Tego filmu nie zobaczysz w kinie czy tv -ZSRR http://www.jurnaltv.ro/video/The_Soviet_Story_Povestea_sovietelor_incredibil

Oznakuj swe uczulenie :http://mymagicfairy.com/
AFERA MARSZAŁKOWA
ALEKSANDER ŚCIOS
AFERA „MARSZAŁKOWA" - 1 16 sierpnia 2008r.
Muszę zobaczyć aneks przed publikacją - oświadczył przed wieloma miesiącami Bronisław Komorowski, tuż po tym, jak Kancelaria Prezydenta poinformowała, że rozważa on ujawnienie aneksu do Raportu z weryfikacji WSI. Ciekawość pana Komorowskiego nie powinna raczej dziwić, jeśli pamięta się, że w samym Raporcie jego nazwisko wymienia się ponad 60 razy. Według ustawy likwidującej WSI, prezydent po zapoznaniu się z aneksem do raportu, przekazuje go marszałkom Sejmu i Senatu, przeprowadza z nimi konsultacje, a następnie decyduje o jego upublicznieniu w "Monitorze Polskim. Gdy w lutym tego roku, prezydent Kaczyński zaczął zastanawiać się celowością ujawnienia treści aneksu, doszedł do wniosku, że jeżeli panowie marszałkowie nie mają tu żadnych kompetencji, to niby dlaczego raport ma być im przesłany ?"
Te słowa wywołały natychmiastową reakcję Komorowskiego, który orzekł, że „ nie wyobraża sobie, że prezydent Lech Kaczyński nie zechce wykonać ustawy "
Troska pana marszałka o losy aneksu, powinna stać się przedmiotem szczegółowej analizy, której część chciałby tu przedstawić. W przedziwny, choć logiczny sposób, zainteresowanie Komorowskiego aneksem ma związek z przebiegiem, tzw. „afery aneksowej". Warto przedstawić pewną chronologię zdarzeń, by wykazać istnienie tego związku. Chcąc uniknąć zarzutu manipulacji, posłużę się w tym celu niemal wyłącznie cytatami z publikacji internetowych, unikając własnego komentarza.
Oto 14 października 2007r."Wprost" podał informację, że „w 2000 r. Wojskowe Służby Informacyjne inwigilowały posłów z sejmowej komisji obrony. Z naszych informacji wynika, że o sprawie mógł wiedzieć Bronisław Komorowski, ówczesny minister obrony narodowej, a dziś jeden z liderów PO. "
W sejmowej komisji MON zasiadali wówczas m.in. Jerzy Szmajdziński (SLD), Janusz Zemke (SLD), Janusz Onyszkiewicz (UW), Paweł Graś i Paweł Piskorski, wówczas posłowie niezrzeszeni. Szefem WSI był Tadeusz Rusak, a jego zastępcami Mariusz Marczewski i Kazimierz Mochol. Wszyscy, pytani o inwigilację przez WSI, zaprzeczają, by miała miejsce lub twierdzą, że nic im o tym nie wiadomo.
Fakt inwigilacji potwierdza natomiast Krzysztof Borowiak, ówczesny dyrektor Departamentu Nauki i Szkolnictwa Wojskowego MON. Jego zdaniem, zdobyte w czasie inwigilacji materiały mogły trafić do ówczesnego szefa MON Bronisława Komorowskiego. „Podczas rozmowy z szefem MON Bronisławem Komor owskim puścił mi on nagranie z poczty głosowej telefonu komórkowego Głowackiego. Było to moje nagranie na jego pocztę głosową. Minister zaprezentował mi je z komentarzem, że to dowód na moją nielojalność i brak możliwości dalszej współpracy. Ciekawe, skąd Komorowski wziął to nagranie" - mówi Borowiak.
Pod tekstem „Wprost" pojawił się wówczas bardzo ciekawy komentarz Romualda Szeremietiewa: „Bardzo mnie uciszyło zapewnienie Bronisława Komorowskiego, że nie stosował inwigilacji WSI wobec swoich wspólpracowników, gdy był ministrem ON. To oświadczenie pozostaje jednak w sprzeczności z tym, co mówił dla "Życia Warszawy"
(07.05.04.). Cytuje: " - Zleciłem WSI objęcie działaniami Zbigniewa F. (asystenta
wiceministra) i Romualda Sz. - mówi były szef MON Komorowski. " Przypomnę, Zbigniew
Farmus był członkiem Gabinetu Politycznego ministra ON i moim współpracownikiem. W
grudniu 2006 r. sąd uniewinnił F. od zarzutów łapownictwa. Ja (Romuald Sz.) w 2000 r.
byłem posłem i Sekretarzem Stanu Pierwszym Zastępca Ministra ON (czyli Komorowskiego) i
do dziś nie zostałem osądzony bowiem po paru latach procesu z powodów formalnych
okazało się, że będzie on podjęty ponownie i od początku. Ta czy inaczej jak przyznaję
Komorowski obu nas (F. i Sz.) jako szef MON "polecił" WSI. ???
18 październik 2007r. „Gazeta Polska" zamieszcza artykuł Leszka Misiaka pt. „Komorowski
i WSI", nawiązujący do publikacji „Wprost". W artykule czytamy m.in.o tajemniczym
przyjacielu Bronisława Komorowski ego, który w marcu 2004r. informował Leszka Misiaka o
wypadku samochodowym, jakiemu uległ syn Komorowskiego. Dziennikarz napisał:
„ W tamtym czasie nie wiedziałem kim jest ów informator, jego nazwisko nic mi nie mówiło.
Przedstawiał się jako lobbysta, mówił, że często bywa w Sejmie, kiedyś nawet spotkałem go
przed Sejmem. Prawie dwa lata później dowiedziałem się, że to pułkownik WSI, były szef
Zarządu I Szefostwa WSW Aleksander L.
Fragment z raportu o WSI dotyczącego inwigilacji prawicy: "K. ocenił, że kontakty por. P. z
politykami prawicy z lat 1991-1993 mogły być inspirowane przez wysokich rangą byłych
oficerów Szefostwa WSW: płk. Aleksandra L. (ostatniego szefa Zarządu I Szefostwa WSW)
oraz płk. Marka W. (ostatniego szefa Oddział II w Zarządzie III, a wcześniej szefa Oddziału
III w Zarządzie I Szefostwa WSW)93. ".
Jaki interes miał wysoki rangą oficer WSI, by występować jako rzecznik Bronisława
Komorowskiego? Co łączy czy łączyło obu panów? Czy była to znajomość prywatna czy też
miała inny charakter? Te pytania chcieliśmy zadać marszałkowi Komorowskiemu. "
Choć Misiak próbował wówczas uzyskać od Komorowskiego odpowiedzi na te pytania, nie
doczekał się żadnej reakcji.
Kilkanaście dni później - 27 października.2007r. „Wprost" powiadomił że „Aneks do
raportu komisji weryfikacyjnej Wojskowych Służb Informacyjnych trafił już do prezydenta",
informując również, że „na najbliższy poniedziałek przed komisję został wezwany były
minister obrony narodowej Bronisław Komorowski, obecnie jeden z liderów PO, kandydat
partii Donalda Tuska na marszałka Sejmu. Jego wezwanie ma związek z nielegalnymi
podsłuchami stosowanymi przez funkcjonariuszy WSI w latach 2000-2001. Komisja w
poniedziałek chce też wysłuchać byłego szefa WSI gen. Tadeusza Rusaka. "
W odpowiedzi na to doniesienie, Komorowski stwierdził „ że są to próby podważenia jego
wiarygodności. Nie tylko próbuje się stworzyć sprawę nieistniejącą, bo żadnej inwigilacji
opozycji, w czasach gdy ja byłem ministrem, w moim najgłębszym przekonaniu, nie było, ale
również próbuje się stworzyć wrażenie, że jest o co mnie przesłuchiwać".
„Nazwiska Komorowskiego, Onyszkiewicza, Kalisza, Szmajdzińskiego i Rusaka znajdują się
w aneksie do raportu o Wojskowych Służbach informacyjnych" - 30 pażdziernika.2007r.
napisała "Rzeczpospolita".
Antoni Macierewicz konieczność wysłuchania w/w osób uzasadnia następująco: „Ustalenia,
które są w aneksie do raportu o WSI, wymagają, aby ci panowie się do nich ustosunkowali.
Jeśli tego nie zrobią, to trudno, aneks i tak zostanie opublikowany". Macierewicz
przypomniał, że po opublikowaniu raportu z likwidacji WSI pojawiły się zarzuty, iż szereg
osób nie miało możliwości złożenia wyjaśnień, a gdyby ją miały, to "sprawy byłyby inaczej
opisane". Zaznaczył, że wszyscy wezwani przez komisję będą się mogli odnieść do
dokumentów i informacji, na podstawie których aneks został napisany. "Jeżeli ich wyjaśnienia
będą satysfakcjonujące, to ulegnie on zmianie, jeśli nie będą satysfakcjonujące, to na pewno
zostaną przytoczone, by czytelnik mógł skonfrontować obie strony" - zaznaczył Macierewicz.
Wezwania będą dotyczyły osób "rzeczywiście znanych", bo "aneks zajmuje się przede wszystkim odpowiedzialnością osób, mających związek z najważniejszymi prywatyzacjami, a czasem z tego wynikały niestety przestępstwa" - powiedział Antoni Macierewicz. Dodał, że aneks skupia się na problematyce gospodarczej. "Pokazuje, w jak dużym stopniu polska gospodarka została wygenerowana przez działania tajnych współpracowników służb wojskowych, dokonuje analizy składu władz największych przedsiębiorstw, pokazujemy w jak dużym stopniu były one zależne bądź od agentury sowieckiej, a także od nieprawidłowości przy FOZZ". "To jest szereg 'układów', które, poza działaniem agentury dawnych sowieckich służb wojskowych, łączą 2-3 centra, skupiające się wokół najważniejszych postaci ostatniego 16-lecia"
Następnego dnia, po ukazaniu się informacji o wezwaniu przed Komisję, Komorowski informuje media - „Pan Macierewicz powinien zniknąć ze swojej instytucji" , „ Kwestia odwołania ministra Macierewicza wydaje się być kwestią oczywistą" i oznajmia - „ Przyjdzie nowy minister, zostaną przeprowadzone zmiany personalne i jedną z pierwszych decyzji będzie odsunięcie pana Macierewicza od wpływów na tak newralgiczny obszar państwa „ Komorowski wyjaśnił, że komisja weryfikacyjna ds. WSI, która podlega Macierewiczowi, jego zdaniem "zachowuje się bardzo dziwnie". - Komisja próbuje wzywać na przesłuchania kandydata na marszałka Sejmu. Tu może chodzić o chęć zepsucia atmosfery i mojego wizerunku, a nie o dojście do prawdy - stwierdził.
W niedzielę, 18 listopada 2007r. „Dziennik" zamieszcza wypowiedź nowego szef MSWiA -„Schetyna nie wierzy w tłumaczenia": Zbadam kłamstwa o materiałach WSI „Nowy minister spraw wewnętrznych Grzegorz Schetyna nie wierzy, że dokumenty komisji weryfikacyjnej WSI zostały przeniesione z powodów organizacyjnych. "Te informacje są absurdalne i nieprawdziwe" - twierdzi Schetyna. "Będziemy tę sprawę wyjaśniać już od jutra" - "Ta sprawa zostanie gruntownie wyjaśniona i to w najbliższych dniach. Nie może tak być, że jesteśmy świadkami informacji, które w moim przekonaniu nie są prawdziwe i mają fałszować rzeczywistość" - mówił Schetyna."
19 listopada 2007r. Anna Marszałek z Dziennika w artykule „Nocne gry i zabawy polityków PIS" dzieli się z czytelnikami niezwykle emocjonalnymi uwagami:
„Takiego numeru jeszcze żadna odchodząca władza swoim następcom nie wycięła. Decyzja o skopiowaniu i wywiezieniu archiwów komisji weryfikującej żołnierzy zlikwidowanych Wojskowych Służb Informacyjnych oznacza, że przez następne lata czeka nas nieustanny wysyp "hakowych" informacji. (...) Skandalem jest, że jedna grupa polityczna bez żadnej kontroli buduje sobie "prywatne" archiwa do bezpardonowej walki politycznej z przeciwnikami. Skandalem jest, że uważa, iż ma do tego prawo, bo przegrała wybory, i w dodatku sądzi, że "przypadkowe społeczeństwo" zapewne się pomyliło i nie wie, co dla niego jest dobre. Kraj według PiS to "podwórko", na którym wygrywa ten, kto mściwiej rozliczy innych i ciężej obrazi. A cóż się do tego bardziej nadaje niż brudy z archiwów tajnych służb. Prawdziwości ich już nikt nie weryfikuje. Łatwość wrzucenia "pomyj" do mediów przez rządzących, oczywiście anonimowo, rozzuchwaliła polityków PiS. W opozycji mogłoby brakować tej amunicji, więc podjęto próbę okopania się na przyczółku Pałacu Prezydenckiego. Niedawno DZIENNIK ujawnił, że kopiowano akta ABW. Teraz, że wywieziono archiwum WSI. Czy politycy PiS nie zauważyli, że społeczeństwo w wyborach odrzuciło takie zabawy i zostali na podwórku sami?
Tego samego dnia - 19 listopada 2007 „Dziennik" przynosi „sensacyjną" informację, opatrzoną nagłówkiem -Każdy może kupić tajne dokumenty, pt. „Aneks do raportu o WSI na sprzedaż".
Dziennikarze gazety donoszą: „DZIENNIK zdobył kolejne potwierdzenie, że tajne archiwa WSI oraz dokumenty komisji weryfikacyjnej zostały skopiowane. Ale to jeszcze nie wszystko. Gazeta ustaliła, że aneks Antoniego Macierewicza do raportu o WSI można kupić na
czarnym rynku. Minister sprawiedliwości zapowiedział wyjaśnienie tej sprawy. "Mieliście rację. Skopiowano całość zgromadzonych przez komisję materiałów" - powiedział gazecie ekspert ds. służb pracujący dla koalicji PO - PSL. Sprawę bada już MON oraz sejmowa komisja ds. służb. Wczoraj DZIENNIK zdobył kolejne potwierdzenie prawdziwości tych informacji.
"Może to próba upublicznienia materiałów, co do których wątpliwości ma nawet prezydent" -spekuluje jeden z rozmówców DZIENNIKA. Zastrzeżenia do publikacji aneksu mają także politycy Platformy Obywatelskiej, którzy już pierwszy raport Macierewicza uważali za niewiarygodny."
Na tym zdarzeniu należałoby zakończyć pierwszą część zestawienia, by nie budować wpisu, który z uwagi na objętość, stanie się niestrawny i nieczytelny. W dalszej części, warto przyjrzeć się uważniej sprawie inwigilacji posłów z sejmowej komisji obrony, z roku 2000 i człowiekowi, który, podobnie jak Romuald Szeremietiew, stał się ofiarą działań pana Komorowskiego. Niewykluczone, że zeznania tego człowieka, złożone przed Komisją Weryfikacyjną WSI, dały początek rozpętaniu tzw. „afery aneksowej".
Źródła:
http://www.wprost.pl/ar/1 15649/WSI-inwigilowaly-poslow/
http://wiadomosci.wp.pl/kat ,1342,wid,9631868,wiadomosc.html?ticaid=1 6701
http://www.gazetapolska.pl/?module=messages&message_id=260\
http://www.wprost.pl/ar/116552/Nowy-raport-o-WSI-u-prezydenta-Komorowski-wezwany-
przed-komisje/
http://www.rp.pl/artykul/65922.html
http://www.wprost.pl/ar/1 15687/Tasmy-Rusaka/?I=1295
http://www.dziennik.pl/polityka/article73 819/Schetyna_Zbadam_klamstwa_o_materialach_W
SI.html
http://www.dziennik.pl/opinie/article83170/Marszalek_Nocne_gry_i_zabawy_politykow_PiS.
html
http://www.dziennik.pl/polityka/article76428/ Aneks_do_raportu_o_WSI_na_sprzedaz.html
CZY PUŁKOWNIK ROZKAZUJE MARSZAŁKOWI?
PYTANIA PRZED ANEKSEM
KTO GROZI PALUCHEM MARSZAŁKOWI KOMOROWSKIEMU?
PYTAJCIE KOMOROWSKIEGO!
AFERA „MARSZAŁKÓWA" - 2
By móc ocenić rolę Bronisława Komorowskiego w tzw. „aferze aneksowej" trzeba cofnąć się do lat 2000-2001. Wydaje się, że w tym właśnie czasie mogły mieć miejsce zdarzenia, których konsekwencji pan Komorowski obawiał się, od chwili wezwania przez Komisję Weryfikacyjną WSI .
Tygodnik „Wprost", informując w październiku ubiegłego roku o wezwaniu Komorowskiego przez Komisję twierdził, że wezwanie to ma związek ze sprawą nielegalnych podsłuchów, stosowanych przez funkcjonariuszy WSI w latach 2000-2001, gdy obecny marszałek był
ministrem obrony narodowej. Jak wiemy - Komorowski nie stanął przed Komisją i zeznań nie złożył. Powodem wezwania miały być nowe ustalenia Komisji i zeznania byłego współpracownika Komorowskiego, z okresu szefowania MON.
W artykule „WSI inwigilowały posłów", dziennikarze Wprost informują o zeznaniach Krzysztofa Borowiaka, ówczesnego dyrektora Departamentu Nauki i Szkolnictwa Wojskowego MON, który miał powiedzieć - „ Doszło do przedziwnej sytuacji. Podczas rozmowy z szefem MON Bronisławem Komorowskim puścił mi on nagranie z poczty głosowej telefonu komórkowego Głowackiego. Było to moje nagranie na jego pocztę głosową. Minister zaprezentował mi je z komentarzem, że to dowód na moją nielojalność i brak możliwości dalszej współpracy. Ciekawe, skąd Komorowski wziął to nagranie ".
Warto bliżej przyjrzeć się postaci byłego dyrektora departamentu i roli, jaką odegrał Komorowski w pozbyciu się Borowiaka z MON.
Krzysztof Borowiak, po wygraniu w maju 2000r. konkursu organizowanego przez Urząd Służby Cywilnej, został cywilnym dyrektorem Departamentu Nauki i Szkolnictwa Wojskowego MON. Sam Borowiak tak w roku 2001 opisywał stan owego Departamentu, w momencie objęcia stanowiska - „Nie było pomieszczeń, nie było żadnego sprzętu biurowego, ani jednego komputera czy telefonu, za to byli już przyjęci przez kogoś prawie wszyscy pracownicy cywilni. Do dzisiaj nie wiem, przez kogo przyjęci, domyślam się, że przyjął ich gen. B. Smólski - radca ministra, swego czasu dyrektor departamentu w pionie zakupów sprzętu dla wojska, za nieprawidłowości usunięty ze stanowiska (była w tej sprawie kontrola NIK), "w nagrodę " mianowany przez min. Onyszkiewicza na zajmowane do dziś stanowisko i utrzymany na tym stanowisku przez min. Komorowskiego. Otóż gen. Smólski "szykował się" na moje stanowisko (już chyba pełnił nawet obowiązki dyrektora "mego" departamentu) i on chyba przyjął tych cywilów: żadna z tych osób nigdy nie miała nic wspólnego ani ze szkolnictwem, ani z nauką wojskową.
Pomimo wielu trudności ze strony min.Komorowskiego, który dążył do likwidacji tego Departamentu, udało się Borowiakowi przygotować program restrukturyzacji szkolnictwa wojskowego. Tak o tym mówi Borowiak: ,J\4ówiąc skrótowo, uważaliśmy, że resortu nie stać na utrzymywanie więcej niż jednej wyższej uczelni wojskowej (obecnie jest ich osiem!): Uniwersytetu Obrony Narodowej. Protestowaliśmy też przeciwko "prywatyzacji" Wojskowej Akademii Technicznej i żerowaniu na jej majątku Szkoły Wyższej Warszawskiej czy innych tworów ("Naukowy Park Technologiczny na Bemowie"). Wskazywaliśmy również na nieekonomiczną i nieracjonalną lokalizację Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Lądowych we Wrocławiu, zamiast w lepiej do tego predestynowanym Poznaniu. Minister Komorowski był głuchy na nasze argumenty, nie chciał ich wysłuchiwać, jak już powiedziałem: ignorował nasz departament."
