje się prawdopodobne, abyśmy mogli liczyć na interwencję rządu.

Sygnał moskiewski" i rosyjski dzięcioł"

W 1952 roku w Sandia National Laboratories w Nowym Meksyku na prośbę radzieckich naukowców odbyła się seria spotkań pomiędzy przedstawicielami świa­ta nauki ze Stanów Zjednoczonych i Związku Radzieckiego. Sesja ta dotyczyła radzieckiej propozycji wymiany informacji na temat biologicznych zagrożeń oraz bezpiecznych poziomów promieniowania elektromagnetycznego (EMR). Rosja­nie posiadali zdecydowaną wyższość, jeśli chodzi o informacje w tej dziedzinie nauki. Amerykańscy naukowcy nie chcieli uwierzyć radzieckim danym na temat zagrożeń dla zdrowia wywołanych EMR. Na późniejszych spotkaniach Rosjanie nie przestawali podkreślać powagi tych zagrożeń, a ich amerykańscy koledzy ro­bili wszystko, żeby pomniejszyć ich znaczenie.

Najwyraźniej Rosjanie postanowili nas przekonać, ponieważ wkrótce po ostat­nim spotkaniu w Sandia zaczęli napromieniowywać strumieniem energii ambasa­dę amerykańską w Moskwie. Przez następne cztery dekady traktowali pracowni­ków ambasady jak króliki doświadczalne do eksperymentów z promieniowaniem elektromagnetycznym. Waszyngton, przypuszczalnie dając wiarę amerykańskim naukowcom, osobliwie milczał w kwestii tego bombardowania moskiewskiej ambasady.

Sprawą „sygnału moskiewskiego", wykrytego w 1962 roku, zajęła się CIA. Agencja sprowadziła niezależnego konsultanta doktora Miltona Zareta i nadała


jego śledztwu kryptonim „Projekt Pandora". Zaret dowiódł, że „sygnał moskiew­ski" składał się z kilku różnych częstotliwości. Z przerażeniem odkrył też, iż stru­mień promieniowania skupiał się dokładnie na gabinecie ambasadora. Intensyw­ność tego bombardowania ukrywano przed opinią publiczną, choć kiedy ponad 10 lat później Departament Stanu wreszcie potwierdził istnienie „sygnału mo­skiewskiego", oświadczono, że był on „raczej słaby".

4 lipca 1976 roku obchodzono dwusetną rocznicę rewolucji amerykańskiej. Rosjanie przygotowali na tę okazję trochę własnych „fajerwerków", rozpoczyna­jąc serię audycji nadawczych, dziś znanych radioamatorom na całym świecie jako „rosyjski dzięcioł". Sygnał tych audycji pochodził prawdopodobnie z jakiegoś wczesnego modelu urządzenia podobnego do HAARP, wykorzystującego nadaj­nik powiększający Tesli (TMT). Zgodnie z oficjalnym wyjaśnieniem Departa­mentu Obrony jest to ponadhoryzontalny system radarowy zaprojektowany do wykrywania wrogich pocisków. Taką właśnie funkcję miał spełniać radar ponad­horyzontalny rozproszenia wstecznego (OTH-B), który wcześniej budowano na miejscu HAARP. Te zakłócające sygnały elektromagnetyczne pojawiały się w paś­mie od 3 do 30 MHz i zazwyczaj pulsowały włączając się i wyłączając co 10 sekund, co było słyszalne jako charakterystyczne, rytmiczne „stukanie", od które­go pochodzi nazwa „rosyjski dzięcioł".

Paul Brodeur w książce The Zapping of America (Napromieniowywanie Ameryki, W. W. Norton and Co., 1977) napisał:

Pewien raport opublikowany 30 października 1976 roku w „New York Ti­mes" ujawnił, że w ostatnich miesiącach okresowo nadawano ze Związku Ra­dzieckiego zagadkowy szerokopasmowy, krótkofalowy sygnał radiowy. Był on tak silny, że zakłócał łączność radiową i telekomunikację na całym świecie (...). Ten radziecki sygnał budzi prawdziwy niepokój doktora Zareta (...) ze względu na jego potencjalną szkodliwość dla ludzi. (...) Jasne jest, że taki przekaz zako­dowany w fali nośnej mógł oddziaływać na ośrodkowy układ nerwowy.

Wciąż nie do końca jest jasne, do czego Rosjanie wykorzystywali ten system nadawczy. Choć sygnały od czasu do czasu urywały się, wygląda na to, że system ten jest sprawny do dziś. Tak jak HAARP, mógł on być stworzony dla wielu róż­nych celów. Konserwatywni naukowcy, przyjmując oficjalne stanowisko, twier­dzą, iż jest to ponadhoryzontalny system radarowy. Inni badacze uważają, że ma on służyć modyfikacji środowiska naturalnego, a zwłaszcza kontrolowaniu pogo­dy, traktowanemu jako broń. Jeszcze inni sądzą, że ma on służyć manipulacji umysłami ludzi wybranej populacji. Każde z tych zastosowań jest całkiem możli­we, podobnie jak w przypadku HAARP.