Borowiak zaproponował połączenie WAM, WAT i AON w jeden Uniwersytet Obrony Narodowej z wydziałami: lekarskim, technicznym i strategiczno-obronnym. Z trzech Wyższych Szkół Oficerskich wojsk lądowych powinna, według tej koncepcji pozostać szkoła w Poznaniu, m.in. z uwagi na niższe o 20 proc. koszty kształcenia niż we Wrocławiu. 05 lutego 2001 Komorowski odwołał Borowiaka ze stanowiska, argumentując swoją decyzję „ciężkim naruszeniem podstawowych obowiązków pracowniczych", twierdząc, że „swoim działaniem dyrektor Borowiak nie tylko zmierzał do podważenia autorytetu kierownictwa resortu, złamał również zasadę apolityczności wiążącą członków korpusu Służby Cywilnej ". W opinii Borowiaka, jego zwolnienie miało związek z programem restrukturyzacji szkolnictwa wojskowego, który w istotny sposób naruszał dotychczasowe status quo. Wyżsi oficerowie WP, wykorzystujący struktury szkolnictwa do robienia własnych interesów, byli zdecydowanymi przeciwnikami reform, proponowanych przez Borowiaka. W piśmie Borowiaka z 23.07.2001r., skierowanym do posła Bogdana Lewandowskiego, który pytał w interpelacji o przyczyny odwołania dyrektora Departamentu, znajdujemy następujące
zdania: „Minister Komorowski posunął się w walce z naszym departamentem tak daleko, że dysponował nagraniem rozmowy z mego telefonu komórkowego do Przewodniczącego Sejmowej Komisji Obrony Narodowej posła Głowackiego, który wobec świadków zaprzeczył jakoby przekazywał to nagranie min. Komorowskiemu. Nagranie to z nieukrywaną satysfakcją prezentował mi min. Komorowski na przełomie roku 2000/2001 stawiając przede mną alternatywę: albo sam się zwolnię, albo zostanie wszczęte przeciwko mnie postępowanie dyscyplinarne."
Jeśli „Wprost" powoływało się w artykule na powyższe oświadczenie Borowiaka, to niestety, nie mogłoby ono posłużyć do wykazania, że Komorowski korzystał z podsłuchów WSI. Tak się, bowiem składa, że w artykule Marka Henzlera w nr. 11/2001 (2289) tygodnika „Polityka", sam Borowiak tłumaczy fakt posiadania nagrania rozmowy telefonicznej przez Komorowskiego w następujący sposób:
„W końcu grudnia „Rzeczpospolita" w artykule „Podchorąży nie zdąży" przytoczyła słowa ministra Komorowskiego, który posłom z komisji obrony powiedział, iż dziś czterech nauczycieli przypada na jednego słuchacza szkoły wojskowej, a nakłady na jego kształcenie w ciągu roku są sześciokrotnie wyższe niż na studenta cywilnej uczelni. Minister zapowiedział, iż z ośmiu szkół niebawem pozostanie pięć.
- Kiedy to przeczytałem, zadzwoniłem do przewodniczącego komisji posła Stanisława Głowackiego z AWS. Włączyła się poczta głosowa w jego telefonie komórkowym. Powiedziałem, że minister mija się z prawdą, bo aż tak źle nie jest i jeśli posłowie chcą znać prawdę, to na posiedzenie powinni zaprosić przedstawiciela merytorycznego departamentu! Do głowy mi nie przyszło, że poseł Głowacki poleci z tym nagraniem do ministra, a ten przegra to sobie na kasetę magnetofonową. "
Jeśli rzeczywiście, Borowiak tak wyjaśniał posiadanie nagrania przez Komorowskiego, wyklucza to wersję korzystania z podsłuchu, choć w niczym nie zmienia faktu, że przyczyny zwolnienia dyrektora były mocno naciągane. Potwierdził to zresztą Sąd Okręgowy w Warszawie, orzekając prawomocnie ( po 4 latach), że nie istniały żadne podstawy do zwolnienia Borowiaka na podstawie art. 52 Kodeksu pracy.
W tym samym niemal czasie, Komorowski pozbył się z MON ministra Szeremietiewa i Zbigniewa Farmusa. Podobieństwo tych spraw polega głównie na tym, że były to decyzje personalne podjęte na korzyść ówczesnego układu, jaki stworzyli w wojsku wyżsi oficerowie i służyły obronie ich interesów. Trzeba przypomnieć, że wkrótce po usunięciu z MON Krzysztofa Borowiaka w budynkach Wojskowej Akademii Technicznej rozpoczęła działalność prywatna Szkoła Wyższa Warszawska, założona przez Fundację Rozwoju Edukacji i Techniki, która okazała się biznesem kierowanym przez oficerów WSI. O interesach WSI na majątku WAT jest mowa w Raporcie z Weryfikacji WSI w rozdziale10. „Działalność oficerów WSI w Wojskowej Akademii Technicznej".
Ostatecznie w 2001 r. nie doszło do zaplanowanych zmian w szkolnictwie wojskowym ani do rozstrzygnięcia przetargu na samolot wielozadaniowy, którym zajmował się Szeremietiew. W przypadku Krzysztofa Borowiaka istnieje jednak jeszcze inna okoliczność, związana z jego działalnością opozycyjną w latach 80 -tych. W roku 2003 Borowiak, mający statut pokrzywdzonego, otrzymał z IPN informacje, zawierające dane identyfikacyjne funkcjonariuszy PRL- owskich służb, zajmujących się „zbieraniem i ocenianiem danych o pokrzywdzonym". Bezpieka interesowała się Borowiakiem, w związku z jego działalnością w poznańskim klubie krótkofalowców polskich (SPDXClub). Jak sam pisze „w 1985 roku ("za działalność na szkodę socjalistycznego krótkofalarstwa" - cytat z oficjalnego uzasadnienia) utraciłem na kilka lat licencję krótkofalowca. "
Z danych IPN wynika, że Borowiakiem interesowało się szczególnie poznańskie WSW. Wśród udostępnionych przez Instytut nazwisk, znajdujemy następujących oficerów WSW : mjr. Janusz Klemecki - szef Wydziału III Oddziału WSW w Poznaniu, Mirosław Witwicki -
szef Wydziału II Oddziału IV Zarządu WSW Wojsk Lotniczych w Poznaniu, Wiesław Gajowniczek - z Wydziału III WSW w Poznaniu.
Nie jestem w stanie ocenić, czy ta okoliczność może mieć związek z późniejszą sytuacją Borowiaka, jako dyrektora Departamentu MON i grą, jaką wobec niego zastosowano, by pozbawić go stanowiska. Nie można jednak wykluczyć, że oficerowie WSW zajmujący się „sprawą Borowiaka" w latach 80-tych, nadal służyli w WSI w roku 2000, a wówczas mogli mieć wpływ na pozbycie się z MON niewygodnego człowieka. Być może, poza pomysłami reform szkolnictwa wojskowego, WSI upatrywało zagrożeń dla swoich interesów również w wiedzy, jaką mógł posiadać sam Borowiak.
W świetle wskazanych powyżej faktów, trudno jednak upatrywać w osobie Krzysztofa Borowiaka tego, którego zeznania mogły mieć związek, z wezwaniem Komorowskiego przed Komisję Weryfikacyjną. Jeśli bowiem podstawą oskarżeń, o korzystanie przez ówczesnego ministra ON z podsłuchu WSI miałyby być cytowane powyżej słowa Borowiaka, to wyjaśnienia, jakich udziela sam zainteresowany w publikacji „Polityki", przeczą wersji o podsłuchu - przynajmniej w kwestii nagrania rozmowy z posłem Głowackim. Należałoby, zatem przyjrzeć się innym współpracownikom Bronisława Komorowskiego, którzy mogli posiadać informacje, związane z inwigilacją posłów przez WSI lub dysponują wiedzą o zdarzeniach niekorzystnych dla obecnego marszałka sejmu.
Jedna cecha wydaje się szczególnie charakterystyczna, gdy spojrzy się na dobór współpracowników Komorowskiego. W większości są to oficerowie, WP, z przeszłością zawodową sięgającą czasów PRL-u. Wśród współpracowników znajdziemy np.: płk dr inż. Zdzisława Kurzyńskiego - dawnego pracownika Departamentu Stosunków Społecznych MON, czy majora Jerzego Smolińskiego - obecnego rzecznika prasowego Komorowskiego. W latach 80 -tych, ówczesny ppor, mgr Jerzy Smoliński był opiekunem i wykładowcą w Liceum Lotniczym w Poznaniu.
Do lutego 2001 r. major Smoliński pełnił obowiązki rzecznika prasowego komendanta Wyższej Szkoły Oficerskiej w Poznaniu, skąd został powołany na zastępcę dyrektora Biura Prasy i Informacji MON i stał się rzecznikiem ówczesnego ministra Komorowskiego. Po odejściu Komorowskiego z MON, Smoliński pracował na stanowisku zastępcy dyrektora ds programowych ośrodka TVP 3 w Poznaniu, by tuż po wygranych przez PO wyborach powrócić na stanowisko rzecznika prasowego marszałka Komorowskiego. Major Smoliński udziela się też społecznie i działa np. w Stowarzyszeniu Współpracy Polska-Wschód jako przedstawiciel tzw. Klubu Absolwentów Uczelni Zagranicznych. To ciekawe stowarzyszenie, w którego władzach zasiada Longin Pastusiak, służy : „Budowaniu i rozwijaniu dobrosąsiedzkich stosunków, przyjaźni i współpracy między społeczeństwami polski i państwami za wschodnią granicą.'" i zajmuje się tak cennymi inicjatywami jak organizowaniem spotkań z „ Konsulem Handlowym Ambasady Socjalistycznej Republiki Wietnamu - Nguyen Van Thiem oraz Prezesem firmy ASG-P - dr Hoang Manh Hue. " lub organizowaniem seminarium „Nowe możliwości białorusko-polskiej współpracy gospodarczej " .
Jednak w roku 2001 współpracownikami pana Komorowskiego nie byli wyłącznie dawni oficerowie LWP. Swoich współpracowników, Komorowski znajdował również wśród ludzi związanych z PO, a wcześniej ze Stronnictwem Konserwatywno-Ludowym. Jeśli do tego, byli członkami Ligi Rzecznej i Morskiej, której Komorowski jest prezesem - mogli liczyć na bliższą znajomość z obecnym marszałkiem.
Takim właśnie korzystnym „pochodzeniem" mógł się poszczycić Krzysztof Bucholski, który w roku 2001 był szefem parlamentarnej kampanii Komorowskiego. Kilka lat później, został powołany na stanowisko wiceprezesa Agencji Mienia Wojskowego, z którą rozstał się w bardzo burzliwych okolicznościach. To już jednak zupełnie inna i długa historia, do której powrócę w następnym wpisie.
Źródła:
http://www.wprost.pl/ar/1 15649/WSI-inwigilowaly-poslow/
http://krzysztof.borowiak.pl/replika.html
http://krzysztof.borowiak.pl/Komor.htm
http://krzysztof.borowiak.pl/artykul%20Polityka%203.html
http://www.raport-wsi.info/str. 132
http://krzysztof.borowiak.pl/IPN.pdf
http ://www. swpw.org/index.htm
"FLANCOWANY" MARSZAŁEK
AFERA „MARSZAŁKÓWA" - 3
W lipcu ubiegłego roku, Romuald Szeremietiew wspomniał na swoim blogu o słowach Bronisława Komorowskiego, wypowiedzianych w radiowej „Trójce", że „to on złapał Farmusa", a więc zarzut o odpowiedzialności ministra za działania podwładnych jest nietrafiony. Szeremietiew przypomniał wówczas dawną rozmowę z Komorowskim : „po zatrzymaniu Farmusa (lipiec 2001) zapytałem dlaczego coś takiego zrobił, on odparł: „przysięgam na głowy moich dzieci, że nie miałem z tym wszystkim nic wspólnego". Gdy prasa doniosła, że samochód potracił syna Komorowskiego, który w ciężkim stanie znalazł się w szpitalu, przypomniałem sobie tamte słowa Komorowskiego. " - pisał Szeremietiew. Wynika z tej historii, że pan Komorowski ma słabą pamięć lub skomentuje swoje znajomości podobnie, jak tę z Aleksandrem Lichockim, - „Nie znam takiego przypadku, żeby ktoś potwierdził, że znał i się przyjaźnił z tego rodzaju postaciami. ".
Mam jednak nadzieję, że są ludzie, których Komorowski nie zapomina i do tych osób należy Krzysztof Bucholski. Nie wiem, od jakiego czasu datuje się znajomość obu panów, lecz jest faktem, że już w roku 2001 Bucholski był szefem kampanii parlamentarnej polityka PO i, sądząc po wyniku wyborczym Komorowskiego, dobrze wypełnił swoje zadanie. Być może zbliżyła ich pasja żeglarska, gdyż wspólnie działali w Lidze Morskiej i Rzecznej, której Komorowski jest prezesem. Sądzę, że była to bliska znajomość, skoro panowie korzystali nawet z usług tej samej agencji interaktywnej Weber Interactive Poland, zajmującej się „budową oraz sprawowaniem opieki nad wizerunkiem w Internecie".
Faktem jest również, że w późniejszych latach Bucholski był radnym PO w warszawskiej Białołęce, a następnie objął intratne stanowisko szefa warszawskiego oddziału Agencji Mienia Wojskowego. I byłoby to zapewne początek dobrze zapowiadającej się kariery młodego działacza, gdyby nie przerwała jej sprawa sprzedaży gruntów Wojskowego Instytutu Medycznego. O aferze, związanej z wyprowadzeniem przez byłych ministrów MON Onyszkiewicza i Komorowskiego, atrakcyjnego gruntu z terenu Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie, do firmy Lilianny Wej chert (byłej żony współwłaściciela ITI) obszernie informowała prasa, a jako pierwsza doniosła o tym „Gazeta Polska", w artykule „Klinika pod specjalnym nadzorem".
Znajdujemy tam następujące twierdzenia: „w wyprowadzeniu gruntu do Euro-Medicalu brał udział jego[Komorowskiego] zaufany człowiek, wieloletni pracownik Agencji Mienia Wojskowego Krzysztof B. - szef kampanii Komorowskiego do parlamentu w 2001. Według dokumentów, do których dotarła „ GP", B. przejmował w imieniu AMW działkę przy ul.
Szaserów w Warszawie od Stołecznego Zarządu Infrastruktury MON. Kilkanaście dni temu B. został aresztowany przez funkcjonariuszy Centralnego Biura Śledczego pod zarzutem korupcji oraz działania w zorganizowanej grupie przestępczej. Zarzucanych czynów miał się dopuścić właśnie podczas pracy w Agencji Mienia Wojskowego, gdzie pełnił funkcję szefa oddziału warszawskiego AMW, a potem wiceprezesa agencji. "
Na uwagę zasługuje fakt, że w sprawę przekazania gruntów byli zaangażowani wysocy urzędnicy z Kancelarii Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego oraz Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Mieli przekonywać komendanta Centralnego Szpitala Klinicznego Wojskowej Akademii Medycznej przy ul. Szaserów w Warszawie prof. płk Eugeniusza Dziuka by, nie stawiał przeszkód w wydzieleniu gruntu szpitala dla spółki Euro-Medical. Szefem BBN był w tym czasie gen. Marek Dukaczewski .
Nie będę opisywał kulisów tej sprawy, bo zainteresowani mogą bez problemu znaleźć informacje na jej temat. Jak większość tego typu „afer", również ta nie doczekała się ustalenia, co łączyło z nią Bronisława Komorowskiego. Co prawda, w marcu 2007r. posłowie PIS-u: Jędrzej Jędrych i Tomasz Markowski wezwali ówczesnego wicemarszałka Sejmu, aby dobrowolnie udał się do Centralnego Biura Antykorupcyjnego i złożył tam wyjaśnienia w sprawie nieprawidłowości przy sprzedaży gruntów, ale nikt nie słyszał, by pan marszałek uległ takim niecnym namowom. Co ciekawe, nic też nie słychać, by Komorowski zrealizował swoją zapowiedź z 08 marca 2007r - wystąpienia z pozwem przeciwko posłowi PiS Jędrzejowi Jędrychowi. Powodem takiej reakcji, miały być formułowane przez posła PIS-u oskarżenia o "wyprowadzenie" przez Komorowskiego gruntów MON. Jędrnych miał również sugerować, że Komorowski był sterowany przez WSI.
Sam Komorowski tłumaczył, że decyzję „o przekazaniu AMW gruntu należącego do szpitala podjął minister Onyszkiewicz. Przyznał, że do niego zwrócono się z prośbą o unieważnienie decyzji Onyszkiewicza, natomiast "unieważnienie decyzji ministra obrony narodowej przez jego następcę musi mieć jakieś twarde podstawy".
Choć nazwisko Krzysztofa Bucholskiego pojawia się w sprawie nieprawidłowości przy przekazaniu gruntów AMW, nie ona stała się bezpośrednim powodem aresztowania współpracownika Komorowskiego.
Bucholski został zatrzymany przez CBA w lutym 2007r. W tej samej sprawie zatrzymano 17 osób: urzędników AMW i przedsiębiorców. Głównie pracowników firmy Sitex będącej częścią międzynarodowej grupy z branży ochroniarskiej. „Zdaniem śledczych biznesmeni korumpowali urzędników, by dostawać kontrakty na ochronę obiektów wojskowych. Urzędnicy mieli się połakomić na gotówkę - od 500 do 10 tysięcy złotych, obiady, pożyczanie samochodu, raz wyjazd do Niemiec, a także rejs do Szwecji. Wszyscy otrzymali zarzut udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, a Bucholski ponadto o jej kierowanie. Nikt z pracowników AMW nie przyznał się do winy. " W areszcie Bucholski spędził pół roku. I oto w lutym 2008r ukazał się w Rzeczpospolitej artykuł zatytułowany „Agenci pytali o marszałka". Autor - Michał Stankiewicz informował, że podczas pobytu w areszcie Bucholski miał mieć wizytę dwóch agentów CBA, którzy wypytywali go o nazwiska „polityków, z którymi współpracował". Obiecywano mu, że jeśli je wymieni „wtedy zostanę wypuszczony z aresztu, a tak posiedzę sobie parę lat i zmądrzeję - opowiadał Bucholski. Jego zdaniem agentom chodziło o obecnego marszałka Sejmu. - Okazało się, że z rozmowy z CBA nie powstał żaden protokół. Mój adwokat wysłał skargę do prokuratury, że nie został o tym powiadomiony, a także do rzecznika praw obywatelskich - mówił Bucholski. Z artykułu wynika, że również innemu z zatrzymanych w tej sprawie Pawłowi J., pracownikowi warszawskiego oddziału AMW, prokurator miał proponować zwolnienie z aresztu, w zamian za informacje m.in. o Komorowskim lub Ottonie Cymermanie (obecnym szefie rady nadzorczej AMW). - Informacje miały dotyczyć tego, kto komu ile dał i za co oraz kto jest z kim powiązany - opisuje Paweł J.
Prokuratura i CBA zaprzeczały tym relacjom, a rzecznik Prokuratury Okręgowej w
Warszawie stwierdził, że w protokołach przesłuchania nie ma mowy o Komorowskim. Z
kolei CBA potwierdza, że jego oficerowie odwiedzili w areszcie Bucholskiego, lecz nie
rozmawiano o Komorowskim.
Autor artykułu twierdzi, że dotarł do „pisma, jakie w styczniu 2007 roku ówczesny szef
Kancelarii Prezydenta Aleksander Szczygło wysłał do Radosława Sikorskiego, szefa MON.
Powodem korespondencji był anonim sugerujący przestępczą działalność płk. Henryka D.,
szefa warszawskiego oddziału AMW, który kilka tygodni później stał się jednym z
podejrzanych. W piśmie pojawia się też informacja, że Henryk D. znalazł pracę - cyt. „z
poręczenia pana posła Komorowskiego z PO, pan Bucholski też z PO ". Sikorski nie zdążył
odpisać, bo kilka dni później jego miejsce zajął Szczygło, a dwa tygodnie później Bucholski
już był aresztowany."
Płk. Henryk D to postać znana. Przez lata był logistykiem w 3. Warszawskiej Brygadzie
Rakietowej. W 2002 r., po 26 latach służby, Odszedł z wojska, oskarżony przez prokuraturę
wojskową o korupcję, jaka miała miejsce w jednostce wojskowej na Bemowie. Zatrudnienie
znalazł natychmiast w Agencji Mienia Wojskowego, na stanowisku zastępcy Krzysztofa
Bucholskiego.
Co na rewelacje „Rzeczpospolitej" mówił wówczas Bronisław Komorowski?
- Dochodziły mnie informacje, że trwa polityczne polowanie i poszukiwanie czegoś, co by
dało możliwość skompromitowania mnie. - Gdyby to zostało potwierdzone, to byłby sygnał,
że działania służb specjalnych były upolitycznione. Bo jeśli ktoś mógł liczyć na łaskawość czy
wypuszczenie go po zeznaniu na czyjąś niekorzyść, to byłby to właśnie klasyczny areszt
wydobywczy - ocenił informacje zawarte w artykule.
Przypomnę jedynie dla porządku, że publikacja „Rzeczpospolitej" miała miejsce 04 lutego br.