David Brinkley opowiadał o „rosyjskim dzięciole" w telewizyjnym progra­mie „NBC Magazine", wyemitowanym 18 lipca 1981 roku. Wyjawił słuchaczom, że Związek Radziecki nieprzerwanie bombardował północno-zachodnią część Stanów Zjednoczonych falami niskiej częstotliwości, nastawionymi tak, by odpo­wiadać poziomowi biologicznych częstotliwości. Brinkley wyznał też:


Zdaję sobie sprawę, że trudno w to uwierzyć, brzmi to jak obłęd i nikt z nas nie wie, co z tym począć, ale wiadomo, że radziecki rząd próbuje zmieniać ludz­kie zachowanie za pomocą zewnętrznych elektronicznych oddziaływań. Tyle wiemy na pewno. Jasne jest, że jakiś radziecki nadajnik bombarduje nasz kraj falami radiowymi skrajnie niskiej częstotliwości.

Jeśli trudno wam uwierzyć w istnienie „rosyjskiego dzięcioła", przytoczę jesz­cze jedno wiarygodne źródło. Doktor Andrew Michrowski był specjalistą do spraw technologii w kanadyjskim Departamencie Stanu oraz przewodniczącym Plane-tary Association for Clean Energy (PACE). Oto co napisał:

Od października 1976 roku Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich emitował sygnały skrajnie niskiej częstotliwości z wielu nadajników przypomina­jących urządzenia Tesli. Częstotliwości te odpowiadają rytmowi fal mózgowych ludzi w stanie depresji lub poirytowania - a doświadczenia naukowe wykazały, że radzieckie sygnały mogą być „przechwytywane" przez fale mózgowe ludzi. Agen­cja Ochrony Środowiska (Environmental Protection Agency) uznała radzieckie sygnały za (...) psychoaktywne (czyli zdolne wywoływać pewną psychiczną re­akcję i podatność u ludzi). Ta sama agencja stwierdziła, że 60-hercowe energe­tyczne linie przesyłowe mogą absorbować i emitować radzieckie sygnały skrajnie niskiej częstotliwości, a sieci wodociągowe mogą nawet takie sygnały wzmac­niać.

Rosjanie są na granicy przełomu w dziedzinie technologii nowych rodzajów broni, które uczynią pociski czy bombowce bezużytecznymi. Pozwoli ona znisz­czyć do pięciu amerykańskich miast dziennie poprzez przesyłanie impulsów ra­diowych. Rosjanie mogą wywoływać panikę lub choroby u całych narodów.

W biuletynie Planetary Association for Clean Energy z lipca 1979 roku napi­sano: „Przynajmniej pięć radzieckich instalacji działa równocześnie całą dobę od lipca 1976 roku z mocą do 40 milionów watów".

Niesamowite. Jeśli przynajmniej częściowo jest to prawdą, możemy znaleźć się w prawdziwych tarapatach, jeśli pozwolimy na kontynuację HAARP. HAARP nadający w paśmie ELF za pośrednictwem zorzy jest w stanie wywołać wiele szkodliwych skutków, takich samych jak „rosyjski dzięcioł". HAARP będzie po­siadał efektywną moc emisyjną rzędu 3 600 000 000 watów - prawie sto razy większą niż „rosyjski dzięcioł"!

„Przechwycenie" to skutek zewnętrznej stymulacji mózgu środkami elektro­magnetycznymi. Zewnętrzny generator sygnału może modyfikować wzorce funk­cjonowania fal mózgowych, zamieniając normalne częstotliwości działania mó­zgu. Zewnętrzny sygnał jest „przechwytywany" przez fale mózgowe i przestraja ten organ tak, by harmonizował z zewnętrznym sygnałem. Powoduje to zmiany wzorców funkcjonowania mózgu, które następnie modyfikują przebieg reakcji che­micznych w mózgu, a te z kolei wpływają na myśli, emocje i stan fizyczny. Taka celowa stymulacja może wywoływać określone stany emocjonalne: medytacyjny,


głębokiego odprężenia czy nawet euforii. Potajemnie wykorzystana przeciwko jakiejś osobie stanowi podstawowy mechanizm radiowej kontroli umysłu - za­gadnienie to omówimy dokładniej w dalszej części książki.

Przez ostatnich kilkadziesiąt lat rozwijała się nowa gałąź przemysłu, produ­kująca sprzęt do tzw. biofeedbacku (czyli biologicznego sprzężenia zwrotnego) oraz do „podkręcania umysłu". Doskonałym wprowadzeniem w zagadnienie tych nowych technologii są książki Michaela Hutchisona, takie jak Mega Brain: New Tools and Techniąues for Brain Growth and Mind Expansion (Supermózg: Nowe narzędzia i techniki rozwoju mózgu i ekspansji umysłu) oraz Mega Brain Power: Transform YourLife with Mind Machines and Brain Nutrients (Moc supermózgu: Odmień swoje życie dzięki maszynom do stymulacji umysłu i odżywkom dla mó­zgu). Prace te opisują możliwości indywidualnego rozwoju człowieka za pomocą nowo wynalezionych technik stymulacji mózgu.

Naukowcy na całym świecie byli zdania, że „rosyjski dzięcioł" mógł być wykorzystywany do stymulowania i „przestrajania" mózgów poprzez umieszcze­nie ludzi w odpowiednim polu rezonansowym. Wiele osób, włącznie z autorem tej książki, obawia się, że HAARP zostanie użyty do takich samych celów.

Doktor W. Ross Adey z Instytutu Badań nad Mózgiem University of Califor-nia był jedną z pierwszych osób prowadzących badania nad częstotliwościami elektromagnetycznymi i falami mózgowymi. Potwierdził, że zewnętrznie genero­wane sygnały mogą być „przechwytywane" przez fale mózgowe. Jego prace, któ­rym przyjrzymy się bliżej w dalszej części książki, finansowała Marynarka Wo­jenna Stanów Zjednoczonych -jest to kolejne możliwe powiązanie z HAARP.

Zdaniem Rona McRae'a, autora książki Mind Wars (Wojny o umysły, St.Mar-tin's Press, 1984), „w 1976 roku CIA wynajęła niezależnych ekspertów do prze­prowadzenia wyczerpującej analizy radzieckich dokonań w dziedzinie parapsy­chologii". Raport, sporządzony między innymi przez doktora J. W. Eerkensa, nosił tytuł Noveł Biological Information Transfer Systems. Według McRae'a doktor Eerkens „uważa, że Rosjanie budują właśnie prototyp urządzenia do prowadzenia wojny psychologicznej".

Z książki Martina Ebona Psychic Warfare (Wojna psychologiczna, McGraw-Hill, 1983) dowiadujemy się, że:

12 września 1977 roku podczas zeznań przed podkomisją senacką doktor Sydney Gottlieb przedstawił publicznie dowód na to, że usiłowano wpłynąć na urzędników amerykańskich podczas zagranicznych wizyt. Doktor Gottlieb, wów­czas już na emeryturze, był dyrektorem CIA odpowiedzialnym za eksperymenty z kontrolą umysłu [MK-Ultra i inne] (...). Zeznał on przed komisją, że (...) kilku członków sztabu prezydenta Nixona przejawiało „niewłaściwe zachowanie" (...), na przykład „płacząc bez powodu" (...). W innej części zeznań Gottlieb wymienił wśród osób, które najwyraźniej poddawano takim niezwykłym oddziaływaniom samego prezydenta Nixona. Gottlieb oświadczył: „Nie tak dawno, w związku z wi­zytą w potencjalnie wrogim państwie, prezydent po powrocie opisał pewne nie­zwykłe odczucia, jakie miał on i towarzyszące mu osoby, i zapytał, czy mógłbym


udzielić mu rad w tej sprawie". (Prezydent Nixon odwiedził „potencjalnie wro­gie" państwo, Związek Radziecki, w 1972 roku).

W 1978 roku CIA przeprowadzała tak zwaną operację „Piąue". Podobno pole­gała ona na odbijaniu mikrofal od jonosfery podczas prób wpłynięcia na sprawność umysłową ludzi w wybranych rejonach Europy. Być może była to odpowiedź na bombardowanie promieniowaniem amerykańskiej ambasady w Moskwie, audycje „rosyjskiego dzięcioła" i inne działania prowokacyjne. Nie wiadomo, czy operacja „Piąue" zakończyła się sukcesem. Być może HAARP odniesie większy sukces.

W poprzednim rozdziale wspomnieliśmy o analizach doktora Andriji Pucha-ricza dotyczących tego, że Tesla był w stanie emitować energię. Pucharicz spoglą­da na zagadnienie „rosyjskiego dzięcioła" z bardzo interesującej perspektywy w wykładzie wygłoszonym na pewnej konferencji dotyczącej elektromagnetyzmu we wrześniu 1987 roku:

Mogliśmy opracować urządzenie podsłuchowe, które zmieściłoby się pod plombą w zębie i dzięki któremu moglibyśmy odbierać wyraźne dźwięki za po­mocą małej stacji transmisyjnej z odbiornikiem i nadajnikiem, ale, niestety, na­tychmiast pewna agencja naszego rządu utajniła cały projekt. Ale rozwiązaliśmy problem, przynajmniej jeśli chodzi o sprzęt.

Mniej więcej 10 lat temu, w 1976 lub może w 1977 roku, wykonałem podsta­wowe pomiary, które ujawniły cechy przekazu ELF pochodzącego z Rosji. Od­kryłem, że przekaz był psychoaktywny i wyodrębniłem substancje chemiczne, uwalniane w wyniku zastosowania częstotliwości, po czym przekazałem te infor­macje wszystkim agencjom wywiadowczym w kraju, włącznie z samym prezy­dentem, a także w Anglii oraz Kanadzie, a wszystko, co mnie spotkało w zamian, to cztery lata prześladowań. Mój dom spalono, zostałem postrzelony, próbowano mnie zabić, i tak dalej, i tak dalej. W końcu przyznali mi rację i w 1981 roku rząd amerykański rozpoczął szeroko zakrojone prace nad wykorzystaniem promienio­wania ELF w działaniach wojennych. Ustawili mnóstwo wielkich nadajników od Australii po Afrykę i teraz prowadzą swoje operacje, a wszystko zostało utajnio­ne, tak że nie można o tym powiedzieć nawet słowa - trudna sytuacja. Nie można też wydobyć od rządowych agencji jakiejkolwiek prawdziwej informacji. A ja wiem, że wszystkie nad tym pracują. Znam ludzi, którzy kierują projektami. Kie­dy mają jakiś kłopot, zazwyczaj przychodzą do mnie. I utajniają wszystko to, co im mówię. Obłęd.