Czy wolno kojarzyć ją z wcześniejszymi informacjami o zamiarze przesłuchania
Komorowskiego przez Komisję Weryfikacyjną i późniejszą o ponad miesiąc publikacją
„Dziennika" - „Kto gra aneksem Macierewicza"? Czy tego typu skojarzenia są uprawnione,
jeśli pamięta się, Komorowski - zacięty wróg likwidacji WSI twierdził w lutym br., „muszę
zobaczyć aneks przed publikacją" ?
Ponieważ nie wierzę, by data publikacji „Rzeczpospolitej" i jej temat był dziełem przypadku,
warto może postawić sobie pytania o związek, tych z pozoru odległych spraw.
Nic nie wiemy o zachowaniu Krzysztofa Bucholskiego w areszcie, ani faktycznych
przyczynach jego zwolnienia. Został aresztowany i wypuszczony w czasie, gdy rządził PIS, a
Komisja Weryfikacyjna prowadziła normalną działalność. Jest bez wątpienia człowiekiem,
który może posiadać dużą wiedzę o powiązaniach i działaniach Komorowskiego z okresu
jego szefowania MON. Przypomnę, że to w tym czasie miała miejsce kombinacja operacyjna
przeciwko Szeremietiewowi i Farmusowi, w tym czasie pozbyto się Krzysztofa Borowiaka i
w tym czasie, pojawiły się zarzuty o inwigilację przez WSI członków sejmowej komisji
obrony. Czy Bucholski mógł posiadać wiedzę na te tematy?
Można jedynie podejrzewać, że związki tych dwóch ludzi wykraczały poza relacje
zwierzchnik - podwładny, a Komorowski był „promotorem" kariery młodego działacza PO.
Czemu mogło służyć ujawnienie w lutym 2008r. informacji o rzekomych naciskach, jakie
funkcjonariusze CBA mieli wywierać na Bucholskiego? Nie sądzę, by był to element walki z
samym CBA, skoro nic nie wiadomo o zarzutach wobec kierownictwa tej służby, a przecież
ten rząd nie zrezygnowałby z idealnej wprost okazji, by pozbyć się Mariusza Kamińskiego.
Czy był to sygnał skierowany w stronę PIS-u, informacja - ostrzeżenie, że „ my wiemy o tym,
co wy wiecie" a sytuacja może się wkrótce odwrócić?
Przed ponad tygodniem, Wojciech Wybranowski tak napisał o marszałku Komorowskim w
świetnym tekście „Nakarmiliśmy bestię" :
„Był w stanie również tym bardziej w obecnym układzie rządzącym doprowadzić do czasowego zablokowania i spowolnienia prac Komisji Weryfikacyjnej WSI w momencie, gdy został wezwany na jej przesłuchanie. A tym bardziej był w stanie doprowadzić do zajęcia dokumentów Komisji Weryfikacyjnej i przeszukań w domach jej członków niedługo po tym , gdy okazało się, że przed Komisją stanął i złożył mocno obciążające owego polityka zeznania, jego dawny współpracownik. "
Co prawda Wojciech Czuchnowski z „Gazety Wyborczej" twierdził w październiku 2007 roku, że Komisja Weryfikacyjna dysponuje zeznaniami Krzysztofa Borowiaka i one to miały stanowić podstawę wezwania Komorowskiego, lecz - jak wykazałem to w poprzednim wpisie - AFERA „MARSZAŁKÓWA" - 2 wartość tych zeznań musiałaby być niewielka, zważywszy na wyjaśnienia, jakich w nr. 11/2001 (2289) tygodnika „Polityka" udzielił sam Borowiak
Warto natomiast zwrócić uwagę, że 4 lutego 2008r.( a zatem w tym samym dniu, gdy ukazała się publikacja „Rzeczpospolitej") tygodnik „Wprost" poinformował, że przed Komisją weryfikacyjną WSI chciałby stanąć były szef kolegium IPN, dr Andrzej Grajewski, którego nazwisko pojawiło się w Raporcie z weryfikacji. Osoba pana Grajewskiego jest o tyle istotna w kontekście spraw związanych z Komorowskim, że to właśnie na prośbę tego ostatniego, w 1992r wiceministra MON, Grajewski podjął się opracowywania na rzecz WSI analiz na temat zewnętrznych zagrożeń państwa. Jak wynika z Raportu z weryfikacji, oficerowie WSI zamierzali wykorzystać Grajewskiego także do typowania i werbunku dziennikarzy, ale jak sam mówi - choć wówczas było to legalne - nigdy takich działań nie podejmował. Pytania są zasadne, jeśli pamięta się, że próbę aresztowania Wojciecha Sumlińskiego, nie przypadkiem nazywano „aresztem wydobywczym", a w wywiadzie dla Radia Zet z 16 maja br. Komorowski tak skomentował pytanie dziennikarza o dowody przeciwko Sumlińskiemu : „No więc szukamy dowodów, prawda, ABW szuka dowodów. Tylko dowodem może być albo przyznanie się kogoś do winy, albo inna forma potwierdzenia kontaktu, na przykład między tymi panem L., Aleksandrem L., czy panem S., a kimś z Komisji Weryfikacyjnej. To ma ABW sprawdzić."
Jestem przekonany, że momentem kluczowym dla oceny tzw. „afery aneksowej" będzie fakt wezwania Bronisława Komorowskiego przez Komisję Weryfikacyjną WSI. Jeśli tym, co już napisałem, zdołałem zainspirować kogoś do własnej analizy, byłby to efekt pożądany i ,przyznaję - zamierzony. Jak rzeczywiście mogła wyglądać reakcja marszałka na zagrożenie, wynikające z zamiarów Komisji i czym był informacyjny szum, towarzyszący pierwszym sygnałom o rzekomych „przeciekach" postaram się napisać w kolejnej części.
Źródła:
http://szeremietiew.blox.pl/2007/07/Szosta-rocznica-czy-to-egoizm.html
http://www.polskieradio.pl/trojka/salon/default.aspx?id=50326
http ://www. gazetapolska.pl/?module=content&lead_id= 1945
http://serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34397,3969378.html
http://wyborcza.pl/1,76842,3971136.html
http://www.rp.pl/artykul/89193.html
http://serwisy.gazeta.pl/kraj/1,69906,4620332.html
http://wybranowski.salon24.pl/88296,index.html
http://www.wprost.pl/ar/122985/Grajewski-chce-stanac-przed-komisja-weryfikacyjna-WSI/
http://www.radiozet.pl/Programy/ProgramSzczegoly.aspx? AudycjaId=960&PageIndex=3
AFERA „MARSZAŁKÓWA" - 4
„J.K. „Dlaczego pan Komorowski tak strasznie obawiał się pytań przed swoim wyborem na marszałka Sejmu. To dziwna sytuacja, takie pytania zawsze zadawano.
Ł. W. Czemu miał się ich bać?
J.K. Bał się pytań dla siebie bardzo kłopotliwych, takich, które być może mogłyby nawet
postawić jego wybór pod znakiem zapytania.
Ł. W. Proszę teraz zadać te pytania.
J.K. Nie będę ich teraz zadawał, ale zapewniam pana, że one zadane zostaną. Dotyczą
bardzo konkretnych spraw.
Ł. W. Jakie go typu?
J.K. Chodzi o sprawy, które w większości wypadków były opisywane w prasie. Dotyczyły
decyzji, podejmowanych przez Bronisława Komorowskiego w okresie, gdy był ministrem
obrony, przysparzających pewnym bardzo ważnym ludziom czy ich rodzinom różnych
wartości. Te decyzje w świetle prawa, a z całą pewnością w świetle dobrych obyczajów, były
nieuzasadnione. Były też inne kwestie, o których nie mogę tutaj mówić. I dziwi mnie, że
media się tym kompletnie nie zajęły. Nie zaczęły drążyć, pytać.
Ł. W. Ja dopytuję, a pan nie przedstawia żadnego konkretu.
J.K. Pan się dopytuje, bo ja zacząłem o tym mówić. Sam pan tego pytania nie zadał. Poza
tym - wszystko w swoim czasie. Zadanie tych pytań to niekoniecznie moja rola. "
To fragment wywiadu, jakiego premier Jarosław Kaczyński udzielił Łukaszowi Warzesze z
„Faktu" w dniu 7 listopada 2007r. Być może dziś, po wielu miesiącach sprawowania rządu
przez koalicję PO-PSL, Kaczyński jest już mniej zdziwiony postawą dziennikarzy wobec
spraw, związanych z Bronisławem Komorowskim.
W pierwszej części wpisu „AFERA „MARSZAŁKÓWA" przedstawiłem chronologicznie
zdarzenia z jesieni ubiegłego roku, na podstawie medialnych publikacji. Pomiędzy 27
października 2007r., gdy „Wprost" podało informację o wezwaniu Komorowskiego przez
Komisję Weryfikacyjną WSI, a 19 listopada, gdy „Dziennik" opublikował sensacyjny artykuł
Anny Marszałek, opatrzony nagłówkiem -Każdy może kupić tajne dokumenty, pt. „Aneks do
raportu o WSI na sprzedaż".
Wiemy, że w tym mniej więcej czasie, Bronisław Komorowski spotkał się z Aleksandrem
Lichockim. Jeśli wierzyć słowom Komorowskiego, trzeba przyjąć, że do spotkania doszło po
dniu 5 listopada, 2007r., czyli po dacie wyboru Komorowego na marszałka sejmu VI
kadencji. Sam, bowiem marszałek pytany o powód wizyty pułkownika WSW, stwierdził:
„Ja myślę, że prozaiczna sprawa - po pierwsze sądził, że ja jestem zainteresowany, bo jak pan
Antoni Macierewicz publicznie mówił... moje nazwisko jest wymieniane w jego Aneksie
tajnym, a po drugie nastąpiła zmiana władzy, ja już byłem marszałkiem Sejmu, więc mógł
sądzić, że się „przeflancuję", mówiąc takim językiem polityczno-ogrodniczym, na nową
grządkę, na nowy układ sił politycznych".
Jeśli tak byłoby rzeczywiście, trzeba stwierdzić, że płk. Aleksander Lichocki - szef PRL-
owskiego kontrwywiadu wojskowego jest kompletnym ignorantem, a i sam Komorowski
okazał wprost zadziwiającą niefrasobliwość, godząc się na spotkanie z pułkownikiem.
Dlaczego?
Dlatego, że 18 października 2007r. „Gazeta Polska" zamieściła artykuł Leszka Misiaka pt.
„Komorowski i WSI", nawiązujący do wcześniejszej publikacji „Wprost". Misiak ujawnił w
nim fakt wieloletniej znajomości Komorowskiego z Lichockim i zakończył swój artykuł
zadając intrygujące pytania:
„Jaki interes miał wysoki rangą oficer WSI, by występować jako rzecznik Bronisława
Komorowskiego? Co łączy czy łączyło obu panów? Czy była to znajomość prywatna czy też
miała inny charakter? Te pytania chcieliśmy zadać marszałkowi Komorowskiemu.
Niestety, nie znalazł czasu, by porozmawiać z "GP", jego asystent kilkakrotnie przekładał termin wywiadu. Asystent marszałka odesłał nas do sekretariatu Bronisława Komorowskiego w Sejmie. Sekretarka zapisała mój numer telefonu i powiedziała, że połączy mnie, gdy marszałek skończy spotkanie. Nie połączyła. Więc zadaję te pytania publicznie."
Wynika stąd, że Komorowski przed spotkaniem z Lichockim wiedział już, że tą znajomością interesują się dziennikarze, wiedział, że zadają w tej sprawie pytania, a mimo to, zdecydował się przyjąć Lichockiego w swoim biurze poselskim. Również Lichocki miał świadomość, że jego związki z Komorowskim zostały ujawnione i stanowią przedmiot dziennikarskiego zainteresowania, a jednak waży się na spotkanie z marszałkiem w miejscu publicznym.
Zadziwiająca niefrasobliwość, wprost nieprawdopodobna u oficera kontrwywiadu i doświadczonego polityka, na którego media poszukują „haka" Mało tego - Lichocki, po publikacji „Gazety Polskiej" przychodzi do Komorowskiego „z dosyć dziwną taką ofertą, którą trudno nazwać korupcyjną, ale niewątpliwie sugerował możliwość uzyskania przeze mnie wglądu w Aneks do raportu o likwidacji WSI, " - jak twierdzi sam marszałek sejmu. Powiem wprost - wydaje się mało prawdopodobne, by w tych okolicznościach i w tym właśnie czasie doszło do spotkania według scenariusza, jaki przedstawił mediom Komorowski. Nie posądzę nigdy płk. Lichockiego o podobną lekkomyślność, ani pana marszałka o tak jawną ignorancję.
Chyba, że przyjmiemy, że panowie musieli się spotkać, a ich spotkanie, odnotowane przez „Wprost" było jednym z wielu już odbytych. Jeśli do tej aktywności, wielce lekkomyślnej, zmusiła ich publikacja „Gazety Polskiej", byłaby to logiczna i uprawniona reakcja. Załóżmy, więc nieco poprawioną wersję zdarzeń.
Na długo przed wyborem Komorowskiego na marszałka sejmu, pojawiają się wobec niego zarzuty o udział w aferach, z czasów, gdy był ministrem obrony narodowej, w których pojawiają się ludzie Wojskowych Służb Informacyjnych. Poseł Komorowski wydaje się łatwym obiektem do mocnego i celnego ataku.
Należy przypuszczać, że mają w tym udział politycy PIS-u i ludzie służb, lojalni wobec ustępującej ekipy rządowej. Efektem tych działań są m.in. publikacje prasowe, jak te z 14 października 2007r we „Wprost", na temat inwigilacji posłów z sejmowej komisji obrony, w czasie, gdy Komorowski był ministrem ON, czy z 27 października.2007r o wezwaniu Komorowskiego przed Komisję, a wreszcie z 18 października, o związkach Komorowskiego z WSI i Lichockim. Do wściekłości doprowadza polityków PO i ich przyjaciół ze środowiska WSI fakt „sprzątnięcia sprzed nosa" archiwum Komisji i przeniesienia jej siedziby do BBN -u. Trzeba zwrócić uwagę, jakiż żal przebija z publikacji „Dziennika" z początków grudnia 2007r. - „Jednego dnia zabrakło, by premier Donald Tusk i wicepremier Grzegorz Schetyna mogli przeczytać aneks do raportu o weryfikacji Wojskowych Służb Informacyjnych. Jest to o tyle ciekawe, że w aneksie, według prasowych przecieków, mają być opisani politycy Platformy, tacy jak: Bronisław Komorowski, Radosław Sikorski czy Grzegorz Schetyna. Jednak 15 listopada, dzień przed objęciem władzy przez Tuska, dokumenty zostały zwrócone przez kancelarię premiera do szefa komisji weryfikacyjnej WSI. Aneks ma w tej chwili tylko prezydent i od prawie półtora miesiąca nie podjął decyzji, kiedy go ujawni. " 6 listopada, ten sam „Dziennik" wyraźnie sygnalizuje, jakie obawy żywią ludzie Platformy, przy czym można już zauważyć dziennikarską retorykę, wyraźnie inspirowaną przez służby: „ Według informatora DZIENNIKA, który widział dokument, liczy on co najmniej kilkaset stron. Politycy Platformy, z którymi rozmawialiśmy, spodziewają się, że aneks będzie wymierzony w ich partię i zostanie opublikowany przed powołaniem rządu Donalda Tuska. "Spodziewamy się, że w raporcie padną nazwiska Bronisława Komorowskiego, Grzegorza
Schetyny i Radka Sikorskiego. Czy będą bomby? Gdyby mieli bomby, to zrzuciliby je na nas w
kampanii wyborczej" - opowiada rozmówca DZIENNIKA z Platformy."
Komorowski wie, że musi podjąć kontrakcję lub obciążające go materiały mogą zostać
ujawnione. Ma dwa wyjścia: dowiedzieć się, co znajduje się w aneksie i jaką wiedzą na jego
temat dysponuje Komisja Weryfikacyjna lub nie dopuścić do publikacji dokumentu,
skompromitować pracę Komisji i wyprzedzić ewentualny atak na swoją osobę. Oba można
połączyć w skomplikowaną, lecz w przypadku powodzenia, niezwykle skuteczną kombinację
operacyjną. Lichocki wydaje się człowiekiem idealnym do jej zainicjowania. Ma pełne
zaufanie Komorowskiego, z którym łączy go wieloletnia, zażyła znajomość i bardzo dobre
kontakty z wieloma dziennikarzami, szczególnie związanymi z prasą „prawicową", dla
których stanowi wiarygodne źródło informacji. Oni zaś i ich kontakty, mogą się okazać
pomocne w uzyskaniu wiedzy o aneksie.
Poprzez swoje znajomości Lichocki ma się zorientować, czy istnieją jakiekolwiek szanse na
poznanie treści aneksu, a szczególnie fragmentów dotyczących Komorowskiego oraz jaką
wiedzą dysponują weryfikatorzy z Komisji. Jeśli takie możliwości będą, Lichocki ma zdobyć
aneks lub go kupić. Sądzę, że tę misję Lichocki wypełnia na długo, przed wyborem
Komorowskiego na stanowisko marszałka sejmu.
Groźną dla obu zapowiedzią zbliżających się kłopotów jest publikacja „Gazety Polskiej",
która ujawnia, że Komorowskiego łączy z Lichockim długoletnia znajomość. Dziennikarze
próbują pytać Komorowskiego o jej kulisy. Na razie można ich pytania zignorować, lecz co
będzie, gdy zaczną się ponawiać, a sprawa zostanie nagłośniona?
Panowie muszą, zatem spotkać się jak najszybciej i być może jedno z tych spotkań jest
przedmiotem informacji, opublikowanej przez Wprost w czerwcu br. Prawdopodobnie tylko
tej wyjątkowej okoliczności, zawdzięczamy, że dochodzi do jawnego spotkania w biurze
poselskim Komorowskiego i wiedza o nim dociera później do opinii publicznej.
Powstała sytuacja może zagrozić interesom obu zainteresowanym - Lichockiemu, który
działa wśród dziennikarzy, jako wiarygodne źródło informacji i szuka możliwości dotarcia do
aneksu i Komorowskiemu, którego kompromitacja tuż po wyborze na marszałka sejmu,
byłaby ogromnym ciosem dla PO i wspierającego rząd układu WSI. Istnieje również realna
możliwość, że prezydent będzie chciał ujawnić aneks do Raportu, a zapowiedź wezwania
przed oblicze Komisji oznacza, że znajdują się w nim mocne dowody obciążające.
Wbrew oficjalnej propagandzie, „na rynku" brak jest przecieków, o czym Komorowski i
Lichocki doskonale wiedzą, a medialne spekulacje opierają się wyłącznie na plotkach
pochodzących od przesłuchiwanych przez Komisję żołnierzy WSI. Przeprowadzona w
ostatniej chwili „ucieczka" Olszewskiego do BBN-u i udane „sprzątnięcie" sprzed nosa
jedynego egzemplarza aneksu z Kancelarii Rady Ministrów, sprawiają, że politycy Platformy
i ich agenturalne zaplecze nie ma realnych możliwości na poznanie treści dokumentu.
Warto spojrzeć z tej perspektywy na reakcje polityków PO z listopada ubiegłego roku. Oni
wiedzą, czemu przypisać „ucieczkę z archiwum", nie potrafią jednak znaleźć punktu
zaczepienia. Oto 18 listopada „Dziennik" donosi:
„Nowy minister spraw wewnętrznych Grzegorz Schetyna nie wierzy, że dokumenty komisji
weryfikacyjnej WSI zostały przeniesione z powodów organizacyjnych. "Te informacje są
absurdalne i nieprawdziwe" - twierdzi Schetyna. "Będziemy tę sprawę wyjaśniać już od jutra"
- zapowiedział w TVN24. Szef MSWiA nie daje wiary w wyjaśnienia polityków Prawa i
Sprawiedliwości, że przewiezienie dokumentów, o którym w sobotę pisał DZIENNIK, było
zgodne z prawem i nie ma w tym niczego nadzwyczajnego. "Informacje, że to chodzi o
organizacyjne zmiany i udostępnienie lokali dla komisji weryfikacyjnej WSI w Kancelarii
Prezydenta czy BBN, są absurdalne " - oskarżał Grzegorz Schetyna.
Gdyby było inaczej i PO miała dostęp do treści aneksu, cała kombinacja operacyjna, związana
z Komisją Weryfikacyjną byłaby zbyteczna. Dysponując dokumentem Platforma i podległe
jej media potrafiłyby wykorzystać każde, zawarte w nim zdanie przeciwko politycznym przeciwnikom, inicjując odpowiednie „przecieki" i gry operacyjne. „Zabezpieczono" by wszystkie osoby, których nazwiska pojawiają się w dokumencie i odpowiednio ukierunkowano informacje medialne, tak by uprzedzić reakcje społeczeństwa na publikacje dokumentu.