Wiarygodność oświadczeń Pucharicza potwierdza artykuł zamieszczony w „Washington Post" z 7 sierpnia 1977 roku, zatytułowany Psychic Spyingl (Szpie­gostwo psychiczne?). Tekst ten wspomina między innymi o doktorze Andriji Pu-chariczu:

Jego powiązania ze społecznością woj skową i wywiadowczą sięgały początku lat 50., kiedy pracował w Wojskowym Centrum Broni Chemicznej i Biologicznej


w Fort Detrick, w stanie Maryland, gdzie wcześniej istniało składowisko substan­cji toksycznych CIA. Na konferencji w Pentagonie w 1952 roku przedstawił do­kument zatytułowany On the Possible Usefulness of Extrasensory Perception in Psychological Warfare (O możliwej przydatności postrzegania pozazmysłowego w wojnie psychologicznej), a później wygłaszał wykłady dla sił zbrojnych na te­mat innych możliwości prowadzenia wojny mentalnej. Pucharicz, ekspert w dzie­dzinie hipnotyzmu i mikroelektroniki, wynalazł także, podobno dla CIA, miniatu­rowe radio mieszczące się w zębie.

W biuletynie PACE z 1978 roku Andrew Michrowski napisał:

Potencjalnie niemal wszystko można wprowadzić do systemu mózgowego wybranej osoby, a tak dostarczone informacje byłyby przetwarzane przez biosys-temy jako wewnętrznie generowane dane czy reakcje. Słowa, zdania, obrazy, wra­żenia i emocje mogą być bezpośrednio umieszczane w umysłach żywych istot i doświadczane jako wewnętrzne stany, wzorce, emocje, myśli i idee.

Hipnotyzerzy od dawna wiedzą, że kiedy osoba poddana eksperymentowi otrzymuje sugestię posthipnotyczną mówiącą, żeby wykonała jakieś działanie w stanie świadomym, zrobi to, po czym zracjonalizuje ten czyn jako własny po­mysł. W jednym z takich eksperymentów zahipnotyzowano domniemanego za­bójcę Roberta Kennedy'ego, Sirhana Sirhana, i powiedziano mu, żeby zawisnął na kratach swojej celi jak małpa, kiedy już się obudzi. Sirhan wypełnił polecenie. Kiedy oznajmiono mu, że został zahipnotyzowany i pokazano mu nagranie wi­deo, na którym zachowywał się jak małpa, powiedział, iż to był całkowicie jego pomysł - stwierdził, że po prostu potrzebował ćwiczeń fizycznych! Instrukcje, myśli lub przekonania przekazywane wybranej osobie mogą być w bardzo podob­ny sposób przyjmowane jako własne pomysły. Jest to istota badań nad kontrolą umysłu prowadzoną z użyciem przekazów elektromagnetycznych.

Doktor Robert Beck, specjalista w dziedzinie inżynierii nuklearnej, przepro­wadził wszechstronne badania nad elektromagnetycznym oddziaływaniem na lu­dzi. Na konferencji Towarzystwa Psychotronicznego w 1979 roku odczytał frag­menty pracy naukowej, napisanej z doktorem Michaelem A. Persingerem z Laurentian University w Kanadzie, ekspertem w dziedzinie promieniowania skraj­nie niskiej częstotliwości. „Ludzie poddani działaniu pól ELF o określonym sche­macie mówią, że odczuwają niepokój, depresję, mają złe przeczucia...". Doktor Beck, fizyk, który dokonywał pomiarów sygnału „rosyjskiego dzięcioła", wyznał potem: „Okazało się, że radziecki sygnał uderzał niezwykle celnie (...) prosto w okno ludzkiej psychoaktywności". Stwierdził też: „Sygnał ten przenikał do sie­ci przesyłania energii w Stanach Zjednoczonych, linie energetyczne odbierały go i przekazywały dalej, wskutek czego docierał do domów przewodami elektrycz­nymi (...)".

W jednym z numerów „Military Review" (oficjalna publikacja Dowództwa i Sztabu Generalnego Armii Stanów Zjednoczonych) zamieszczono artykuł


podpułkownika Johna B. Alexandera z Armii Stanów Zjednoczonych, zatytuło­wany The New Mentol Battlefield (Nowe mentalne pole walki). W artykule tym pułkownik Alexander napisał:

[Radzieckie] techniki manipulowania umysłem, opracowane w celu wpływa­nia na przeciwnika, są niezwykle zaawansowane. Do stosowanych procedur należy manipulacja ludzkim zachowaniem dzięki użyciu broni psychologicznej oddziału­jącej za pomocą obrazów, dźwięków, zapachów, temperatury, energii elektroma­gnetycznej czy pozbawiania zmysłów (...) Radzieccy naukowcy studiujący kontro­lowane zachowanie badali również wpływ promieniowania elektromagnetycznego na ludzi i zastosowali techniki przeciwko personelowi ambasady amerykańskiej w Moskwie (...) Badacze sugerują, że pewne niskoczęstotliwościowe emisje mają właściwości psychoaktywne. Takie transmisje można wykorzystać do wywoływa­nia depresji lub rozdrażnienia w wybranej grupie populacji. Stosowanie na dużą skalę modyfikacji zachowania za pomocą fal skrajnie niskiej częstotliwości może mieć tragiczne skutki.

Wydaje się, że „rosyjski dzięcioł" stanowi rozwinięcie idei „sygnału moskiew­skiego", rozszerzając podobną działalność z jednego budynku, ambasady amery­kańskiej, na całe Stany Zjednoczone. Z pewnością nie potrzeba wielkiej wyobraź­ni, żeby domyślić się, iż HAARP może być stworzony by „odpłacić się" naszym rosyjskim „przyjaciołom", podobnie jak podczas operacji „Pique".

„Sygnał moskiewski", wykryty w 1962 roku, został publicznie ujawniony dopiero w połowie lat 70. Stał się wówczas tematem zażartej dyskusji w mediach. W 1976 roku „Los Angeles Times" doniósł, że ambasador amerykański w Związ­ku Radzieckim poinformował swój moskiewski personel, że mikrofale, którymi Rosjanie napromieniowują ambasadę, mogą powodować problemy emocjonalne i zaburzenia zachowania, jak również białaczkę, nowotwory i zaćmę. Nawet jeśli HAARP nie jest „amerykańskim dzięciołem", również będzie zalewał nas wszyst­kich tą samą energią. Czy rzeczywiście jest tak bezpieczny, jak wmawiają nam jego zwolennicy?

Jesienią 1976 roku zaledwie po kilku miesiącach działania Rosjanie dokonali pierwszego z kilku udoskonaleń swojej sieci „dzięcioła" działającej w zakresie fal ELF. Drugiemu udoskonaleniu, przeprowadzonemu rok później, towarzyszył skan­daliczny incydent, który być może stanowił nawet jawne pogwałcenie prawa. W 1977 roku rząd amerykański sprzedał Rosjanom pewien supermagnes, wiedząc, że stanie się on częścią programu rozwoju „rosyjskiego dzięcioła". Magnes ten to 40-tonowe monstrum zdolne wytworzyć pole magnetyczne 250 000 razy potężniejsze niż pole magnetyczne Ziemi. Miał on zawieszać, niwelować i zakłócać działanie naturalne­go pola magnetycznego naszej planety, pozwalając sygnałom „rosyjskiego dzięcio­ła" na dotarcie do Stanów Zjednoczonych. Stany Zjednoczone nie tylko wiedziały, do czego ma on służyć, ale nawet wysłały zespół naukowców, żeby pomóc Rosja­nom w jego instalacji! Dzięki nowemu supermagnesowi Rosjanie przeprowadzili drugie unowocześnienie systemu „dzięcioła" jesienią 1977 roku.


Amerykański supermagnes zainstalowano na stacji Gomel, zasilanej przez reaktor w Czarnobylu. Jedenaście lat później, w 1986 roku, reaktor atomowy w Czarnobylu, nieopodal Kijowa na Ukrainie eksplodował. Niektórzy specjaliści teoretyzowali, że Zachód mógł dokonać sabotażu elektrowni w Czarnobylu, aby przerwać nadawanie sygnałów „rosyjskiego dzięcioła"; inni natomiast sugerowa­li, że elektrownia została wyeksploatowana przez nadajnik „dzięcioła" w taki sam sposób, w jaki nadajnik Tesli zniszczył generator w Colorado Springs.

Po drugim unowocześnieniu „rosyjskiego dzięcioła" w 1977 roku niedaleko wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych zarejestrowano serię tajemniczych eksplozji dźwiękowych. Prawdopodobnie stanowiły one efekt kalibracji ulepszo­nego „dzięcioła". W telegraficznej depeszy agencji United Press International z 22 grudnia 1977 roku doniesiono, że:

(...) Zeszłej nocy po raz trzeci w miesiącu odnotowano serię tajemniczych atmosferycznych wyładowań niedaleko wybrzeży New Jersey (...). Policja oświad­czyła, że eksplozje te poprzedzało kilka grzmotów. 2 grudnia miały miejsce po­dobne incydenty, ale Federal Aviation Administration, Civil Aeronautics Board oraz Nuclear Regulatory Commision nie zdołały przedstawić jakiegokolwiek wyjaśnienia tych wybuchów.

W następnym miesiącu agencja Associated Press doniosła, że jeden z rzecz­ników Białego Domu poinformował prasę, iż Laboratorium Badawcze Marynarki Wojennej (Naval Research Laboratory - NRL) przeprowadzi „przemyślane i roz­ważne" dochodzenie w sprawie „tajemniczych wyładowań atmosferycznych w po­bliżu wschodniego wybrzeża". NRL nigdy nie ujawniło swoich odkryć, jednak 10 lat później stało się uczestnikiem projektu HAARP. Zbieg okoliczności?

GWEN

Na początku lat 80. Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych rozpoczęły bu­dowę własnego systemu wież sieci awaryjnej komunikacji podziemnej (Ground Wave Emergency Network - GWEN). Wieże mają wysokość 100 metrów i są połączone siecią miedzianych drutów o długości 110 metrów, rozchodzących się od nich promieniście we wszystkich kierunkach i zagłębiających się na kilka met­rów pod ziemię. Wieże rozstawiono na długości 320 kilometrów w poprzek pół­nocnej części Ameryki. System GWEN stanowi część rządowego planu, mające­go na celu zagwarantowanie działania rządu w przypadku wojny nuklearnej. System wykorzystuje fale przyziemne bardzo niskiej częstotliwości (VLF) do przesyłania wiadomości. Każda wieża pobiera około 2000 watów mocy. Wysyłają one krótkie przekazy w regularnych interwałach; jeden z raportów, jakie widziałem, stwier­dzał, że co 20 minut, inny podawał, że co godzinę.