Aneks utajniony u prezydenta, lecz jawny dla Platformy - byłby „bronią" bezużyteczną. Gdyby nawet prezydent go opublikował, łatwo można wyobrazić sobie, z jakim odbiorem społecznym należałoby się liczyć, gdyby środowisko PO znało wcześniej jego ustalenia Temu właśnie celowi - poznaniu treści tajnego dokumentu miał służyć pierwotny pomysł Platformy - wymiany 12 członków Komisji Weryfikacyjnej, mianowanych przez premiera. Sam tytuł publikacji „Dziennika" z 18 listopada 2007r. nie pozostawia wątpliwości -Platforma dobierze się do archiwum WSI. Znajdujemy tam jednoznaczną zapowiedź posła Grasia: „Pó7 komisji weryfikacyjnej Wojskowych Służb Informacyjnych idzie do wymiany", "W tym tygodniu zbadamy, na jakim etapie są prace komisji i jak długo potrzebuje czasu do ich zakończenia. Niewątpliwe jest, ie 12 członków <premierowskich> zostanie zmienionych" - tłumaczy Paweł Graś, minister z kancelarii premiera.
Jeśli zrezygnowano z tego pomysłu, wolno przypuszczać, że powodem była już prowadzona i coraz lepiej rokująca kombinacja operacyjna skierowana przeciwko Komisji. Być może też, informacje pochodzące od Lichockiego sugerowały, że aneks jest na tyle mocno zabezpieczony przed ujawnieniem, że nawet wymiana członków Komisji nie przybliży możliwości poznania treści dokumentu. Trzeba pamiętać, że sam aneks znajdował się wówczas u prezydenta, a Komisja Weryfikacyjna mogła prowadzić prace w sprawach zupełnie różnych, od tych, które poruszono w zamkniętym już aneksie. Jeśli pomysł porzucono, oznacza to, że wkrótce po dacie zapowiedzi Grasia zaszły na tyle istotne zmiany sytuacji, że zdecydowano się na uderzenie w Komisję, skompromitowanie jej i sparaliżowanie prac. Posyłanie tam własnych ludzi, czyli uwiarygodnianie prac Komisji, byłoby w tej sytuacji absurdalne.
Niewykluczone, że decydujące znaczenie miała świadomość, że Lichocki nie jest w stanie zdobyć dostępu do aneksu, zatem należy przejść do drugiego etapu kombinacji. Czego potrzebowano, by skutecznie przeprowadzić dalszą akcję?
„Odzyskanych" służb, dyspozycyjnych dziennikarzy i oficjalnego „przykrycia" kombinacji. Nie przypadkiem, więc największe znaczenie od początków rządów położono na natychmiastowe i gruntowne „czystki" w służbach specjalnych, w szczególności ABW i SKW. Nie przypadkiem do akcji zaangażowano „Dziennik" i „Gazetę Wyborczą", jako media „rozprowadzające" akcję, a rolę wiodącą powierzono, sprawdzonej już w takich sytuacjach Annie Marszałek.
Domyślam się, że pewnych problemów mogło nastręczać „przykrycie" kombinacji, czyli jej legalizacja - tak, by efekty można było przełożyć na sytuacje procesowe. O tym, że problemy takie mogły zaistnieć, świadczą różniące się znacząco wersje zdarzeń, odnośnie powodów wszczęcia śledztwa w sprawie rzekomej korupcji lub „przecieków", podmiotów ( w tym „Gazety Wyborczej"), które miały złożyć zawiadomienie czy liczby miejsc (11), w których dokonano przeszukań w dniu 15 maja br.
Te tematy - dość obszerne, warto już jednak poruszyć w dalszej części. Tym bardziej, że rola dziennikarzy w samej kombinacji, ale też ich obecne zachowanie, warte jest dokładnej analizy. Warto, bowiem pamiętać, że płk. Lichocki był człowiekiem doskonale znanym w środowisku dziennikarskim i z „usług" byłego oficera WSW korzystano zapewne często i chętnie. W momencie, gdy jego rola została zakończona i „wystawiono" go, (niczym płk. Pietruszkę, w sprawie zabójstwa ks. Jerzego) na ludzi, kontaktujących się z Lichockim padł strach. Trwa zresztą do dziś i jest dodatkową „zdobyczą" kombinacji operacyjnej. Ten strach trzyma dziś w szachu znaczącą część środowiska medialnego.
Nie mam też najmniejszej wątpliwości, że płk. Lichocki jest tzw.„oficerem pod przykryciem", a zwolnienie ze służby w roku 1991 było jedynie konieczną formalnością. Zakres jego kontaktów i środowisk, w których się obracał przez następne lata, mogą dawać pewne pojęcie o faktycznej roli i zadaniach, jakie wypełniał Lichocki.
Na koniec tego wpisu, wszystkim tym, którzy nadal żywią przekonanie, tak mocno ugruntowane przez dyspozycyjnych dziennikarzy „Dziennika" i „Gazety Wyborczej" o rzekomych „przeciekach" treści aneksu i nieudolności weryfikatorów Macierewicza, dedykuję słowa premiera Jana Olszewskiego, wypowiedziane w dniu 30 maja br. podczas obrad sejmowej Komisja Sprawiedliwości i Praw Człowieka:
„Otóż ja wszystkim tym osobom i czynnikom, które od wielu miesięcy starannie i gorliwie zabiegają, żeby dowiedzieć się czegoś o treści aneksu do raportu komisji weryfikacyjnej, który w tej chwili spoczywa na biurku pana prezydenta, który jest jedynym uprawnionym do nadania temu dokumentowi klauzuli jawności, chcę oświadczyć, że dopóki nie będzie decyzji prezydenta, nikt z państwa i nikt z czynników zainteresowanych nie dowie się na temat ani jednego zdania, które jest w tym aneksie. Ja za to odpowiadam i ja za to daję słowo - słowo przeciwko słowu".
Źródła:
http://www.dziennik.pl/polityka/article57662/Kaczynski_Nie_przewyzszymy_PO_w_knajack
ich_atakach.html
http://prawica.net/node/8928
http ://www. polski eradio. pl/j edynka/sy gnalydnia/artykul 15339. html
http://www.dziennik.pl/polityka/article96073/PiS_ukryl_przed_Tuskiem_aneks_Macierewicz
a. html
http://www.dziennik.pl/polityka/article57248/Prezydent_ma_aneks_do_raportu_o_WSI.htmlh
ttp://www.dziennik.pl/polityka/article73819/Schetyna_Zbadam_klamstwa_o_materialach_W
SI.html
http://www.dziennik.pl/polityka/article76279/Platforma_dobierze_sie_do_archiwum_WSI.ht
ml
http://www.rp.pl/artykul/155269.html
http://orka.sejm.gov.pl/Biuletyn.nsf/0/1DB1C4F5CE68F4C5C1257471003E66E6?OpenDocu
ment
AFERA „MARSZAŁKÓWA" - 5
Pisząc o faktycznej AFERZE „MARSZALKOWEJ" nie sposób przemilczeć roli, jaką odegrały w niej media, a w szczególności kilku zasłużonych dla sprawy dziennikarzy. Nie byłoby możliwe, przeprowadzenie przez ludzi służb specjalnych tej kombinacji operacyjnej, gdyby nie zaangażowano w nią mediów i nie przydzielono im bardzo precyzyjnych zadań. To temat niezwykle obszerny, w którym pojawia się wiele osób i wątków, nie zawsze istotnych. Ponieważ nie chciałbym nadużywać cierpliwości osób czytających te teksty, dlatego świadomie zrezygnuję z przedstawiania szczegółowego zestawienia wszystkich publikacji prasowych „Dziennika" i „Gazety Wyborczej", które w okresie od października 2007 do maja 2008 dotyczyły rzekomej „afery aneksowej" oraz zajmowania się mniej istotnymi wątkami tych publikacji.
Piszę rzekomej, gdyż w moim głębokim przekonaniu nigdy nie było żadnych nieprawidłowości związanych z aneksem do raportu z weryfikacji WSI, które uprawniałyby to traktowania tej sprawy w kategorii afery. Ogromnym zwycięstwem fałszu nad rzeczywistością i emocji nad rozumem było zaistnienie w świadomości odbiorców określenia „afera aneksowa". Wiele wysiłku funkcjonariuszy medialnych, dziennikarzy „kapturowo" inspirowanych i pospolitych, „użytecznych" poszło na to, by określenie to zagościło w świadomości Polaków. Jest ono jednym z elementów kampanii dezinformacji, jakiej nasze społeczeństwo jest poddawane od wielu miesięcy.
W powszechnym odczuciu, za pierwszy sygnał, związany z rzekomym handlem aneksem uznaje się artykuł Anny Marszałek z 19 listopada 2007r. pt. „Aneks do raportu o WSI na sprzedaż". Artykuł opatrzony jest nagłówkiem - „Każdy może kupić tajne dokumenty". Gdy jednak bliżej przyjrzeć się publikacjom „Dziennika" z tego okresu, można z łatwością zauważyć, że sygnały o rzekomych przeciekach z aneksu pojawiały się już wcześniej. I tak, 6 listopada Michał Majewski i Paweł Reszka z „Dziennika" w artykule „Prezydent ma aneks do raportu o WSI" informują m.in. - „Aneks jest obszerny. Według informatora DZIENNIKA, który widział dokument, liczy on co najmniej kilkaset stron. "
Na blogu Sylwestra Latkowskiego, Anna Marszałek potwierdza, że wiedza dziennikarzy „Dziennika" na temat aneksu pochodziła od informatorów - „ Znamy nazwiska konkretnych ludzi, którzy zdobyli rozdziały aneksu do raportu o WSI na swój temat. Informacja z listopada była prawdziwa i nie miała nic wspólnego z Lichockim, o którego działaniach wówczas nie wiedzieliśmy."
A jednak w artykule z 19 listopada 2007r.Anna Marszałek nie pisze „o ludziach, którzy zdobyli rozdziały aneksu do raportu", a stwierdza jakoby „Gazeta ustaliła, że aneks Antoniego Macierewicza do raportu o WSI można kupić na czarnym rynku. " Choć o tej sprawie traktuje tytuł i nadtytuł artykułu Marszałek, nie znajdziemy w nim ani jednego słowa więcej, na temat rzekomego handlu aneksem. Jest tylko to jedno, jedyne zdanie.
Wiele miesięcy później pani Marszałek uchyliła nam rąbka swojego warsztatu, gdy na blogu Latkowskiego oświadczyła: „Po pierwsze dotarliśmy do niektórych z tych osób. To prawda, że żadna z nich nie pokazała nam dokumentu, ale też ryzyko dla nich byłoby zbyt duże, bo zdobyły tę wiedzę nielegalnie — dokument jest przecież ciągle tajny. Jedna z tych osób twierdziła, że przeczytała tekst w formie elektronicznej, inna, że widziała wydruk, ale tylko przerzuciła całość, a przeczytała rozdział o sobie. Odpytaliśmy ich dokładnie z treści i formy tego dokumentu (układu strony, rozdziałów itp.). Mając te informacje, skonfrontowaliśmy to z członkami komisji weryfikacyjnej, którzy potwierdzili nam prawdziwość informacji. Ponadto informacje te niezależnie od siebie sprawdzało kilku dziennikarzy, nie tylko Robert Zieliński i ja."
Nie będę „dzielił włosa na czworo" i roztrząsał, skąd i od kogo Marszałek miała te informacje i dlaczego nie ujawniła wówczas niczego z treści aneksu? Zakładam, że ta pani nie powie nam całej prawdy, a o treści aneksu tak wówczas jak i teraz nie wie nic. Warto byłoby natomiast zadać pani Marszałek pytanie - od jakiego czasu zna Aleksandra Lichockiego, a także czy pisząc swój artykuł nie słyszała nic o publikacji „Gazety Polskiej" z 18 października 2007r. pt. „Komorowski i WSI", w której ujawniono kontakty płk. Lichockiego z Bronisławem Komorowskim?
Ponieważ o dziennikarskiej nierzetelności pani Marszałek pisano już wiele i wielokrotnie dowiodły jej również wyroki sądowe, uniewinniające bohaterów jej „afer", nie będę rozwodził się nad tym przypadkiem. Dość powiedzieć, że ten przykład, gdy jednym zdaniem ( bez uzasadnienia, rozwinięcia i wskazania podstaw) buduje się mit o „handlu aneksem" dyskwalifikuje twórczość pani Marszałek. Nie jest to już dziennikarstwo. Tak buduje się
dezinformacyjne donosy, w oparciu o deklaratywne, werbalne kłamstwa. Nie sposób, zatem traktować pisania pani Marszałek w kategoriach poważnego dziennikarstwa. O wiele ważniejsza wydaje się odpowiedź na pytanie - po co ten artykuł został opublikowany, jaki był cel tej denuncjacji?
Pewną wskazówkę daje nam sama Marszałek w swojej publicystyce, właśnie z dnia 19 listopada 2007r., zatytułowanej „Nocne gry i zabawy polityków Pis". Tu już nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z człowiekiem głęboko zaangażowanym emocjonalnie w konkretnej, politycznej sprawie. Ten tekst mógł napisać tylko ktoś, kto ma bardzo jednoznaczny, jednowymiarowy stosunek do rzeczywistości. To polityczna agitka, nacechowana retoryką właściwą dla ludzi Platformy.
Ale znajdujemy w nim również akcenty niepokojące - „ Kiedy w 1992 r. po ujawnieniu przez Antoniego Macierewicza listy tajnych agentów SB odwołano rząd Jana Olszewskiego, czasu było mało, a i technika była gorsza. Nie udało się skserować tego, na czym zafascynowanym tajnymi służbami, kwitami i teczkami politykom zależało. Teraz czasu było więcej, a operację przeprowadzono prawie perfekcyjnie. " (...) „Łatwość wrzucenia "pomyj" do mediów przez rządzących, oczywiście anonimowo, rozzuchwaliła polityków PiS. W opozycji mogłoby brakować tej amunicji, więc podjęto próbę okopania się na przyczółku Pałacu Prezydenckiego. Niedawno DZIENNIK ujawnił, że kopiowano akta ABW. Teraz, że wywieziono archiwum WSI. Czy politycy PiS nie zauważyli, że społeczeństwo w wyborach odrzuciło takie zabawy i zostali na podwórku sami? "
To nie są słowa dziennikarza. Tak myślą, tak formułują zarzuty, takimi skrótami posługują się ludzie PRL-owskich służb. Zachęcam wszystkich do przeczytania tego artykułu, do jego dokładnej analizy, do rzetelnej oceny - jako niezwykłego wprost przykładu „twórczości" sprzecznej ze wszystkimi standardami dziennikarskiej etyki. Jeśli ktoś ma wątpliwości, jakim językiem napisany jest artykuł, zachęcam do odwiedzenia takich stron w Internecie jak np. Instytutu Bezpieczeństwa TARCZA, Związku Byłych Funkcjonariuszy Służb Ochrony Państwa, PROMILITO, czy Militarna Polska, gdzie zamieszczane są często autentyczne opinie, ludzi komunistycznych służb.
Jak wskazuje zawartość artykułu Anny Marszałek „Aneks do raportu o WSI na sprzedaż" nie było żadnych podstaw, by dziennikarka mogła wówczas twierdzić, jakoby „ raport o WSI można kupić na czarnym rynku". Przynajmniej, nie znajdziemy ich w samym artykule. Dlaczego więc tak napisano?
To twierdzenie staje się bardziej czytelne, gdy przyjmiemy, że w tym czasie Aleksander Lichocki wypełniał już swoje zadanie zdobycia aneksu lub uzyskania dostępu do ludzi Komisji Weryfikacyjnej. Jak napisałem w części 4 AFERY „MARSZAŁKOWEJ", wbrew oficjalnej propagandzie, „na rynku" brak było przecieków, o czym Komorowski i Lichocki doskonale wiedzieli, a medialne spekulacje opierały się wyłącznie na plotkach pochodzących od przesłuchiwanych przez Komisję żołnierzy WSI. Być może już w połowie listopada 2007 roku było oczywiste, że nie da się uzyskać dostępu do aneksu, ani żadnego wpływu na jego treść. Równie bezowocne, mogły okazać się próby uzyskania informacji od ludzi z Komisji Weryfikacyjnej. Przypomnę, że ujawniony w listopadzie ub.r. pomysł wymiany 12 członków komisji na ludzi premiera Tuska, nie został zrealizowany i nigdy już do tego tematu nie powrócono. Skoro nie można było aneksu „odzyskać" trzeba było go „zniszczyć". W tej sytuacji należało przejść do drugiego etapu kombinacji operacyjnej i wykazać, że aneks jest dokumentem bezwartościowym i niewiarygodnym, że istnieją „przecieki" z jego treści, wskazujące na udział członków Komisji, a ich samych ukazać jako ludzi „ zafascynowanych tajnymi służbami, kwitami i teczkami", działających na polityczne zlecenie podobnych im maniaków, choć niewolnych od korupcyjnych pokus. Skoro nie udało się Lichockiemu
zdobyć aneksu (kupić?) można było spokojnie ten zamysł „spalić", stosując metodę ujawnienia rzekomej rewelacji.
Nie wolno wykluczyć, że to zagranie było podyktowane obawą, że ktoś z dziennikarzy lub ludzi służb, lojalnych wobec ekipy PIS-u, mógł natrafić na ślady działalności płk. Lichockiego i powiązać jego ówczesne działania z marszałkiem Komorowskim. Jak wiemy, Lichocki był osobą znaną wielu dziennikarzom i być może jego szczególna aktywność mogą wzbudzić w kimś podejrzenia?
Należało, zatem „przykryć" poprzedni, nieudany etap kombinacji, informując opinię publiczną: „Aneks do raportu o WSI na sprzedaż"- „Każdy może kupić tajne dokumenty". W tym czasie nie istniały jeszcze żadne „dowody" ( gromadzone później przez Tobiasza , przy udziale Lichockiego) na handel aneksem, co w artykule Anny Marszałek jest aż nadto widoczne. Lecz to wówczas powstała koncepcja przeprowadzenia operacji, zmierzającej do paraliżu Komisji i zdezawuowania efektów jej prac. Zamieszczona w artykule relacja z wypowiedzi ministra Ćwiąkalskiego - „Minister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski zapowiedział w Radiu ZET, że jeśli potwierdzą się informacje o "wycieku" aneksu do raportu z likwidacji WSI, to sprawą zajmie się prokuratura. W zależności od tego, czy będzie to właściwość prokuratury wojskowej, czy cywilnej, czy obu prokuratur, to z całą pewnością postępowanie zostanie wszczęte, jeżeli te informacje chociaż w części się potwierdzą" - podkreślił ćwiąkalski" może świadczyć, że intensywnie szykowano już „dowody", a prowokacja zmierzała wyraźnie w kierunku procesowego uporządkowania. Pozostało, zatem przygotować „dowody" dla prokuratury - czym zajęli się panowie Tobiasz i Lichocki, przy współpracy „odzyskanych" służb oraz przygotować społeczeństwo do „właściwego" odbioru rzekomej „afery aneksowej" - czym zajęli się niektórzy dziennikarze. Objawiła się przy tym tak zadziwiająca korelacja tych grup, że poświęcę jej jeszcze kolejną część AFERY „MARSZAŁKOWEJ".
Źródła:
http://www.dziennik.pl/polityka/article76428/ Aneks_do_raportu_o_WSI_na_sprzedaz.html http://www.dziennik.pl/polityka/article57248/Prezydent_ma_aneks_do_raportu_o_WSI.html http://ww409w.latkowski.com/blog/komentarze/lista/id, 1371
http://www.dziennik.pl/opinie/article83170/Marszalek_Nocne_gry_i_zabawy_politykow_PiS. html
AFERA „MARSZAŁKÓWA" - 6
„W przypadku pana Sumlińskiego mamy do czynienia z zarzutem jakiegoś przestępstwa, polegającego na tym, że ktoś coś komuś obiecał, czyli pozytywną weryfikację. A jak wiadomo, ten zarzut się nie zrealizował, gdyż Leszek Tobiasz nie został pozytywnie zweryfikowany. Nie było przekazanych żadnych pieniędzy, proces opiera się na zeznaniach jednego człowieka i na mitomanii pułkownika WSW. Dlatego mam wrażenie, że mamy do czynienia w tej sprawie z grą służb - która została zainscenizowana, oszukując prokuraturę i sąd. „ - tak na początku sierpnia, oceniał sprawę swojego klienta Roman Giertych.
Jak napisałem w części 4 AFERY „MARSZAŁKOWSKIEJ", pewnych problemów mogło nastręczać oficjalne „przykrycie" kombinacji, czyli jej legalizacja - tak, by efekty można było przełożyć na sytuacje procesowe. Być może, już w trakcie realizacji dokonano istotnej
zmiany, „przekierunkowując" uczestników gry, w taki sposób, by jedne wątki ukryć, inne zaś nagłośnić. O tych działaniach wiemy chyba najmniej i są one najtrudniejsze do identyfikacji. Dlatego też, wydają się najważniejsze w poznaniu mechanizmów kombinacji. Warto prześledzić udział niektórych mediów i dziennikarzy w tym procesie.