System GWEN budzi wiele kontrowersji. Obecnie istnieją przynajmniej 54 działające wieże tego typu, których koszt przekraczał 235 000 000 dolarów. Rząd


planuje budowę kolejnych 29 jednostek za cenę dodatkowych 11 000 000 dola­rów. Jednak to nie koszty systemu budzą najwięcej kontrowersji. Prawdziwe wąt­pliwości wzbudza to, czy promieniowanie elektromagnetyczne emitowane pod­czas transmisji wpływa negatywnie na ludzi i środowisko naturalne w pobliżu wież oraz do czego tak naprawdę mają być użyte te urządzenia.

Wygląda na to, że system GWEN, tak jak HAARP, zbudowano z jakiegoś inne­go powodu niż ten podawany publicznie. Nie wydaje się, żeby miał on wiele wspól­nego z łącznością w sytuacjach kryzysowych. Może jednak stanowić jakąś fanta-styczno-naukowąbroń elektromagnetyczną lub narzędzie kontrolowania pogody.

1 marca 1987 roku „New York Times" doniósł:

Pułkownik Paul Hanson, kierownik programu GWEN z ramienia sił powietrz­nych, oznajmił (...), że wieże nie pomogąw prowadzeniu wojny nuklearnej, po­nieważ ulegną zniszczeniu przy każdej przedłużającej się konfrontacji militarnej. Sprzęt systemu GWEN oparto na układach tranzystorowych, co oznacza, że na­wet jeśli umieści się go we wzmocnionych bunkrach, to i tak będzie wrażliwy na impulsy elektromagnetyczne lub eksplozje nuklearne. Ponadto detonacja bomby nuklearnej w pobliżu wieży GWEN wytworzyłaby silny podziemny impuls prze­chodzący przez urządzenia sieci, który mógłby znacząco obniżyć ich sprawność. Co więcej, lokalizacja wszystkich stacji GWEN jest powszechnie znana, co ozna­cza, że każdy, kto chciałby rozpocząć wojnę nuklearną, niewątpliwie znałby ich dokładne położenie i przypuszczalnie zrównałby je z ziemią w ramach pierwsze­go uderzenia. Rodzi to niepokojące przeczucie, że rząd znów szykuje coś, o czym nie chce powiadomić narodu".

Robert O. Becker, doktor medycyny, dwukrotnie nominowany do Nagrody Nobla za dokonania w dziedzinie biologicznych skutków elektromagnetyzmu, autor The Body Electric (Elektryczność ciała), w swojej książce Crosscurrents: The Perils ofElectropollution / The Promise of Electromedicine (Prądy skrzyżowane: niebezpieczeństwo skażenia elektrycznego a obietnice elektromedycyny) w ten sposób pisze o systemie GWEN:

GWEN, w połączeniu z rezonansem cyklotronowym, to doskonały system wytwarzania alteracji behawioralnych w cywilnej populacji. Średnia moc stabil­nego pola geomagnetycznego jest różna w różnych miejscach na terenie Stanów Zjednoczonych. Dlatego jeśli ktoś chciałby wzbudzić rezonans specyficznych jo­nów w określonych żywych istotach na określonym terenie, potrzebowałby spe­cyficznej częstotliwości dla tego miejsca. Rozmieszczenie nadajników GWEN na długości 320 kilometrów w poprzek Stanów Zjednoczonych pozwala na „dopaso­wywanie" takich specyficznych częstotliwości do mocy pola geomagnetycznego w każdym obszarze w zasięgu GWEN.

Wzbudzanie rezonansu jonów w żywym organizmie jest ideą szaloną, często jed­nak dyskutowaną w kręgach naukowych. Eksperymenty laboratoryjne wykazały, iż


znikomą ilość jakiejś substancji w żywym organizmie (porcję zbyt małą, żeby wywołać jakikolwiek skutek) można wzbudzić, poddając ją działaniu rezonansu elektromagnetycznego dzięki urządzeniu do tzw. rezonansu cyklotronowego, wy­wołując w ten sposób skutki takie, jakie dałaby tysiące razy większa dawka tej substancji. Naval Medical Research Center Stanów Zjednoczonych użyło zewnętrz­nych pól elektromagnetycznych do wpływania na procesy chemiczne w mózgach szczurów.

Badanie te mają wyraźnie militarne zastosowania. Możliwe jest rozprowa­dzenie na polu bitwy środka chemicznego w ilości znacznie mniejszej niż po­wszechnie akceptowane poziomy toksyczności, czy nawet wykrywalności, takich substancji. Następnie, używając tej techniki wzbudzania, można osiągnąć zabój­czy poziom toksyczności, zalewając pole bitwy promieniowaniem elektromagne­tycznym o odpowiedniej częstotliwości. Gdyby poziom zawartości toksycznego materiału na polu bitwy był na tyle niski, że nie uruchomiłby ostrzegawczych czujników wroga, jego wojska znalazłyby się na straconych pozycjach, nawet nie zdając sobie sprawy, że atak już się rozpoczął.

Technika ta umożliwiałaby obejście traktatów zakazujących stosowania bro­ni chemicznej. W pewnym dokumencie z 1982 roku, sporządzonym dla wojska przez Southwest Research Institute z San Antonio, w Teksasie, zatytułowanym Finał Report on Biotechnology Research Reąuirements for Aeronautical Systems Through the Year 2000 (Raport na rok 2000 w sprawie badań biotechnologicz­nych przydatnych przy opracowywaniu systemów aeronautycznych), sugerowano użycie takiej broni. Czy to możliwe, że zagadkowy „syndrom wojny w Zatoce" jest świadectwem wprowadzenia w życie tego pomysłu?