Przyjrzyjmy się pewnej okoliczności, która w gorącej atmosferze afery „Marszalkowej" umknęła trochę uwadze komentatorów. W publikacji „Gazety Wyborczej" z dn. 16.05.2008r. zatytułowanej „Nie ma aresztowań w sprawie korupcji wokół komisji WSI", znajdujemy następujące słowa na temat zarzutów stawianych Sumlińskienu i Lichockiemu. Autorem wypowiedzi wydaje się być prok. Robert Majewski z Prokuratury Krajowej: „Prokuratura zarzuca im, że od grudnia 2006 r. do 25 stycznia 2007 r., "działając wspólnie i w porozumieniu ", oferowali oficerowi b. WSI pozytywną weryfikację w komisji za 200 tys. zł. Wiemy też, że „Śledztwo w sprawie podejrzeń o korupcję w związku z weryfikacją WSI trwa od grudnia. (2007r)". Osobą składającą zawiadomienie o przestępstwie miał być płk.Leszek Tobiasz. Skoro prokuratura wszczęła śledztwo 7 grudnia 2007r., to mając na uwadze ustawowe terminy, wynikające z k.p.k można założyć, że zawiadomienie o przestępstwie wpłynęło nie wcześniej jak w początkach listopada 2007r.
Również prokurator Jerzy Szymański, na konferencji prasowej w dniu 15.05.br. potwierdzał: Przedmiotem postępowania było powoływanie się na wpływy w komisji weryfikacyjnej WSI oraz podjęcie się pośrednictwa w pozytywnej weryfikacji jednego z oficerów w zamian za uzyskanie korzyści majątkowej. Samo postępowanie zostało wszczęte na podstawie zawiadomienia wspomnianego oficera, który poinformował, że otrzymał propozycję pozytywnej weryfikacji w zamian za korzyść opiewającą na 200 tysięcy zł. " Ze słów prokuratora wynika, że obu podejrzanym stawiano zarzut związany z obietnicą pozytywnej weryfikacji jednego oficera w okresie, gdy miał się ukazać Raport z weryfikacji WSI (przypomnę, że Macierewicza przekazał Raport w dniu 12.02.2007r., a prezydent opublikował go w dn.16.02.2007r.) Podkreślę to wyraźnie - Raport, nie aneks. Wynika stąd, że przez okres, (co najmniej) od grudnia 2006r. do grudnia 2007r. płk. Tobiasz, mając rzekomo wiedzę na temat przestępstwa, ukrywa ją przed organami ścigania. Jak miał to później tłumaczyć -czekając na zmianę rządu. Załóżmy, że tak było rzeczywiście, choć wynikałyby z tego założenia ciekawe implikacje. Napiszę o nich w innym czasie. Jednak o „usługowej" działalności Lichockiego wie w tym czasie wiele osób. „Płk Lichocki był przez wiele lat dla dziennikarzy informatorem, z niektórymi był na tyle blisko, że mówiono o wzajemnej przyjaźni" - pisał w swoim blogu dziennikarz Sylwester Latkowski. patrząc z perspektywy czasu na jego kontakty z dziennikarzami, poznając kolejne nazwiska, śledząc publikacje prasowe, można odnieść wrażenie, że Lichocki był jednym z aktywniejszych ludzi dawnych służb w mediach" - podkreślał.
Nie będzie, zatem przesadą twierdzenie, że Lichockiego znało wielu dziennikarzy i wielu z nich mogło traktować go jako źródło informacji. Czy można zatem przypuszczać, by nikt z nich nie wiedział o „ofertach" Lichockiego, związanych z weryfikacją lub ze sprzedażą aneksu?
Był jednak dziennikarz, który w tym okresie ( listopad 2007) w ogóle nie znał Aleksandra Lichockiego, nie wiedział o jego istnieniu i nie miał z nim żadnego kontaktu. Tym dziennikarzem była Anna Marszałek
„Po pierwsze Lichocki nie był moim informatorem. Wbrew temu, co twierdzi Macierewicz, pisząc w listopadzie o tym, że aneks do raportu o WSI jest do kupienia na czarnym rynku, miałam zupełnie inne źródła informacji. Mało tego, znam ludzi, którzy poznali ten dokument i przeczytali rozdziały na swój temat (m.in. o handlu bronią, prywatyzacji TP SA, informatyzacjach robionych przez Prokom). Nawet nie znałam wtedy Lichockiego. Ten człowiek zgłosił się do mnie po tekście o tych błyskawicznych kursach oficerskich w SKW — czyli jakoś w marcu tego roku. Co działo się dalej, opisaliśmy dwa miesiące później
(...) Paradoks! Tak się bowiem składa, że Lichocki był informatorem zupełnie innych
dziennikarzy, w tym takich, do których Macierewicz i PiS mają bezgraniczne zaufanie..." -
napisała pani Marszałek na blogu Sylwestra Latkowskiego.
A w innym miejscu tego blogu, oświadczyła : „Nie wystarczyły nam „tylko opowieści".
Znamy nazwiska konkretnych ludzi, którzy zdobyli rozdziały aneksu do raportu o WSI na swój
temat. Informacja z listopada była prawdziwa i nie miała nic wspólnego z Lichockim, o
którego działaniach wówczas nie wiedzieliśmy. "
A jednak to w dniu 19 listopada 2007r, ( czyli w czasie, gdy Tobiasz musiał już złożyć
swoje zawiadomienie o przestępstwie) Marszałek ogłosiła w „Dzienniku" - „Aneks do
raportu o WSI na sprzedaż", uzasadniając ten tytuł i nadtytuł artykułu (Każdy może kupić
tajne dokumenty) jednym, jedynym zdaniem - „Gazeta ustaliła, że aneks Antoniego
Macierewicza do raportu o WSI można kupić na czarnym rynku. ".
Jak już wskazałem w poprzednim wpisie, artykuł zawiera również zapowiedź
min.Ćwiąkalskiego - „W zależności od tego, czy będzie to właściwość prokuratury wojskowej,
czy cywilnej, czy obu prokuratur, to z całą pewnością postępowanie zostanie wszczęte, jeżeli
te informacje chociaż w części się potwierdzą".
O jakich informacjach mówił Ćwiąkalski? Bo przecież nie o tych, do których rzekomo dotarła
Anna Marszałek powołując się na znajomości z „ludźmi, którzy poznali ten dokument i
przeczytali rozdziały na swój temat"? Nie one stanowiły podstawę wszczęcia śledztwa.
Jakie zatem były te „zupełnie inne źródła informacji" dziennikarki, które w tym właśnie
czasie, pozwalały jej ogłosić - „Aneks do raportu o WSI na sprzedaż"?
Czy nie wolno przypuszczać, że pani Marszałek wiedziała jednak o wszczęciu przez
prokuraturę śledztwa w sprawie Sumlińskiego i Lichockiego? Śledztwa, podkreślę -
dotyczącego nieprawidłowości związanych z Raportem. Skoro bowiem dwaj podejrzani „od
grudnia 2006 r. do 25 stycznia 2007 r., "działając wspólnie i w porozumieniu", oferowali
oficerowi b. WSI pozytywną weryfikację w komisji" to mając na uwadze okres tych działań,
dotyczyły czasu publikacji Raportu.
Jak inaczej wyjaśnić tę zadziwiającą zbieżność gołosłownej informacji, podanej w listopadzie
przez „Dziennik" z faktem, że w tym czasie Tobiasz musiał złożyć zawiadomienie o
przestępstwie i przedstawić rzekome dowody?
Na jakiej podstawie pojawiły się wówczas zarzuty dotyczące sprzedaży aneksu, skoro
Lichocki i Sumliński mieli oferować Tobiaszowi pozytywną weryfikację w czasach, gdy
aneks jeszcze nie był sporządzony?
Jeśli nawet przyjąć, że Anna Marszałek nie wiedziała wówczas nic o Lichockim - to może
posiadała wiedzę o zdarzeniu, które faktycznie dawało podstawę, by napisać o sprzedaży
aneksu? Byłoby dobrze, gdyby pani Marszałek zechciała podzielić się z czytelnikami tą
wiedzą. Nie zrobiła tego w listopadzie ub. roku, pisząc swój artykuł. Nie zrobiła tego później,
gdy dokonano przeszukań i gdy próbowano aresztować Sumlińskiego. Nie zrobiła tego nawet
wówczas, gdy „było już po wszystkim" i wypowiadała się na blogu Latkowskiego.
Przypomnę, że postanowieniu prokuratury o przeszukaniu w mieszkaniach Bączka i Pietrzaka
czytamy:
„ Andrzej Michalski - prokurator Prokuratury Okręgowej w Warszawie, delegowany do
Prokuratury Krajowej i Jolanta Mamej - prokurator Prokuratury Okręgowej Warszawa-
Praga delegowana do wydziału X biura ds. przestępczości zorganizowanej Prokuratury
Krajowej po zapoznaniu się z materiałami śledztwa przeciwko A. L. i W.S., podejrzanym z art.
230 § 2 kk oraz w sprawie ujawnienia pracownikom spółki akcyjnej Agora informacji
stanowiącej tajemnicę państwową w postaci treści aneksu do raportu o działalności
Wojskowych Służb Informacyjnych, tj. o czyn z art. 265 § 1 kk. ".
Tyle tylko, że w dwa dni po wydaniu powyższego postanowienia prokurator Szymański mówi
na konferencji prasowej:
Przedmiotem postępowania było powoływanie się na wpływy w komisji weryfikacyjnej WSI
oraz podjęcie się pośrednictwa w pozytywnej weryfikacji jednego z oficerów w zamian za
uzyskanie korzyści majątkowej. Samo postępowanie zostało wszczęte na podstawie
zawiadomienia wspomnianego oficera, który poinformował, że otrzymał propozycję
pozytywnej weryfikacji w zamian za korzyść opiewającą na 200 tysięcy zł. "
Kilkanaście dni później 26.05.20084. podczas obrad sejmowej Komisji Sprawiedliwości i
Praw Człowieka poseł Arkadiusz Mularczyk z PIS-u zapytał Prokuratora Krajowego Marka
Staszaka:
„Panie prokuratorze. Jeśli w postanowieniu o przeszukaniu z żądaniem wydania rzeczy, które
jest dostępne i które widzieliśmy, jest napisane, iż członkowie komisji weryfikacyjnej mieli
ujawnić pewnym pośrednikom te informacje o raporcie, czy też sam raport... miało to trafić
do Agory, to ja nie rozumiem za bardzo dlaczego podejmuje się czynności procesowe wobec
tych, od których wyciekły informacje, a nie podejmuje się czynności procesowych wobec tych,
u których miały się rzekomo znaleźć. Jest to dla mnie niezrozumiałe."
Na co Marek Staszak udziela następującej odpowiedzi:
„Panie pośle, być może dla pana jest to niezrozumiałe, dla kogoś, kto prowadzi postępowanie
przygotowawcze było to jak najbardziej zrozumiałe. Jak pan wie, nie ma spersonifikowanych
osób, które były odbiorcami raportu o WSI. Poza tym proszę zwrócić uwagę na to w jaki
sposób znajduje się ten zapis, zresztą w postanowieniu o przeszukaniu, a nie w postanowieniu
o postawieniu zarzutów w stosunku do tych dwóch osób, którym przedstawiono zarzuty: „...o
rzekomym przekazywaniu Agorze tego raportu... ", czy o usiłowaniu przekazania tego raportu
Agorze. Nie chciałbym tego błiiej tłumaczyć, odpowiadam, ie nie było materiału
dowodowego, który wskazywałby na to, ie należy robić tego typu czynność procesową w
spółce Agora. Chcę powiedzieć tylko tyle — nie było, mówię jeszcze raz, przesłanek do tego,
aby prowadzić w spółce Agora przeszukania."
Jeśli ktoś zapytałby w tym miejscu, co mają do rzeczy publikacje „Dziennika" na temat
rzekomej sprzedaży aneksu, ze sprawą spółki Agora, powinien dobrze zastanowić się nad
odpowiedzią pana Staszaka i przeczytać dalszy ciąg dialogu.
Poseł Mularczyk zadaje bowiem prokuratorowi krajowemu następujące pytanie:
„Jest jeszcze jedna sprawa - pan prokurator powiedział, co mnie bardzo zaskoczyło i
uderzyło jako adwokata, że podjęto decyzje procesowe o przeszukaniu w związku z pewnymi,
jak to pan określił, materiałami w prasie. Ja chciałbym, aby pan powiedział, które
enuncjacje prasowe były podstawą do podjęcia decyzji procesowej, bo mnie uczono na
studiach i podczas aplikacji, że to materiał procesowy zebrany w sprawie jest podstawą do
podjęcia decyzji procesowych, a nie enuncjacje prasowe, więc prosiłbym panie prokuratorze,
które enuncjacje prasowe, których dziennikarzy stanowiły podstawę do podjęcia czynności
wobec pana Bączka. Uważam, że jest to sprawa niezwykle interesująca"
Na co Prokurator Krajowy Marek Staszak odpowiada:
„ (...) Otóż ja nie powiedziałem, że enuncjacje prasowe stanowiły przyczynę wszczęcia
postępowania w tej sprawie. Powiedziałem tylko, że enuncjacje prasowe (chodzi o materiały z
„Dziennika", które mówiły o panu L. i o tym, jakie on czynności podejmował, chodzi o ten
artykuł z „Dziennika") przyspieszyły przeprowadzenie czynności procesowych przeszukania,
zatrzymania i postawienia zarzutów. Natomiast nie powiedziałem, że one stanowiły materiał,
który był przyczyną prowadzenia tego postępowania. Ale tak na marginesie - to enuncjacje
prasowe panie pośle mogą być także materiałem dowodowym w sprawie ".
Choć nie napisałem jeszcze nic o słynnym artykule pani Marszałek z kwietnia br. „Tak
handlowano aneksem Macierewicza" - jestem zdania, że twierdzenie pana prokuratora
Staszaka, iż „enuncjacje prasowe ... mogą być także materiałem dowodowym w sprawie"
jest głęboko prawdziwe, nie tylko w odniesieniu do tej, jednej publikacji „Dziennika", a
artykuł dziennikarki z 19 listopada 2007r. ma większe znaczenie, niż każe nam w to wierzyć
pani Marszałek .
Ale to już temat na kolejny tekst.
Źródła:
http://www.naszdziennik.pl/index.php ?typ=po&dat=20080802&id=po52.txt http://wyborcza.pl/1 ,76842,5217201 ,Nie_ma_aresztowan_w_sprawie_korupcji_wokol_komis i i. html
http://www.dziennik.pl/polityka/article76428/ Aneks_do_raportu_o_WSI_na_sprzedaz.html http://www.latkowski.com/blog/komentarze/lista/id, 1324
http://orka.sejm.gov.pl/Biuletyn.nsf/0/AD50F09C0616202AC125745F00377F3D?OpenDocu ment http://sk2.pl/komisja
AFERA „MARSZAŁKÓWA" - 7 - KALENDARIUM
„Wiedziano co prawda, że kontrwywiad, czyli WSW, miał na swoim koncie wiele brudnych prowokacji, jednak to właśnie stosunek do wywiadu zadecydował o ulgowym potraktowaniu całości wojskowych specsłużb. I patrząc na to z dzisiejszej perspektywy, chyba dobrze się stało... W każdym razie nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że niezweryfikowanie WSI to jeden z grzechów pierworodnych III RP. A to, że tyle się ostatnio mówi o wszelkich patologiach w WSI..., cóż, jestem przekonany, że są to działania z inspiracji służb cywilnych. To efekt walki między tymi dwiema instytucjami - może z zewnątrz wcale tak niewyglądającej, ale w gruncie rzeczy zdrowej rywalizacji. "
Trzeba pamiętać tę wypowiedź Bronisława Komorowskiego z roku 2003, by zrozumieć stosunek polityka do sprawy likwidacji WSI i jego udział w aferze „Marszałkowej". Komorowski należał zawsze do najgorliwszych obrońców wojskowych specłużb. Można się zastanawiać, co sprawiło, że WSI znalazło w Komorowskim politycznego „patrona", lecz wszelkie dywagacje na ten temat byłyby jedynie hipotezami. Ograniczę się, zatem do faktów. Zmierzając do końca cyklu AFERA „MARSZ ALKO W A", chciałbym przedstawić jej przebieg, na podstawie tytułów prasowych, ograniczając do minimum komentarz własny. Zestawienie to wskazuje, jak realizowano kombinację operacyjną i w jaki sposób przebiegała ścisła współpraca dziennikarzy „Dziennika" ze służbami (SKW, ABW) i politykami PO. Jak już napisałem wcześniej - cała kombinacja byłaby niemożliwa do zrealizowania bez udziału mediów. Wszystkie cytowane poniżej artykuły „Dziennika" są autorstwa Anny Marszałek, w kilku przypadkach rolę przejął Paweł Reszka. Jestem przekonany, że większość czytelników samodzielnie dokona oceny tego kalendarium.
14 października 2007r."Wprost" podał informację, że „w 2000 r. Wojskowe Służby Informacyjne inwigilowały posłów z sejmowej komisji obrony.Z naszych informacji wynika, że o sprawie mógł wiedzieć Bronisław Komorowski, ówczesny minister obrony narodowej, a dziś jeden z liderów PO."
18 października 2007r. „Gazeta Polska" zamieszcza artykuł Leszka Misiaka pt. „Komorowski i WSI", nawiązujący do publikacji „Wprost". W artykule czytamy m.in.o
tajemniczym przyjacielu Bronisława Komorowskiego, który w marcu 2004r. informował
Leszka Misiaka o wypadku samochodowym, jakiemu uległ syn Komorowskiego. Dziennikarz
napisał: „W tamtym czasie nie wiedziałem kim jest ów informator, jego nazwisko nic mi nie
mówiło. Przedstawiał się jako lobbysta, mówił, że często bywa w Sejmie, kiedyś nawet
spotkałem go przed Sejmem. Prawie dwa lata później dowiedziałem się, że to pułkownik
WSI,były szef Zarządu I Szefostwa WSW Aleksander L.
27 października.2007r. „Wprost" powiadomił że „Aneks do raportu komisji weryfikacyjnej
Wojskowych Służb Informacyjnych trafił już do prezydenta", informując również, że „na
najbliższy poniedziałek przed komisję został wezwany były minister obrony narodowej
Bronisław Komorowski, obecnie jeden z liderów PO, kandydat partii Donalda Tuska na
marszałka Sejmu. Jego wezwanie ma związek z nielegalnymi podsłuchami stosowanymi
przez funkcjonariuszy WSI w latach 2000-2001. Komisja w poniedziałek chce też wysłuchać
byłego szefa WSI gen. Tadeusza Rusaka."
Prawdopodobnie, w tym czasie Bronisław Komorowski spotkał się z Aleksandrem Lichockim. Jeśli wierzyć słowom Komorowskiego, trzeba przyjąć, że do spotkania doszło po dniu 5 listopada, 2007r., czyli po dacie wyboru Komorowego na marszałka sejmu VI kadencji. Sam, marszałek pytany o powód wizyty pułkownika WSW, twierdził: „Ja myślę, że prozaiczna sprawa - po pierwsze sądził, że ja jestem zainteresowany, bo jak pan Antoni Macierewicz publicznie mówił... moje nazwisko jest wymieniane w jego Aneksie tajnym, a po drugie nastąpiła zmiana władzy, ja już byłem marszałkiem Sejmu, więc mógł sądzić, że się „przeflancuję", mówiąc takim językiem polityczno-ogrodniczym, na nową grządkę, na nowy układ sił politycznych".
28 października 2007r. - Komorowski: „Pan Macierewicz powinien zniknąć".
- Pan Macierewicz powinien zniknąć ze swojej instytucji - tak Bronisław Komorowski (PO) skomentował wypowiedź Antoniego Macierewicza, który stwierdził, że "nie widzi powodu, by nie łączyć funkcji posła i szefa kontrwywiadu". - Kwestia odwołania ministra Macierewicza wydaje się być kwestią oczywistą - dodał Komorowski w Radiu Zet.
6 listopada 2007 r. - „Dziennik" - „Dokument trafił już na biurko. Prezydent ma aneks do
raportu o WSI".
„ Antoni Macierewicz w poniedziałek przekazał prezydentowi aneks do raportu z weryfikacji Wojskowych Służb Informacyjnych. (...) Dokument jest obszerny. Według informatora DZIENNIKA, który widział dokument, liczy on co najmniej kilkaset stron. Politycy Platformy, z którymi rozmawialiśmy, spodziewają się, że aneks będzie wymierzony w ich partię i zostanie opublikowany przed powołaniem rządu Donalda Tuska. "Spodziewamy się, że w raporcie padną nazwiska Bronisława Komorowskiego, Grzegorza Schetyny i Radka Sikorskiego. Czy będą bomby? Gdyby mieli bomby, to zrzuciliby je na nas w kampanii wyborczej" - opowiada rozmówca DZIENNIKA z Platformy."
7 listopada 2007r. - wywiad premiera Kaczyńskiego dla "Faktu" (rozmawia Łukasz
Warzecha) Kaczyński: „Nie przewyższymy PO w knajackich atakach"
J.K. „ (...), dlaczego pan Komorowski tak strasznie obawiał się pytań przed swoim wyborem
na marszałka Sejmu. To dziwna sytuacja, takie pytania zawsze zadawano.
Ł.W. Czemu miał się ich bać?
J.K. Bał się pytań dla siebie bardzo kłopotliwych, takich, które być może mogłyby nawet
postawić jego wybór pod znakiem zapytania.
Ł.W. Proszę teraz zadać te pytania.
J.K.Nie będę ich teraz zadawał, ale zapewniam pana, że one zadane zostaną. Dotyczą bardzo
konkretnych spraw.
Ł.W.Jakiego typu?
J.K. Chodzi o sprawy, które w większości wypadków były opisywane w prasie. Dotyczyły
decyzji, podejmowanych przez Bronisława Komorowskiego w okresie, gdy był ministrem
obrony, przysparzających pewnym bardzo ważnym ludziom czy ich rodzinom różnych wartości. Te decyzje w świetle prawa, a z całą pewnością w świetle dobrych obyczajów, były nieuzasadnione. Były też inne kwestie, o których nie mogę tutaj mówić. I dziwi mnie, że media się tym kompletnie nie zajęły. Nie zaczęły drążyć, pytać. „
7 listopada 2007 - „Dziennik" Kolejny aneks już w grudniu? „Macierewicz pisze jeszcze
jeden raport o WSI" - „To będzie prawdziwa bomba - zapowiada "Nasz Dziennik". Antoni
Macierewicz przygotowuje kolejny aneks do raportu o WSI. Tym razem będzie o
inwigilowaniu dziennikarzy oraz o wielkiej operacji WSI przeciw Kościołowi w Polsce. Będą
też następne aneksy - mówił w RMF minister Szczygło. Były szef Służby
Kontrwywiadu Wojskowego, a od kilku dni wiceminister obrony w odchodzącym rządzie, zdradził gazecie, że agenci WSI próbowali przeniknąć do większości redakcji codziennych gazet. Antoni Macierewicz zapewnia, że udało się ustalić większość osób za to odpowiedzialnych. Ich nazwiska znajdą się w aneksie. "Będą kierowane zawiadomienia do prokuratury w ich sprawach" - podkreśla.
18 listopada 2007 - „Dziennik" - Premier zmienia pół komisji „Platforma dobierze się do
archiwum WSI" - „Pół komisji weryfikacyjnej Wojskowych Służb Informacyjnych idzie do
wymiany - ogłosił Paweł Graś, minister kancelarii szefa rządu. "Donald Tusk powoła 12
nowych członków" - mówi. Czy to czystka? "Premier dobiera ludzi, którym ufa" - odpowiada
Graś. 12 członków komisji weryfikacyjnej powołuje prezydent, 12 - premier. Donald
Tusk wymieni tych, których mianował jego poprzednik, Jarosław Kaczyński."W tym tygodniu zbadamy, na jakim etapie są prace komisji i jak długo potrzebuje czasu do ich zakończenia. Niewątpliwe jest, że 12 członków <premierowskich> zostanie zmienionych" -tłumaczy Paweł Graś, minister z kancelarii premiera.
18 listopada 2007r. - „Dziennik" zamieszcza wypowiedź nowego szef MSWiA -„Schetyna
nie wierzy w tłumaczenia": Zbadam kłamstwa o materiałach WSI „Nowy minister spraw
wewnętrznych Grzegorz Schetyna nie wierzy, że dokumenty komisji weryfikacyjnej WSI
zostały przeniesione z powodów organizacyjnych. "Te informacje są absurdalne i
nieprawdziwe" - twierdzi Schetyna. "Będziemy tę sprawę wyjaśniać już od jutra"
19 listopada 2007 - „Dziennik" Anna Marszałek: „Nocne gry i zabawy polityków Pis" -
„Takiego numeru jeszcze żadna odchodząca władza swoim następcom nie wycięła. Decyzja o
skopiowaniu i wywiezieniu archiwów komisji weryfikującej żołnierzy zlikwidowanych
Wojskowych Służb Informacyjnych oznacza, że przez następne lata czeka nas nieustanny
wysyp "hakowych" informacji".
19 listopada 2007 „Dziennik" przynosi „sensacyjną" informację, opatrzoną nagłówkiem -Każdy może kupić tajne dokumenty, pt. „Aneks do raportu o WSI na sprzedaż". 7 grudnia 2007r. - prokuratura wszczyna śledztwo w sprawie „powoływania się na wpływy w komisji weryfikacyjnej WSI oraz podjęcie się pośrednictwa w pozytywnej weryfikacji jednego z oficerów w zamian za uzyskanie korzyści majątkowej." z zawiadomienia Leszka Tobiasza.
14 grudnia 2007 - „Dziennik" - „PiS ukrył przed Tuskiem aneks Macierewicza - Premier nie mógł się z nim zapoznać". - „Donald Tusk nie mógł przeczytać aneksu do raportu o WSI napisanego przez Antoniego Macierewicza. PiS sprzątnął ten dokument sprzed nosa politykom PO. Dwa egzemplarze wywieziono z kancelarii premiera dzień przed zaprzysiężeniem Tuska na premiera - "Nie mam wiedzy, jaki jest los tego dokumentu" -powiedział nam jego autor Antoni Macierewicz. Były weryfikator 5 listopada przesłał cztery egzemplarze aneksu do najważniejszych urzędników w państwie.(..) "Jarosław Kaczyński zapoznawał się z dokumentem od 6 do 15 listopada. Raport został zwrócony 15 listopada do Jana Olszewskiego, przewodniczącego komisji weryfikacyjnej. Donald Tusk został zaprzysiężony dzień później i nie miał możliwości zapoznania się z raportem" -odpowiedziało nam wczoraj Centrum Informacyjne Rządu.
21 stycznia 2008 - „Dziennik" - TVP szuka haków na marszałka Sejmu? - „Telewizja
publiczna próbuje powiązać marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego (PO) z Ryszardem
Krauzem i WSI. Realizację tego zadania powierzono "Misji specjalnej" pod redakcją Anity
Gargas - dowiedziała się "Gazeta Wyborcza". Według "Gazety Wyborczej", "Misja" w
jednym z najbliższych wydań planuje materiał, który pokaże związki Komorowskiego z tym "oligarchą" (jak go PiS ochrzcił przed wyborami). Autorem „Misji" jest Filip Rdesiński -dziennikarz, który w maju br. został brutalnie potraktowany przez ABW, podczas czynności przeszukania u Leszka Pietrzaka.
24 stycznia 2008 - „Dziennik" - „Nie ma części tajnego aneksu - Znikające komputery Macierewicza" - „ Szef kontrwywiadu wojskowego nie może doliczyć się kilkudziesięciu komputerów, które zniknęły po odejściu ekipy Antoniego Macierewicza. Informatorzy DZIENNIKA twierdzą też, że z siedziby komisji weryfikacyjnej zginęła część tajnego aneksu do raportu o WSI. W dokumentach panuje ogromny bałagan. Wiele z nich jest przechowywanych niezgodnie z procedurami. Do tego z ustaleń DZIENNIKA wynika, że ich część została zgubiona. Źródła DZIENNIKA twierdzą, że chodzi o fragment aneksu do raportu z weryfikacji WSI. (...) "Aneks podzielony jest na 12 części. Okazało się, że jedna z nich zniknęła. Nie można znaleźć numerowanego oryginału, w komisji zostały tylko kopie. To kryzys" - twierdzi informator z kręgu weryfikatorów Macierewicza." 4 lutego 2008r - w „Rzeczpospolitej" ukazuje się artykuł zatytułowany „Agenci pytali o marszałka". Autor - Michał Stankiewicz informował, że „ podczas pobytu w areszcie Bucholski miał mieć wizytę dwóch agentów CBA, którzy wypytywali go o nazwiska „polityków, z którymi współpracował". Obiecywano mu, że jeśli je wymieni „wtedy zostanę wypuszczony z aresztu, a tak posiedzę sobie parę lat i zmądrzeję - opowiadał Bucholski. Jego zdaniem agentom chodziło o obecnego marszałka Sejmu.
7 lutego 2008 - „Dziennik" - „Poseł odpowiada na atak marszałka - Macierewicz: Komorowski bronił ludzi WSI" - "Pan marszałek Komorowski przez lata chronił ludzi z WSI i zgodnie z ustawą powinien za to ponieść odpowiedzialność" - twierdzi w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" Antoni Maciereiwcz. To jego riposta na słowa Komorowskiego, który stwierdził, że tak, jak w końcówce rządów PiS zachowywało się kierownictwo służby kontrwywiadu, nie postępowali nawet bolszewicy.
19 lutego 2008 - „ Dziennik" - Paweł Reszka - „ Macierewicz i jego Bonzowie" - „Raport o
stanie SKW dowodzi, że wojskowy kontrwywiad został sparaliżowany. Jeśli oskarżenie się
potwierdzi, Antoni Macierewicz nie może uciec od odpowiedzialności. Macierewicz
marzył o jednym - chciał zniszczyć WSI. Udało mu się znakomicie. Nie będzie już nigdy Wojskowych Służb Informacyjnych. Weryfikacja podzieliła oficerów.
19 lutego 2008 - „Dziennik" - „Kolejne szczegóły tajnego raportu" - Egzamin na szpiega
zdawali faksem - „ Ujawniony przez DZIENNIK raport o rozbiciu kontrwywiadu
wojskowego wywołał polityczne trzęsienie ziemi. PO i PiS znów są na wojennej ścieżce.
Premier mówi wprost: Macierewicz dokonał w służbach spustoszenia. DZIENNIK dotarł do
kolejnych szczegółów tajnego raportu. Raport pułkownika Grzegorza Reszki jest
miażdżący dla Macierewicza. Pisze w nim o bałaganie w kadrach Służby Kontrwywiadu Wojskowego i ujawnia, że wymogi dla nowych funkcjonariuszy były więcej niż symboliczne. Oficerem można było zostać po zaledwie 17 dniach kursu. "To rekord świata" - komentował marszałek Sejmu Bronisław Komorowski. "Ludzi dobierano z przypadku, na zasadzie <Antka szwagra kobity brat>. To gorzej niż za wczesnej komuny, gdzie mówiono: <Nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera>" - mówił wczoraj w TVN 24. „
21 lutego 2008 - „Dziennik" - Platforma chce jego głowy - „W archiwum Służby Kotrwywiadu Wojskowego brakuje tajnych dokumentów, z których część osobiście wypożyczył Antoni Macierewicz, kiedy jeszcze kierował tą służbą - ustalił DZIENNIK.
22 lutego 2008 - „Dziennik" - „Były szef kontrwywiadu pod lupą - Śledczy sprawdzą
Macierewicza" - „ Prokuratura sprawdzi, czy Antoni Macierewicz nie złamał prawa, kierując
kontrwywiadem wojskowym i likwidując WSI - zapowiada minister sprawiedliwości. To
efekt ujawnionych przez DZIENNIK szczegółów z tajnego raportu o nieprawidłowościach w
kontrwywiadzie w czasach rządów PiS. Raport pułkownika Grzegorza Reszki, który
kierował Służbą Kontrwywiadu Wojskowego przez ostatnie trzy miesiące, był dla Macierewicza miażdżący."
4 kwietnia 2008 - „Dziennik" - „Antoni Macierewicz oskarża: "Resort obrony ujawnia mediom tajemnice państwowe" - „ Mamy dowody, że istnieje współpraca między mediami a Ministerstwem Obrony w sprawie ujawniania tajemnic komisji weryfikacyjnej WSI - ogłosił Antoni Macierewicz, były szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego i były likwidator Wojskowych Służb Informacyjnych. Jego zdaniem, to powrót do czasów inwigilacji prawicy. Antoni Macierewicz uważa, że członkowie komisji weryfikacyjnej Wojskowych Służb Informacyjnych są inwigilowani. Celem tej inwigilacji ma być walka z przeciwnikami politycznymi. (...) "Wszystko wskazuje na to, że została zidentyfikowana grupa byłych oficerów wojskowych służb wewnętrznych oraz drugiego zarządu Sztabu Generalnego, którzy podobnie jak robili to na początku lat 90-tych, tak teraz działają na rzecz rozpracowania i infiltracji, przeciwdziałania komisji weryfikacyjnej (WSI) i współdziałają w tej sprawie z niektórymi mass-mediami" - podkreślił Macierewicz. „
9 kwietnia 2008 - „Dziennik" - „Wnioski tajnego aneksu Macierewicza - Prezydent i trzech ministrów przed trybunał - „ Antoni Macierewicz odkrył układ rządzący Polską. Ciągle tajny aneks do raportu z likwidacji WSI, do którego dotarł DZIENNIK, kończy konkluzja, że przed Trybunałem Stanu należy postawić czterech polityków - prezydenta Lecha Wałęsę i trzech ministrów obrony narodowej: Janusza Onyszkiewicza, Bronisława Komorowskiego i Jerzego Szmajdzińskiego" . Pod artykułem zamieszczony jest wywiad Anny Marszałek z Komorowskim:
„A.M. „A pana za to, że tolerował pan patologię i przestępstwa w WSI... B.K. To śmieszne. Kto jak kto, ale ja uważałem, że w wojsku i MSW potrzebne jest przyspieszenie zmian. Jestem jedynym człowiekiem, który może się pochwalić, że nadepnął tym służbom na odcisk. To ja doprowadziłem do skutecznego oskarżenia szefa tych służb. Tylko dzięki temu, że się awanturowałem, że chodziłem do premiera Mazowieckiego, przed sądem stanął za palenie akt WSW generał Edmund Buła. To wtedy przyszedł do mnie pewien generał WSI i mówił mi: "Po co to panu? Lepiej się od służb trzymać z daleka, to i one nie będą się panem interesować".
9 kwietnia 2008 , „Dziennik" - Paweł Reszka - „ Aneks o WSI to wielki ból głowy prezydenta" - » „Prezydent powinien powiedzieć jasno, kiedy ujawni aneks do raportu o WSI, albo wreszcie przyznać, że go nie ujawni nigdy, bo nie ufa Antoniemu Macierewiczowi. Wszystko jest lepsze od chowania głowy w piasek. Przecież aneks - według słów samego Antoniego Macierewicza - miał demaskować, przede wszystkim afery gospodarcze. Jeśli tak, to wszyscy chętnie przeczytamy o patologiach, jakie drążyły III RP! Z przyjemnością dowiemy się, że odpowiedzialnymi za skandale są: Lech Wałęsa i trzej ministrowie obrony: Janusz Onyszkiewicz, Jerzy Szmajdziński i Bronisław Komorowski. Proszę bardzo, niech staną przed Trybunałem Stanu. Niech zostaną potępieni, jeśli Macierewicz znalazł wystarczające do tego przesłanki. Prezydent nie może przedłużać swojego milczenia. Nie może przeciągać decyzji o odtajnieniu aneksu w nieskończoność. Pięć miesięcy to wystarczająco długo. Mamy prawo dowiedzieć się, czy Antoni Macierewicz znalazł układ, czy też spaprał robotę. Najwyższy czas. „
Proszę teraz zwrócić uwagę, jak doskonale te dwa powyższe teksty korespondują z wypowiedziami członków rządu z tego samego czasu :
9 kwietnia 2008 - „Dziennik" - Szef MON Bogdan Klich nie ma wątpliwości: "Tajny aneks
Macierewicza wywoła skandal" : „Lech Wałęsa i trzej byli ministrowie obrony powinni
stanąć przed Trybunałem Stanu - takim wnioskiem kończy się, według DZIENNIKA, aneks
do do raportu z likwidacji WSI. "To wywoła polityczny skandal" - komentuje w Radiu ZET
szef MON Bogdan Klich. Ale sam autor raprotu twierdzi, że to wszystko wymysły. "To są
popłuczyny i nieprawda" - mówi Antoni Macierewicz. Według Macierewicza,
informacje, jakie zdobył DZIENNIK, nie wnoszą nic nowego do sprawy. Ale innego zdania
jest minister obrony Bogdan Klich. "Ten dokument wywołałby skandale polityczne, ale także
byłby powodem osłabienia służb specjalnych" - komentuje polityk w Radiu ZET.
"Aneks do raportu z likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych nie powinien ujrzeć światła dziennego" - nie ma wątpliwości szef MON Według raportu, do którego dotarł DZIENNIK, za patologie w Wojskowych Służbach Informacyjnych odpowiada szereg generałów i szefów WSI. Antoni Macierewicz zaleca też, by przed Trybunałem Stanu postawić byłego prezydenta Lecha Wałęsę oraz trzech byłych ministrów obrony - Janusza Onyszkiewicza, Bronisława Komorowskiego oraz Jerzego Szmajdzińskiego. Myślę, że prezydent jest w ogromnym kłopocie" - komentuje marszałek Sejmu Bronisław Komorowski."
10 kwietnia 2008 - „Dziennik" - Tusk o prezydencie: "Kaczyńscy odpowiadają za aneks o
WSI" - „ Premier Donald Tusk obciążył braci Kaczyńskich odpowiedzialnością za szkody,
które jego zdaniem wyrządził w służbach specjalnych Antoni Macierewicz. To komentarz do
wczorajszej publikacji DZIENNIKA, który ujawnił, że aneks do raportu o WSI zawiera listę
polityków z Lechem Wałęsą na czele, którzy powinni stanąć przed Trybunałem Stanu.
28 kwietnia 2008 - „Dziennik" - „Wtyki w komisji weryfikującej agentów? Tak handlowano aneksem Macierewicza": „ Do DZIENNIKA zgłosił się emerytowany pułkownik tajnych służb wojskowych. Zaproponował, że sprzeda tajny aneks do raportu Macierewicza. Handlarzem był Aleksander Lichocki, szef wojskowego kontrwywiadu w ostatnich latach PRL. Powoływał się na znajomości w otoczeniu Antoniego Macierewicza.(...) Opowieści Lichockiego wyglądały dosyć fantastycznie. Okazało się jednak, że pułkownik był w służbach wpływową postacią. Przeszkolony w Moskwie, kierował Zarządem I WSW, czyli kontrwywiadem. Oznacza to, że miał wiedzę o wszystkich ludziach, w tym politykach inwigilowanych przez te służby. Oficjalnie skończył karierę wojskową w 1991 r. Ale już w wolnej Polsce brał udział w interesach prowadzonych przez ludzi tajnych służb PRL. „
Tu, warto zwrócić uwagę, jak opinia A.Marszałek o Lichockim, różni się znacząco od późniejszej, wygłoszonej na blogu S.Latkowskiego 30 maja 2008r.- „ Ten niby spec, to „dziadek-emeryt", któremu się wydawało, że coś rozgrywa, a którym prawdopodobnie ktoś zagrał. To taki człowiek, który od kilkunastu lat był poza służbami, ale nie mógł się z nich wyleczyć. Chciał być stale na topie, więc ciągle gromadził jakieś informacje i ze służb (od dawnych kolegów z WSW, ale też SBeków), oraz od ludzi Kościoła, polityków i... dziennikarzy i „jako dobrze poinformowany" puszczał dalej. Jego informacje były mniej więcej w połowie prawdziwe. Reszta to były konfabulacje — np. wnioski na podstawie tego, co gdzieś usłyszał, albo plotki, których nie był w stanie zweryfikować. On się nie spodziewał, że to wszystko tak się rozwinie (opisanie go w gazecie, przeszukanie i zatrzymanie), dlatego żadnej riposty przygotować nie zdążył.)
28 kwietnia 2008 - Komentarz DZIENNIKA - Anna Marszałek - „Kto gra aneksem Macierewicza?" - „ Po Warszawie od wielu miesięcy biega przeszkolony w Moskwie oficer służb wojskowych, który oferuje sprzedaż aneksu o weryfikacji WSI. DZIENNIKOWI udało się opisać działalność Aleksandra Lichockiego. Pułkownik jest w centrum niebezpiecznej rozgrywki, która toczy się wokół tajnego dokumentu (...)Problem nie jest fikcyjny, bo komisja już wcześniej nie była szczelna. Fragmenty z pierwszego raportu jeszcze przed publikacją przeciekły do programu „30 minut" w telewizji publicznej. Dziś wyciekają
informacje o tym, co jest w tajnym aneksie.