W „Defense News" w numerze z 13-19 kwietnia 1992 roku napisano, że Stany Zjednoczone podczas operacji „Pustynna Burza" użyły broni działającej na zasadzie impulsu elektromagnetycznego. Zaprojektowano ją tak, żeby naślado­wała wybuch elektryczności mający miejsce podczas eksplozji bomby nuklear­nej, tak zwany impuls elektromagnetyczny (EMP). Zgodnie z The Language of Nuclear War: An Intelligent Citizen 's Dictionary (Język wojny nuklearnej: Słow­nik inteligentnego obywatela, Harper & Row, 1987):

Impuls elektromagnetyczny (EMP) to fala promieniowania uwolniona tuż po eksplozji nuklearnej. EMP składa się z pól elektrycznego i magnetycznego roz­chodzących się z centrum wybuchu. Impuls elektromagnetyczny przepala obwo­dy elektroniczne, niszczy systemy łączności, komputery i inne nowoczesne narzę­dzia elektroniczne. Konsekwencje użycia tego impulsu są niewiadomą, ale niektórzy eksperci utrzymują, że EMP, uwolniony przez jedną dużą eksplozję nu­klearną nad centralną częścią Stanów Zjednoczonych, mógłby spowodować elek­tryczne „zaciemnienie" na terenie całego kraju. Co więcej, możliwe że EMP znisz­czyłby obwody w pociskach tak, że nie zdołałyby osiągnąć swoich celów. EMP odkryto po raz pierwszy podczas próby nuklearnej na Johnson Island w 1962 roku.


Z całą pewnością „syndrom wojny w Zatoce" może stanowić skutek uboczny zastosowania broni elektromagnetycznej podczas wojny w Zatoce Perskiej prze­ciwko Irakowi. Żołnierze amerykańscy musieli brać mnóstwo różnych zastrzy­ków i pigułek, zapobiegających skutkom ataków chemicznych i biologicznych. Rezonans cyklotronowy indukowany z pomocą tajnej broni elektroenergetycznej mógł zapoczątkować nieprzewidziane reakcje w tych wstrzykiwanych i połyka­nych substancjach.

Istnieje uzasadniony strach przed podobnymi szkodliwymi skutkami HAARP. Codziennie konsumujemy tysiące różnych chemikaliów w naszym pożywieniu i wdychamy je do płuc wraz z zanieczyszczonym powietrzem (sam dym papiero­sowy zawiera 600 różnych substancji chemicznych). Pierwsze oficjalne dokumenty dotyczące HAARP omawiały możliwość wykorzystania go do wytwarzania sztucz­nego impulsu elektromagnetycznego. Jeśli HAARP lub GWEN mogą powodo­wać pobudzanie substancji chemicznych w naszych organizmach, istnieje niebez­pieczeństwo, że nagle ludzie zaczną masowo umierać -brutalna kontrola populacji! Specjaliści usiłujący odgadnąć, czym naprawdę jest GWEN, zazwyczaj dochodzą do wniosku, że wieże mogą służyć jako jakaś odmiana stacji do kontrolowania pogody.

HAARP

Bernard J. Eastlund uzyskał pierwszy z trzech patentów 11 sierpnia 1987 roku, kiedy pracował dla zależnej od koncernu ARCO firmy APTI. Był to zaledwie pierwszy z 12 patentów, które naukowcy pracujący dla APTI mieli dostać w ciągu kilku następnych lat.

Oficjalnie HAARP rozpoczęto dwa lata później, 13 grudnia 1989 roku. Rano tego dnia w Instytucie Badawczym Marynarki Wojennej (ONR) w Waszyngtonie odbyło się spotkanie przedstawicieli Marynarki Wojennej i Sił Powietrznych. Opi­sywano je jako dyskusję na temat wspólnego przeprowadzenia programu DOD, obejmującego modyfikację jonosfery. Wojsko oraz dokumentacja HAARP poda­ją, że to na tym spotkaniu określono potrzebę stworzenia unikalnego obiektu do przeprowadzania „krytycznych eksperymentów" dotyczących potencjalnych jego zastosowań przez Departament Obrony.

Oficjalna wersja narodzin HAARP mówi też, że personel Marynarki Wojen­nej i Sił Powietrznych na przedpołudniowym spotkaniu w ONR zdecydował wpro­wadzić w projekt Agencję Zaawansowanych Projektów Obronnych (Defense Ad-vanced Research Projects Agency - DARPA). Jeszcze tego samego dnia przedstawiciele Marynarki Wojennej i Sił Powietrznych udali się do DARPA, aby przedstawić propozycję realizacji programu sponsorowanego przez Departament Obrony. Na tym drugim spotkaniu obecni byli także ludzie z Office of Defence Director of Research & Engineering (DDR&E).