Kłopot jest także z innego powodu. Grać można tylko tym, co jest tajne. Prezydent ma aneks od listopada. Dziś mówi wprost, że nie ma ochoty go odtajniać. Można powiedzieć, że Lech Kaczyński jest sam sobie winny. To on napisał ustawę i na własne życzenie pozbawił się wpływu na treść raportu oraz aneksu. Dziś trzyma go w pancernej szafie i pozwala, by nieczysta gra wokół tajnego kwitu toczyła się w najlepsze. (...) Ale jeśli jest towar i kupcy, znajdą się też pośrednicy tacy, jak opisany przez nas. Ilu jest jeszcze takich Lichockich? „
13 maja 2008 - „Dziennik" - „Po wycieku tajnego aneksu do raportu WSI. Agenci
przeszukują domy ludzi Macierewicza" - „Sprawę wyciekającego tajnego aneksu do raportu
z likwidacji WSI, zakończoną dzisiejszymi rewizjami u ludzi Antoniego Macierewicza,
omawiano na naradzie śledczych u Prokuratora Krajowego już w ubiegłym tygodniu - ustaliło
Radio ZET.
14 maja 2008 - „Dziennik" - „Prokuratura: Znaleziono tajne dokumenty" : "U trzech
spośród czterech osób, których mieszkania przeszukali wczoraj agenci ABW, zabezpieczono
tajne dokumenty" - ujawniła rzeczniczka Prokuratury Generalnej. Śledczy chcą, by sąd
aresztował dwie z nich. Zamieszanie wprowadził potem prokurator Robert Majewski, który
naciskany przez dziennikarzy, ujawnił, że przeszukano nie cztery, ale aż 11 miejsc i u więcej
niż czterech osób. (...) Wczoraj ABW przeszukała kilkanaście lokali w związku z
domniemanymi nieprawidłowościami przy działaniach komisji weryfikacyjnej WSI.
16 maja 2008r. - w wywiadzie dla Radia Zet Bronisław Komorowski tak skomentował
pytanie dziennikarza o dowody przeciwko Sumlińskiemu : „No więc szukamy dowodów,
prawda, ABW szuka dowodów. Tylko dowodem może być albo przyznanie się kogoś do
winy, albo inna forma potwierdzenia kontaktu, na przykład między tymi panem L.,
Aleksandrem L., czy panem S., a kimś z Komisji Weryfikacyjnej. To ma ABW sprawdzić. "
Na zakończenie tego zestawienia, fragment radiowego wywiadu z Komorowskim, z dn.01
sierpnia br., zawierający słowa, które mogą pomóc w zrozumieniu milczenia dziennikarzy w
sprawie afery „Marszałkowej":
„ J.K.: A pańska ocena sprawy Wojciecha Sumlińskiego, panie marszałku? Czy on został
wrobiony, czy to może być zemsta służb specjalnych?
B.K.: Wie pan, zostawmy to prokuraturze i sądowi. Wie pan, niech pan pamięta, ja bym
sugerował dużą wstrzemięźliwość w okazywaniu solidarności zawodowej
dziennikarskiej, no bo sprawa nie dotyczy docierania czy łamania tajemnicy państwowej
przez dziennikarza śledczego, co bym rozumiał, nie akceptował, ale rozumiał, ale dotyczy
podejrzenia o korupcję, po prostu o korupcję, o pomoc w korupcji. I to w takim obszarze
bardzo delikatnym, wrażliwym z punktu widzenia interesów państwa, jak służby specjalne.
Więc sugerowałbym ogromną wstrzemięźliwość tutaj, zostawmy to, niech prokuratura
to zbada w całym trudnym kontekście..."
Jak się kończy afera „Marszałkowa"? Dla mnie jeszcze się nie kończy. Zbyt wiele rzeczy nie
zostało wyjaśnione i zbyt chętnie zapomniano by o sprawie. To kalendarium byłoby jednak
niepełne, gdyby zabrakło następującej informacji:
18 sierpnia 2008r. - „Wprost" - „Prezydent Lech Kaczyński zapowiedział, że nie opublikuje
aneksu do raportu z weryfikacji WSI w wersji, w jakiej go otrzymał."
Źródła:
http://www.przeglad-tygodnik.pl/index.php?site=artykul&id=5571 http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,4619057.html http://www.dziennik.pl/polityka/article57248/Prezydent ma aneks do raportu o WSI.html
http://www.dziennik.pl/polityka/article57662/Kaczynski_Nie_przewyzszymy_PO_w_knajack
ich_atakach.htm
http ://www. dziennik.pl/polityka/article74777/Macierewicz_pisze_i eszczej eden_raport_o_W
SI.html
http://www.dziennik.pl/polityka/article76279/Platforma_dobierze_sie_do_archiwum_WSI.ht
ml
http://www.dziennik.pl/polityka/article73 819/Schetyna_Zbadam_klamstwa_o_materialach_W
Sl.httn
http://www.dziennik.pl/opinie/article83170/Marszalek_Nocne_gry_i_zabawy_politykow_PiS.
html
http://www.dziennik.pl/polityka/article96073/PiS_ukryl_przed_Tuskiem_aneks_Macierewicz
a.htm
http ://www. dziennik, pl/polityka/article 111401 /T VPszukahakownamarszalkaSej mu_. ht
ml
http://www.dziennik.pl/polityka/article1 13 290/Znikaj ace_komputery_Macierewicza.html
http://www.dziennik.pl/polityka/article120857/Macierewicz_Komorowski_bronil_ludzi_WSI.
htm
http://www.dziennik.pl/opinie/article126286/Macierewicz_i Jego_Bondowie.html
http ://www. dziennik.pl/polityka/article 126816/Egzamin_na_szpiega_zdawali_faksem. html
http://www.dziennik.pl/polityka/articlel27336/Macierewicz_wyniosl_tajne_dokumenty.html
http://www.dziennik.pl/polityka/article127809/Sledczy_sprawdza_Macierewicza.html
http ://www. dziennik.pl/polityka/article 148796/Resort_obrony_uj awnia_mediom_tajemnice_p
anstwowe.html
http ://www. dziennik.pl/polityka/article 151272/Prezydent_i_trzech_ministrow_przed_trybunal
.htm
http ://www. dziennik, pl/polityka/article 151469/Taj ny_aneks_Macierewicza_wy wola_skandal.
html
http://www.dziennik.pl/polityka/article1 51914/Kaczynscy_odpowiadaja_za_aneks_o_WSI.ht
ml
http://www.dziennik.pl/polityka/article163434/T ak_handlowano_aneksem_Macierewicza.htm
l
http://www.dziennik.pl/opinie/article1 63 532/Kto_gra_aneksem_Macierewicza_.html
http://www.dziennik.pl/polityka/article172597/Agenci_przeszukuja_domy_ludzi_Macierewic
za.htm
http://www.dziennik.pl/polityka/article1 7346 1/Prokuratura_Znaleziono_tajne_dokumenty.ht
ml
http://www.polskieradio.pl/jedynka/sygnalydnia/?id=15339
http://www.wprost.pl/ar/136589/Prezydent-nie-opublikuje-aneksu-do-raportu-nt-WSI-w-
wersji-Macierewicza/
PROTOKÓŁ PRZESŁUCHANIA PRZEZ PROKURATURĘ BRONISŁAWA KOMOROWSKIEGO
Sygn. Akt PR-IV-X-Ds. 26/07
PROTOKÓŁ przesłuchania świadka
Warszawa dnia 24.07.2008r., o godz. 13.07.
Andrzej Michalski - Prokurator Prokuratury Okręgowej w Warszawie del. do Prokuratury
Krajowej
Z udziałem protokolanta - asystenta prokuratora Katarzyny Marzec
(...)
Świadek podał następujące dane osobowe:
Imię i nazwisko Bronisław Maria Komorowski
Imiona rodziców Zygmunt, Jadwiga
Data i miejsce urodzenia 04.06.1952r. w Obornikach Śląskich
Adres dla doręczeń w kraju Warszawa ul. Wiejska 2/6 Kancelaria Sejmu
Zajęcie Marszałek Sejmu RP
Wykształcenie wyższe
Karalność za fałszywe zeznania nie karany
Stosunek do stron obcy
Uprzedzony o odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych zeznań (oraz o treści art. 182
i 183 kpk i pouczony o treści art. 185 kpk) oświadczam, że :
Znam pana płk. Aleksandra Lichockiego. O ile pamiętam to zetknąłem się z nim po raz pierwszy w roku 1990 gdy byłem Wiceministrem Obrony Narodowej a Pan Lichocki chyba był szefem komórki Kontrwywiadu zajmującej się IC MON. Kojarzyłem go jako osobę blisko związaną z gen.Bułą ówczesnym szefem WSW. Obie postacie kojarzyłem ze sprawą niszczenia akt ówczesnej WSW. O sprawie tej meldowałem ówczesnemu Ministrowi Obrony Narodowej adm. Kołodziejczykowi oraz Premierowi Mazowieckiemu.
Zaowocowało to M.in. wnioskiem do Prokuratury i skazaniem gen.Buły na karę chyba 2 i pół roku pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem. Nie jestem w stanie określić czy płk.Lichocki objęty był tym postępowaniem, ale wydarzenie to oraz dość powszechna opinia o związkach gen.Buły ze służbami radzieckimi spowodowały, że gdy przy reorganizacji WSW miałem istotny wpływ na to, że pan płk.Lichocki utracił funkcję i odszedł z wojska. Drugi raz pana płk. Lichockiego spotkałem w listopadzie 2007r., zgłosił się do mnie poprzez pośrednictwo gen.Józefa Buczyńskiego, swego czasu szefa departamentu kadr, a potem attache wojskowego w Pekinie. Pan gen.Buczyński poinformował mnie, że jest taki pan pułkownik, który może mieć istotne dla mnie informacje, także osobiście mnie dotyczące. Wymienił nazwisko pułkownika Lichockiego. Postanowiłem przyjąć go w swoim biurze poselskim przy ul.Krakowskie Przedmieście. Było to około 19 listopada 2007r. Lichocki przyszedł sam. W rozmowie z nim nikt więcej nie uczestniczył. Pan Lichocki w rozmowie ze mną sugerował możliwość dotarcia albo do tekstu, albo do treści całości lub fragmentu dotyczącego mojej osoby-aneksu do raportu WSI.
Nie było dla nie zaskoczeniem pojawienie się mojego nazwiska w aneksie. Wcześniej prasa
sugerowała, że moja osoba ma być objęta treścią tego raportu. W rozmowie Lichocki nie
określił wprost, ale że ma taką możliwość poprzez swoje kontakty. Nie określił żadnych
żądań. Ja wyraziłem wstępnie zainteresowanie jego propozycją . Umówiliśmy się, że on
odezwie się gdy będzie na pewno miał możliwość dotarcia do tych dokumentów. Miał się
wtedy do mnie odezwać poprzez telefon mojego biura.
Jednak po kilku dniach pani Jadwiga Zakrzewska, poseł PO, przekazała mi, że chce się ze
mną spotkać pułkownik z WSI, który jest jej sąsiadem. Spotkanie odbyło się w moim biurze
poselskim. Rozmówcą okazał się nieznany mi wcześniej pułkownik Leszek Tobiasz. Według
zapisów mojego kalendarza spotkanie miało miejsce 21 listopada 2007r. i tej daty jestem
pewien, w kalendarzu niestety nie zapisano dnia spotkania z Lichockim, ale mogło to być
około dzień lub dwa przed rozmową z Tobiaszem.
Płk. Tobiasz powiedział mi, że ma dowody na korupcyjną działalność Komisji
Weryfikacyjnej. Wśród osób zamieszanych w tę działalność wymienił płk. Lichockiego,
członka komisji Leszka Pietrzaka i wspomniał o udziale w doprowadzeniu do spotkania z
Pietrzakiem jakiegoś pośrednika. Tobiasz mówił, że chodziło o pozytywną weryfikację jego
osoby i syna oraz że nagrał rozmowy z Lichockim oraz rozmowę z Pietrzakiem. Według
ustaleń Tobiasza w sprawę korupcji miało być zamieszanych dwóch członków komisji. Nie
wymienił o jakiego członka poza Pietrzakiem miało chodzić. Z relacji Tobiasza wynikało, że
wie o tym bezpośrednio od Lichockiego. Pod koniec rozmowy z Tobiaszem powiedziałem
mu, że do mnie próbował docierać płk. Lichocki.
Od samego początku rola Lichockiego wydawała mi się dziwna tym bardziej zachowałem
dużą ostrożność i przeciągałem w czasie drugie spotkanie z nim - Lichocki bowiem odzywał
się do mnie poprzez gen. Buczyńskiego. Tobiasz chciał mi okazać zdobyte dowody w postaci
nagrań i na kolejne spotkanie, 3 grudnia 2007 r. - przyniósł je.
Widziałem kamerę, dyktafon, kasetę video i kasety do dyktafonu. Nie chcąc odsłuchiwać
pozyskanych przez Tobiasza materiałów poprosiłem tylko o pokazanie kadru z kamery z
wizerunkiem Lichockiego. Jakkolwiek zarejestrowane na taśmie video sceny były kręcone z
tyłu rozmówcy to w pewnym momencie mężczyzna odwrócił się i zobaczyłem znaczną część
profilu - faktycznie było to płk. Lichocki. Tobiasz pytał się co ma z tym materiałem zrobić.
Odpowiedziałem mu, że powinien to zabrać, a ja wyjaśnię to z odpowiednimi organami.
O ile pamiętam następnego dnia przekazałem powyższą informację Ministrowi
Koordynatorowi Pawłowi Grasiowi oraz szefowi SKW płk. Reszce. Minister Graś następnie
powiedział mi , że jest to sprawa, którą powinno zająć się ABW z uwagi nie tylko na
korupcję, ale również na zagrożenie państwa. Po kilku dniach przeprowadziłem rozmowę z
szefem ABW panem Bondarykiem.
Po pewnym czasie, myślę że po około dwóch tygodniach, Tobiasz stawił się w umówionym
miejscu i czasie do dyspozycji ABW, która zajęła się tą sprawą.
Nie jestem pewien czy przed drugim spotkaniem z Tobiaszem czy po nim, miało miejsce
moje drugie spotkanie z płk. Lichockim. Lichocki nie powiedział mi wprost, że ma dostęp do
fragmentu aneksu, ja go też specjalnie nie naciskałem zachowując ostrożność bowiem
wszystko wskazywało na to, że jest to jakaś gra. Doszedłem do wniosku, że jest to
prowokacja względem mojej osoby. Lichocki przecież musiał wiedzieć, że i tak przed
opublikowaniem dostanę ten tekst do wglądu.
Ja fotel Marszałka objąłem z dniem 5 listopada 2007r.więc Lichocki po raz pierwszy
docierając do mnie wiedział, że będę miał dostęp do aneksu. Kategorycznie stwierdzam, że
Lichocki w zamian za ujawnienie mi fragmentu aneksu niczego nie żądał.
Podczas drugiej rozmowy Lichocki nie potwierdził ani nie zaprzeczył możliwości dotarcia do
aneksu. Chwalił się natomiast, że on sporo wie, że ma szerokie kontakty. Odniosłem wrażenie
jakby stawiał się do dyspozycji. Odpowiedziałem wymijająco, że w razie czego się odezwę.
Więcej się z nim nie spotkałem.
Tobiasz natomiast parokrotnie odwiedzał mnie w biurze. Próbował mi dalej opowiadać, był
zaniepokojony, że nie udzielono mu instrukcji jak się ma zachować. Ja wiedząc, że jest już
prowadzone postępowanie odsyłałem go do ABW.
Nie jest mi nic wiadomym, aby Lichocki proponował pozytywną weryfikację w zamian za
korzyści majątkowe innym (poza płk.Tobiaszem) oficerom WSI ani aby komukolwiek
innemu oferował aneks. Wiem o jego działalności hobbystycznej i biznesowej. O ile
pamiętam z firmą Polaqua - przekazałem takie informacje szefowi ABW panu Bondarykowi.
To wszystko co mam do zeznania.
Na pytania prokuratora.
Zdziwiła mnie inicjatywa pana Lichockiego co do mojej osoby - jednak w rozmowie ze mną
nie wyrażał żadnych pretensji związanych z przeszłością i moją rolą w odejściu jego osoby ze
służby.
Według mnie Tobiasz relacjonując mi po raz pierwszy przedmiotową sprawę nie wiedział, że
Lichocki kontaktował się ze mną. Nie wiedział też o mojej roli w spowodowaniu odejścia
Lichockiego ze służby w roku 1990.
Nazwisko Wojciecha Sumlińskiego kojarzę jedynie z prasy. Nie znam go osobiście. Leszka
Pietrzaka także nie kojarzę.
Nie kojarzę nic poza informacjami z mediów na temat ewentualnej sprzedaży aneksu spółce
Agora. Nie wykluczam, że coś takiego mogło przewijać się w relacjach Tobiasza, ale nie pamiętam szczegółów.
Nie kojarzę osoby Piotra Bączka, chociaż słyszałem informacje, że jest to osoba
odpowiedzialna w komisji za przecieki w sensie budowania negatywnego wizerunku WSI, ale
nie są to informacje oparte o moją wiedzę, raczej cudze opinie. Nie słyszałem nic, aby pan
Bączek miał sprzedać Agorze aneks za kwotę 1 mln zł.
To wszystko co mam do zeznania.
Protokół niniejszy odczytano.
Przesłuchanie zakończono dnia 24.07.2008r. o godz. 15.05.
( pisownia oryginalna)
link do skanów: http://nczas.com/publicystyka/wsi-i-komorowski-ujawniamy-protokol-przesluchania-marszalka-komorowskiego/
MARSZAŁEK O AFERZE „MARSZAŁKOWEJ"
„Mamy głębokie przekonanie o tym, że była to akcja zmierzająca absolutnie nie do wyjaśnienia kwestii wadliwych powiązań między światem mediów a służbami specjalnymi, ale akcja zmierzająca do wystraszenia dziennikarzy, powstrzymania ich przed zajmowaniem się kwestiami niewygodnymi dla niektórych polityków. Problem polega na tym, że dzisiaj ci politycy zajmują bardzo ważne miejsca w hierarchii, w strukturze państwa polskiego. Stawiamy pytanie w związku z tym, o powołanie komisji nadzwyczajnej, która miałaby zbadać
kwestie związane z tymi wydarzeniami. Zadajemy to pytanie w przekonaniu, ie sprawa ta nie może pozostać ukryta, nie może być pod korcem, musi być wyjaśniona, jeśli chcemy uczciwie mówić o usunięciu z państwowego życia polskiego patologii. Bo patologią jest używanie przez wysokiej rangi urzędników państwowych podległych im instytucji do rozstrzygania kwestii, które ich osobiście bolą w relacjach z dziennikarzami. Zwracamy się z pytaniem, czy to nie jest najwyższa pora, aby powołać komisję nadzwyczajną i być może, aby pan premier w imię sanacji życia publicznego w Polsce podjął działania zmierzające do wyjaśnienia tej wstydliwej sprawy.
„Wynika, że został uruchomiony na nieprawdopodobną skalę aparat ścigania i kontroli, były wszelkiego rodzaju przesłuchania, notatki, i jeszcze dodatkowe wątki gdzieś badane.
Kilkadziesiąt osób przesłuchanych to jest naprawdę bardzo duża skala (...) dlatego moje dodatkowe pytanie jest takie: czy (...)wy star czającym uzasadnieniem dla uruchamiania tak dużego i tak kosztownego aparatu może być plotka dziennikarska - nawet gdyby była prawdziwa - że ktoś zamierza kogoś zdyskredytować przy użyciu prasy czy w polityce, to czy jest to wystarczające uzasadnienie dla uruchomienia aparatu ścigania na taką skalę? Może się zdarzyć, że ja jutro też panią poproszę - czy ktokolwiek inny - o wszczęcie takiego samego śledztwa, bo usłyszymy od swojego kolegi albo od swojego konkurenta, że ktoś kogoś zamierza politycznie nadwerężyć poprzez prasę.
„Jeśli chodzi o sprzedaż aneksu, to pewnie pan wie lepiej, bo wśród dziennikarzy krążyły różne informacje na ten temat. Ja sprawy nie znam, ale z ułomków informacji widać, że ewentualna korupcja dotyczy też zweryfikowania pozytywnego za pieniądze. Innymi słowy, próby (niewiadomo czy udanej) załatwienia sobie pracy w wywiadzie i w kontrwywiadzie, tworzonym przez Antoniego Macierewicza, za pieniądze. To jest zagrożenie dla interesów państwa. Bo za pieniądze może sobie załatwić coś zrozpaczony funkcjonariusz WSI, ale może i obcy wywiad może załatwić coś komuś, kto z frustracji związał się z obcymi wywiadami."