Doprowadziło to do zorganizowania warsztatów na temat modyfikacji i pro­mieniowania, które odbyły się miesiąc później, od 9 do 11 stycznia 1990 roku

w NUSC. W zajęciach wzięli udział pracownicy wielu rządowych agencji i kilku uniwersytetów oraz przed­stawiciele sektora prywatnego. Jak oznajmiono, warsz­taty miały stanowić „okazję do przedstawienia potrzeb badawczych w dziedzinie modyfikacji jonosfery. Do­datkowo określono potencjalne zastosowania oraz omó­wiono charakterystykę nowego, unikalnego wielkoczę-stotliwościowego obiektu do ogrzewania atmosfery". Następne spotkanie przedstawicieli Marynarki Wojennej i Sił Powietrznych powietrznych odbyło się 24 stycznia 1990 roku w Geophysics Laboratory w ba-

zie sił powietrznych Hanscom. Jego celem było opracowanie planu realizacji „wy­łaniających się nowych celów Departamentu Obrony". 7 stycznia 1990 roku pi­semny opis planów i celów HAARP, zatytułowany Executive Summary, przedłożono personelowi Marynarki Wojennej, Sił Powietrznych i DARPA w celu koordynacji działań. Kolejne spotkanie z DDR&E w Instytucie Badawczym Ma­rynarki Wojennej odbyło się 12 lutego 1990 roku, zaprezentowano na nim plan HAARP i przedyskutowano jego wprowadzenie w życie.

W ciągu roku projekt przeszedł z desek kreślarskich do realizacji. W 1991 roku firmie ARCO Power Technologies (APTI) przyznano trzy kontrakty na roz­poczęcie studiów nad wykonalnością projektu. W 1992 roku podpisano główny kontrakt na konstrukcję obiektu - również z APTI.

Jednocześnie rozpoczęła się procedura opracowywania badań wpływu HAARP na środowisko naturalne (Environmental Impact Study). W lutym 1993 roku MITRĘ Corporation, organizacja typu non-profit, opracowała Environmental Im­pact Analysis Process #1, szkic badań wpływu HAARP na środowisko naturalne. Później, 14 maja 1993 roku ta sama organizacja przedstawiła raport Electroma-gnetic Interference Impact ofthe Proposed Emitters for the High Freąuency Acti-ve Auroral Research Program (HAARP). MITRĘ była również odpowiedzialna za drugą część Finał Environmental Impact Statement, opracowaną w lipcu 1993 roku.

Dokument Environmental Impact Statement został uzupełniony przez Agen­cję Ochrony Środowiska (Environmental Protection Agency) i ostateczne oświad­czenie w tej sprawie udostępniono publicznie 23 lipca 1993 roku. Oświadczenie to potwierdzono później tego samego roku, kiedy James F. Boatright, zastępca sekretarza Sił Powietrznych, opublikował oficjalny protokół dotyczący Finał Envi-ronmental Impact Study 18 października 1993 roku.

Na początku listopada 1993 roku Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych oświadczyły na konferencji prasowej, że głównym wykonawcą HAARP jest ARCO Power Technologies, Incorporated (dziś firma nazywa się Advanced Power Tech­nologies, Inc.), właściciel 12 patentów przyznanych Bernardowi Eastlundowi i in­nym naukowcom z APTI. Z czasem przeciwnicy HAARP odkryli, że APTI wy­mieniano w publikacji Dun & Bradstreet, Americas Corporate Families (1993, tom I, strona 156), jako firmę z prezesem w Los Angeles, w Kalifornii oraz CEO

z 25-osobowym personelem w Wa­szyngtonie. Podawano też, że ma ona roczna sprzedaż sięgającą 5 000 000 dolarów.

Doktor Nick Begich wykazał, że kontrakt na HAARP opiewał na sumę pięciokrotnie przewyższającą roczne obroty firmy. Zauważył też, że miało miejsce kilka wyjątków od normalnej procedury dla dostawców wojskowych. Jego zdaniem jest to dowód na to, że tylko APTI mogła poprowadzić ten projekt, ponieważ

posiadała prawo własności do koniecznych do konstrukcji danych, czyli patentów Eastlunda. Jest to istotne dla zrozumienia rządowego oszustwa w tej sprawie, jako że na wszystkich etapach realizacji HAARP rząd i naukowcy związani z pro­jektem zaprzeczają jakimkolwiek powiązaniom pomiędzy projektem „gwiezd­nych wojen" doktora Eastlunda oraz ich małym, pokojowym eksperymentem. Zwróćmy też uwagę na sprzeczność pomiędzy treścią opublikowanej przez Siły Powietrzne i Marynarkę Wojenną broszury, która stwierdza, iż APTI otrzymała kontrakt na HAARP w wyniku „przetargu na wykonanie projektu", oraz faktem, że tak naprawdę przyznano im specjalne przywileje i odstąpiono od normalnej procedury.

Budowa pierwszego prototypu w Gakona na Alasce rozpoczęła się pod ko­niec 1993 roku i zakończyła rok później. W tym czasie APTI zrezygnowała z kon­traktu i w tajemniczy sposób sprzedała go jednej z największych firm realizują­cych kontrakty dla wojska, E-Systems z Dallas w Teksasie. E-Systems rejestruje roczne obroty w wysokości prawie 2 000 000 000 dolarów i zatrudnia 18 000 pracowników. Również w 1994 roku Senat Stanów Zjednoczonych zamroził fi­nansowanie HAARP do chwili, aż projektanci położą większy nacisk na zastoso­wanie podziemnej tomografii dla celów ograniczenia proliferacji broni nuklear­nej. Pomimo zamrożenia funduszy przeprowadzono pierwszy etap testowania HAARP.

Rok później Raytheon wykupił E-Systems i wszystkie posiadane przez tę fir­mę patenty. Tego samego roku Kongres wydzieli