„Nie znam takiego przypadku, żeby ktoś potwierdził, że znał i się przyjaźnił z tego rodzaju postaciami. To właśnie prokuratura musi zbadać, czy był jakiś związek. Ale rozumiem, że jakieś podstawy do aresztowania tych dwóch panów są. I do przeszukania gdzie indziej. W imię interesu państwa nie powinno się krzyczeć, histeryzować wokół tej sprawy, tylko pozwolić prokuraturze dokonać wszystkich czynności śledczych i podjąć decyzję, czy występują do sądu o zatrzymanie, czy nie? Czy sprawa jest błaha, czy też śmiertelnie poważna? Na to nie wolno patrzeć z punktu widzenia jakiejś rozgrywki politycznej, bo to nie jest rozgrywka polityczna. Tylko trzeba na to patrzeć z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa."
„Znam pana płk. Aleksandra Lichockiego."
„Śledztwo musi wykazać, czy pan Aleksander L. i ten dziennikarz mieli swoje kontakty w komisji weryfikacyjnej. Na czym te kontakty polegały? Co załatwiali, a co próbowali tylko załatwić? W związku z tym uważam, że nie wolno się śpieszyć z żadnymi wyrokami w tej kwestii."
„Pan gen.Buczyński poinformował mnie, że jest taki pan pułkownik, który może mieć istotne dla mnie informacje, także osobiście mnie dotyczące. Wymienił nazwisko pułkownika
Lichockiego. Postanowiłem przyjąć go w swoim biurze poselskim przy ul.Krakowskie Przedmieście. Było to około 19 listopada 2007r. Lichocki przyszedł sam. W rozmowie z nim nikt więcej nie uczestniczył. Pan Lichocki w rozmowie ze mną sugerował możliwość dotarcia albo do tekstu, albo do treści całości lub fragmentu dotyczącego mojej osoby-aneksu do raportu WSI. ( )
Ja wyraziłem wstępnie zainteresowanie jego propozycją . Umówiliśmy się, że on odezwie się gdy będzie na pewno miał możliwość dotarcia do tych dokumentów. Miał się wtedy do mnie odezwać poprzez telefon mojego biura."
„Prokuratura była u mnie, składałem zeznania, w związku z tym, że wcześniej informowałem opinię publiczną o tym, że pan pułkownik Lichocki, jeszcze człowiek z dawnych służb peerelowskich, no, był u mnie z dosyć dziwną taką ofertą, którą trudno nazwać korupcyjną, ale niewątpliwie sugerował możliwość uzyskania przeze mnie wglądu w Aneks do raportu o likwidacji WSI, o czym powiadomiłem odpowiednie służby, no a teraz prokuratura chciała mnie na tę okoliczność przesłuchać."
„Podczas drugiej rozmowy Lichocki nie potwierdził ani nie zaprzeczył możliwości dotarcia do aneksu. Chwalił się natomiast, że on sporo wie, że ma szerokie kontakty. Odniosłem wrażenie jakby stawiał się do dyspozycji. Odpowiedziałem wymijająco, że w razie czego się odezwę. Więcej się z nim nie spotkałem."
„Jak pan myśli, dlaczego pułkownik Lichocki przyszedł właśnie do pana? Ja myślę, że prozaiczna sprawa - po pierwsze sądził, że ja jestem zainteresowany, bo jak pan Antoni Macierewicz publicznie mówił... moje nazwisko jest wymieniane w jego Aneksie tajnym, a po drugie nastąpiła zmiana władzy, ja już byłem marszałkiem Sejmu, więc mógł sądzić, że się „przeflancuję", mówiąc takim językiem polityczno-ogrodniczym, na nową grządkę, na nowy układ sił politycznych. Wcześniej, jak odnoszę wrażenie, znakomicie funkcjonował w otoczeniu poprzedniej ekipy, PiS-owskiej ekipy władzy i próbował się „przeflancować" na drugą stronę. Taka jest moja ocena, ale to już prokuratorzy badają."
„Zdziwiła mnie inicjatywa pana Lichockiego co do mojej osoby - jednak w rozmowie ze mną nie wyrażał żadnych pretensji związanych z przeszłością i moją rolą w odejściu jego osoby ze służby."
„Wie pan, ja nie chciałbym... ja składałem zeznania, prawda, w prokuraturze i niech te zeznania będą na razie własnością prokuratury, bo każde ujawnienie szczegółów tej dziwnej rozmowy z panem Lichockim może mu pomóc w uniknięciu ewentualnej odpowiedzialności. Więc póki toczy się śledztwo, póki jest perspektywa procesu, niech ta informacja, ta wiedza niech będzie własnością na razie prokuratorów."
„Po kilku dniach pani Jadwiga Zakrzewska, poseł PO, przekazała mi, że chce się ze mną spotkać pułkownik z WSI, który jest jej sąsiadem. Spotkanie odbyło się w moim biurze poselskim. Rozmówcą okazał się nieznany mi wcześniej pułkownik Leszek Tobiasz"
„Pod koniec rozmowy z Tobiaszem powiedziałem mu, że do mnie próbował docierać płk. Lichocki. Od samego początku rola Lichockiego wydawała mi się dziwna tym bardziej zachowałem dużą ostrożność i przeciągałem w czasie drugie spotkanie z nim - Lichocki bowiem odzywał się do mnie poprzez gen. Buczyńskiego. Tobiasz chciał mi okazać zdobyte dowody w postaci nagrań i na kolejne spotkanie, 3 grudnia 2007 r. - przyniósł je."
„Tobiasz pytał się co ma z tym materiałem zrobić. Odpowiedziałem mu, że powinien to zabrać, a ja wyjaśnię to z odpowiednimi organami."
„Odpowiednie służby pan powiadomił. Jakie to były służby, panie marszałku?
No właśnie, ja myślę, że to zostawmy na razie. Wiadomo, że ich jest parę w Polsce, to są wojskowe, to są kontrwywiad..."
„Nie, nie, nie, nie, właśnie to jest niezdrowa sugestia, że jakby to jest interes służb specjalnych. Otóż służby specjalne mogą być o tyle w sprawie, że korupcja, o którą jest podejrzany pan Sumliński, gdzieś się miała... mogła się toczyć w otoczeniu służb specjalnych. No ale proszę wybaczyć, to nie jest ani w spr... nie działają służby specjalne w sprawie Sumlińskiego, a sugerowanie tego jest według mnie mocno nie w porządku, no bo na razie sprawa jest w prokuraturze i sąd ocenia propozycje prokuratury, czy jest potrzebne izolowanie takiego pana, czy też nie. Jeżeli ocenia, że tak, no to wychodzi z założenia, że wchodzi w grę ryzyko matactwa. Ja uważam, że w takie delikatne sprawy, jak przebieg postępowania prokuratorskiego, absolutnie nie powinien Sejm ingerować, no bo Sejm nie ma wiedzy o tym, jaki jest pomysł na śledztwo, jakie są uwarunkowania tego śledztwa. No, próba ingerowania w to wszystko według mnie byłaby nadużyciem."
„Patologią jest używanie przez wysokiej rangi urzędników państwowych podległych im instytucji do rozstrzygania kwestii, które ich osobiście bolą w relacjach z dziennikarzami. „
„Właśnie mówimy o autorytecie parlamentu i marszałka. Marszałek jest drugą osobą w państwie po prezydencie, więc kwestia jego wiarygodności, jego słowa jest sprawą bardzo istotną. Oczywiście, z punktu widzenia prawnego nie musi tego zrobić, bo jest jeszcze druga instancja, są procedury sejmowe, ale jeżeli mówimy o autorytecie, no to od polityków odpowiedzialnych, którzy deklarują swoje propaństwowe myślenie należy oczekiwać trochę więcej niż takie pełne tylko i wyłącznie podporządkowanie się prawu. Tu chodzi o autorytet państwa, autorytet prawa, autorytet parlamentu również."
„Jeśli ktoś skłamał i oszukał, własne środowisko polityczne także, no to musi ponieść tego konsekwencje. I Platforma na pewno nie będzie kombinowała, jak tutaj kogoś osłonić, (...). Dla takich osób w Platformie Obywatelskiej nie ma i nie będzie miejsca."
„Jeżeli ktoś skłamał w sposób tak drastyczny i w tak w sumie w brzydkiej sprawie, no to według mnie nie powinien w ogóle mieć odwagi stawania przed opinią publiczną. I
uważam, że to jest w ogóle najłagodniejsza forma nawet nie tyle ukarania, pozbycia się pewnych ludzi z polityki właśnie."
„Natomiast według mnie rolą marszałka jest jako właśnie drugiej osoby w państwie jednak tworzenie możliwości debaty publicznej w Parlamencie, bo inaczej jak tego nie ma, to się ona toczy na ulicach. Taka jest zawsze reguła."
„Przestępcami dzisiaj są ci, którzy korumpują w polityce, a korumpują przedstawiciele władzy, rządu. Przestępcami są ci, który dopuszczają się korupcji, oni mają tajne służby w rękach. Więc rozumiem, że przy stoliku zmienili się gracze i toczą swoją grę, a tylko próbują stworzyć wrażenie, że wspaniałemu, cudownemu, czystemu moralnie rządowi (...)zagrażają jacyś Marsjanie. Im zagraża własna nieodpowiedzialność, nieudacznictwo,
także właśnie korupcja polityczna, którą uprawiają na dużą skalę. To im zagraża. Niestety, to samo grozi całej Polsce, bo Polską rządzą tacy ludzie."
„ Zwracamy się z pytaniem, czy to nie jest najwyższa pora, aby powołać komisję nadzwyczajną i być może, aby pan premier w imię sanacji życia publicznego w Polsce podjął działania zmierzające do wyjaśnienia tej wstydliwej sprawy".
Wszystkie powyższe słowa są autorstwa Bronisława Komorowskiego.
Źródła:
http://www.polskieradio.pl/trojka/salon/default. aspx?id=50326
http://www.polskieradio.pl/jedynka/sygnalydnia/?id=15339
http://www.polskieradio.pl/jedynka/sygnalydnia/artykul8650.html
http://www.polskieradio.pl/jedynka/sygnalydnia/artykul9584.html
http://sk2.pl/19214
http://sk2.pl/19216
PROTOKÓŁ PRZESŁUCHANIA B.KOMOROWSKIEGO
FIGURANCI I GRACZE
Nietrudno dostrzec, że w III RP żadna poważniejsza afera nie jest możliwa bez udziału ludzi służb specjalnych. Nie może być inaczej, skoro kolejne rządy traktują służby jak partyjnego bodyguarda, a dominujący w tym środowisku ludzie komunistycznej bezpieki nie odczuwają żadnej lojalności wobec niepodległego państwa. Zwykle też, ochrona interesów grupy trzymającej władzę, nie koliduje z troską o własną kieszeń.
Co dopiero, gdy rządy sprawuje partia powołana przez ludzi I Departamentu MSW, a działalność tajnych służb nie podlega żadnemu nadzorowi. Ten stan samowoli - idealny z punktu widzenia szefostwa służb, jest również pożądany przez rozmaite grupy oligarchów, decydujące o kształcie sceny politycznej i rozstrzygnięciach gospodarczych. Nie może zatem dziwić, że ludzie Platformy – będący de facto zakładnikami układu, który wyniósł ich do władzy, coraz widoczniej stają się przedmiotem rozgrywek wewnątrz służb i pozbawiani są nawet tej namiastki władzy, jakiej im udzielono
Zwykle istnieje poważny problem z realną oceną udziału tajnych służb w epizodach, które pozornie tylko mają wymiar zdarzeń politycznych lub kryminalnych. Jeśli nawet w tle można dostrzec postaci z tego środowiska, na ogół nie sposób znaleźć dowodów, a nawet mocnych poszlak, wskazujących na faktycznych inspiratorów. Gdy pojawi się zagrożenie i ktoś nazbyt dociekliwy zbliży się do prawdy, służby uciekną się do kłamstw, pomówień, szantażu, – a niewykluczone, że w ostateczności do fizycznej likwidacji.
Sprawa senatora Piesiewicza – o której rozpisują się media, stanowi tu niemal wzorcowy przykład takiej obecności ludzi tajnych służb, która wymyka się jednoznacznym ocenom, a jednocześnie wskazuje na istnienie potężnych konfliktów wokół i wewnątrz grupy rządzącej. Sprawa ta wpisuje się w rozpoczęty przed kilkoma miesiącami scenariusz likwidacji medialnego „parasola ochronnego” - jaki do tej pory nad Platformą roztaczało środowisko byłych esbeków. O tym, - czy jest to proces trwały i nieodwracalny, czy też ma doprowadzić jedynie do zdyscyplinowania Donalda Tuska – trudno w tej chwili przesądzać.
Kluczem do zrozumienia wzajemnych relacji między środowiskiem, które powołało Platformę do istnienia, a jej obecnymi liderami wydaje się proces prywatyzacji pozostałości majątku narodowego, a w szczególności sektora paliwowo – energetycznego. Ogłoszenie planu prywatyzacyjnego PO, w którym padła zapowiedź, iż do końca 2011 roku nie przewiduje się żadnych działań prywatyzacyjnych w odniesieniu do największych podmiotów sektora naftowego oraz nieudolność (być może w pełni zamierzona), jaką okazał minister Grad w kilku podjętych projektach – mogła zdecydować o cofnięciu dotychczasowego poparcia. W tym kontekście trzeba głównie zwrócić uwagę na działania Andrzeja Olechowskiego, który mając świadomość, iż decyzje prywatyzacyjne Platformy nie zaspokoją oczekiwań ludzi związanych ze służbami, zdecydował o zerwaniu związków z tą partią i poparciu Pawła Piskorskiego. Wiele późniejszych faktów wskazuje, że od tego momentu nasiliła się krytyka Platformy i rozpoczęła medialna akcja dyscyplinowania.
Takie zdarzenia: jak fiasko prywatyzacji grupy ENEA, do czego przyczyniło się ujawnienie roli spółki TFS (związanej z oficerami Departamentu I MSW), czy afera zwana stoczniową, w której jedna grupa przeszkodziła drugiej w przeprowadzeniu korzystnego interesu – są czytelnym sygnałem, że w tle zdarzeń polityczno- gospodarczych mamy do czynienia z walką ludzi służb o ogromne wpływy i dochody.
Czas i sposób ujawnienia sprawy senatora Piesiewicza zdają się wskazywać, że chodziło o wywołanie efektu propagandowego, wyprzedzającego konkretne zdarzenie. O jakie zdarzenie mogło chodzić?
Już następnego dnia po publikacji materiałów kompromitujących Piesiewicza, odezwał się Aleksander Kwaśniewski i oznajmił o swoim poparciu dla Pawła Piskorskiego i Andrzeja Olechowskiego, oraz zaproponował wyłonienie wspólnego z komunistami kandydata na prezydenta. Dwa dni później również Piskorski zasugerował, że SLD i SD mogłyby połączyć swoje siły i wystawić jednego, centrolewicowego kandydata. Zdaniem Piskorskiego, pomysł byłego prezydenta ma na celu wywołanie dyskusji w środowiskach na lewo od PO oraz w centrum. W kontekście ujawnienia sprawy Piesiewicza, ów „pomysł na wywołanie dyskusji” może dotyczyć pogłębienia rozłamów w samej Platformie i służyć przyciągnięciu działaczy PO oraz części niezdecydowanego elektoratu. Społeczeństwu przesłano czytelny sygnał : z jednej strony otrzymało informacje o narkotycznych i seksualnych ekscesach polityka Platformy (przypomniano też narkotykowe przygody Tuska), z drugiej – zaproponowano konkretną alternatywę - w osobie „niezależnego” kandydata Olechowskiego. Jeśli nawet te zdarzenia nie mają bezpośredniego związku, wskazują na pewną prawidłowość, gdy kolejnej kompromitacji PO towarzyszy kampania nagłaśniająca polityczne sukcesy Olechowskiego.
W tym i tylko w tym sensie, senator PO staje się ofiarą rozgrywek. Można się zastanawiać - jakie czynniki zdecydowały o wyborze Piesiewicza, czy chodziło o cechy charakteru i szczególne skłonności, czy też podłoże szantażu miało głębsze przyczyny? Pojawiały się sugestie, że zdarzenie to może mieć związek z rolą adwokata - obrońcy podczas procesu zabójców księdza Jerzego. Niewykluczone – jednak tylko w tym znaczeniu, że to wówczas policja polityczna PRL mogła sporządzić portret psychologiczny Piesiewicza i dokładnie rozpoznać jego „słabe punkty”. Ta wiedza mogła okazać się przydatna, gdy doszło do typowania „figuranta” celem przeprowadzenia kombinacji operacyjnej. Nie można zapominać, że przez wiele lat SB rozważało możliwość pozyskania Piesiewicza jako tajnego współpracownika. Z informacji zawartych w dokumentach bezpieki wynika, że roku 1982 Wydział II Dep. III MSW zarejestrował Piesiewicza w kategorii kandydat na TW. W materiałach brak jest dokumentów wskazujących na przeprowadzenie tzw. rozmowy werbunkowej. Sprawę przekazywano następnie do kolejnych jednostek MSW, by w roku 1988 zdjąć z czynnej ewidencji operacyjnej z powodu rezygnacji z pozyskania. Materiały złożono i sfilmowano w Biurze "C" MSW , a następnie zniszczono w styczniu 1990 r. Trzeba podkreślić, że kandydat na TW mógł nawet nie wiedzieć, że SB rozważa możliwość jego pozyskania, a sama kategoria wskazuje tylko tyle, że bezpieka miała zamiar pozyskać Piesiewicza do współpracy. Niewykluczone jednak, że już w latach 80 –tych spodziewano się pozyskania materiałów kompromitujących adwokata, by na tej podstawie podjąć próbę werbunku.
O ile pierwsze doniesienia medialne, dotyczące filmów z udziałem senatora mogły wskazywać jedynie pośrednio, że w sprawie maczali palce ludzie ze służb – o tyle ostatnia informacja, że zatrzymany w sprawie mężczyzna, który miał być mózgiem szantażu, zeznał w śledztwie, jakoby był agentem WSI – jednoznacznie wskazuje, że mamy do czynienia z grą autorstwa ludzi tajnych służb. Tylko odbiorca mocno bezkrytyczny mógłby uwierzyć, że człowiek ten dobrowolnie przyznał się do współpracy z WSI , a tym samym wskazał na inspiratorów prowokacji wobec senatora. Ktoś, podając tę informację liczył zapewne na jej medialny efekt. Z jednej strony, stawia ona w lepszym świetle samego Piesiewicza, rozgrzeszając go jako „ofiarę” szantażu WSI – z drugiej, ma jednoznacznie sugerować, że partia Tuska stała się obiektem ataku środowiska zlikwidowanych WSI. Nic bardziej mylnego. Ten przekaz nosi wszelkie znamiona dezinformacji, ale też potwierdza, że w sprawę zaangażowani są ludzie ze środowiska służb.
Okoliczności sprawy, a przede wszystkim rzekome przyznanie się agenta WSI wskazują, że faktyczni inspiratorzy akcji chcą ukryć się za medialną wrzutką, zaś nakierowanie podejrzeń na WSI, może stanowić rodzaj ostrzeżenia wobec tych ludzi Platformy, którzy mocno związani ze środowiskiem „wojskówki” zabiegają o poszerzenie wpływów wewnątrz partii. Dla potwierdzenia tej tezy warto wskazać na natychmiastową reakcję Bronisława Komorowskiego, który w Radiu Zet wystąpił w roli obrońcy Piesiewicza i sugerował, że sprawa może mieć „drugie, a nawet trzecie dno”. Ponieważ marszałek Sejmu jest osobą znaną ze szczególnych sympatii i znajomości z ludźmi WSI i zdaje się poważnie myśleć o zajęciu kluczowej pozycji w Platformie – jego wystąpienie trzeba oceniać w kategoriach wewnątrzpartyjnej gry. Wszystkie, dotychczas ujawnione afery z udziałem polityków PO idą na konto Donalda Tuska i zdają się oddalać jego prezydenckie aspiracje. O partyjną sukcesję po Tusku zamierzają powalczyć dwaj „rozgrywający” – Grzegorz Schetyna i Bronisław Komorowski. Ten ostatni – mocno wspierany przez środowisko WSI ( o czym mogliśmy się przekonać w trakcie „afery marszałkowej”) jest człowiekiem, którego ambicje nie kończą się na roli marszałka Sejmu. Ponieważ potrafi umiejętnie dystansować się od kolejnych porażek Platformy i kreować na „męża stanu” – może realnie myśleć o zajęciu miejsca Tuska - tak w przypadku wygranej, jak i przegranej kampanii prezydenckiej. Warto pamiętać, że „człowiekiem Komorowskiego” w PO jest Janusz Palikot, utrzymujący doskonałe kontakty z Andrzejem Olechowskim i środowiskiem tzw. lewicy.
Sprawa senatora Piesiewicza, może być jednym z elementów gry, obliczonej na zdyskredytowanie dotychczasowego układu sił w Platformie i wykreowanie nowego rozdania. Ludzie tajnych służb są w stanie przeprowadzić taką zmianę i – co najważniejsze, dokonać jej pod pozorem politycznych roszad.