Infonurt2
Bohdan Szewczyk Wydawca, 14 Arletta str. Georgetown,On. L7G 3J3, tel. 905-873-0961
Twoja wyszukiwarka
Piatek, 09.10.2010, 06:30pm (GMT)
  Strona glowna
  FAQ
  RSS
  Linki
  Mapa strony
  Kontakt
 
Dziennikarze "Superwizjera" TVN dotarli do Pawła Plusnina ; Śmierć dr Ratajczaka była planowana? ; OD WYDAWCY- WRZESIEŃ 2010 ; MATKA ; Pogrobowcy i ofiary Solidarnosci z KOR
::| Poszukiwane zapytanie:       [Szukanie zaawansowane]
 
Wszystkie artykuly  
  Forum dyskusyjne
  Sensacje
  OD WYDAWCY
  TEMATY WAŻNE
  Polityka
  Historia
  Książki które polecamy
  OBRONA SKARBU PANSTWA POLSKIEGO
  Tematy ciekawe
  Filmy
  SPORT
  TŁUMACZ
  Zaprzyjaźnione serwisy
  REKLAMA KLASYFIKOWANA
Daj reklame Najlepsze miejsce DLA CIEBIE

 
 
TEMATY WAŻNE
 
KORZENIE NIESZCZĘŚCIA POLSKIEGO NARODU
Piatek, 03.05.2010, 04:53pm (GMT)

Nowoczesne badania genetyczne a Słowianie [edytuj]

Haplogroup R1a Distribution

Na wstępie należy nadmienić, że pojęcie słowian jest z natury lingwistyczne, a badania genetyczne oznaczają biologiczne pokrewieństwo. Oznacza to na przykład, że narody angielsko- i hiszpańsko-języczne Ameryki nie pochodzą bynajmniej genetycznie z tych krajów. Języki słowiańskie mogły być narzucane plemionom etnicznie obcym. Nie zmienia to faktu, że obraz genetyczny przedstawia kierunki ekspansji.

Nowoczesne badania genetyczne wykazały, że charakterystycznym genem dla Słowian jest R1a1 (M17) - haplogrupa występująca w męskim chromosomie Y. Na kontynencie europejskim występuje on u Słowian z częstotliwością od 30% do ponad 60%:

  • 63% Serbowie Łużyccy - Łużyce, Niemcy
  • 56,4%-60% Polacy - Polska,
  • 44%-54% Ukraińcy - Ukraina
  • 50% Rosjanie - Rosja

Za najstarszą kolebkę jednoznacznie identyfikowanych przodków Słowian należy przyjąć południową Europę, gdzie do 10 tys. lat temu prowadzą wyniki badań genetycznej genealogii wyznaczane przez haplogrupę R1a1 chromosomu Y. Warto nadmienić że są to nowe dane z XXI wieku, kompletnie nieznane wcześniejszym historykom, którzy mogli się tylko domyślać. Falsyfikacja danych genetycznych jest praktycznie niemożliwa z uwagi na małe prawdopodobieństwo losowych kros mutacji w Y-DNA -

\frac{1}{2^{10^5}}.

Również niedawno przeprowadzane badania genetyczne, stanowiące ciekawostkę genetyczną [7] przedstawiają dowody na pokrewieństwo między Polakami a Węgrami. Zarówno Polacy jak i Węgrzy (również Serbołużyczanie) mają najwyższą częstotliwość genetycznego znacznika R1a1 w Europie, który waha się i wynosi od 5 do 60%. Obydwa narody mają również zgodnie z tymi badaniami ten sam znacznik chromosomu Y, będący wskazówką mówiącą, że pochodzi od z tego samego ojca i powstał ok. 10 000 lat temu.

LIST OTWARTY DO BISKUPÓW POLSKICH, PREZYDENTA RZECZPOSPOLITEJ POLSKIEJ

I PREMIERA RZĄDU RZECZPOSPOLITEJ POLSKIEJ

PRZEBUDŹCIE SIĘ I PODEJMIJCIE DZIEJOWE WYZWANIE

Ważą się losy Polski i całego świata. W ręce Narodu Polskiego Bóg w Trójcy Jedyny powierzył losy współczesnej cywilizacji[i].

Przestańcie służyć dwóm bogom. W imieniu Boga proszę Was, którzy macie coś jeszcze do powiedzenia na polu podejmowania jakichkolwiek decyzji, zastanówcie się, gdyż macie jeszcze czas do naprawienia sytuacji politycznej, gospodarczej, społecznej i w wymiarze duchowym, tej ziemi, polskiej ziemi.

W ostatnich latach Państwo Polskie i Kościół znalazły się w niezwykle trudnej, wręcz kryzysowej sytuacji[ii]. W historii Polskiego Narodu potęga Państwa Polskiego zawsze szła w jedności z władzą polityczną i duchową. Brak tej jedności w imię dobra narodu lub służba w złotych kajdanach niewoli[iii], na żołdzie wrogich Polsce siłom czy też obcych bogów sprawiały, że losy narodu i Państwa Polskiego skazane były na ogromne cierpienia i bolesne doświadczenia.

W tej tak dramatycznej sytuacji dziejowej, jedynym naszym ratunkiem jest odniesienie się tych, co kreują wizerunek polityczny i duchowy współczesnej Polski, do samego Boga. Bóg pragnie bardzo pomóc Polsce, która jest otoczona ze wszystkich stron wrogami, którzy chcą zawładnąć polskimi umysłami, sercami, majątkiem i ziemią. Tylko Bóg może uratować Polskę i ten świat, jeśli pójdzie Ona drogą wyznaczoną przez Boga, drogą ratunku i wybawienia.

Pan Bóg zapragnął, aby Polska, jako pierwsza poprzez swoje nadrzędne władze polityczne i duchowe, uznała uroczyście Pana Jezusa za swego Króla, nawracając się i uznając nadrzędność Prawa Bożego nad prawem publicznym. Kwestię tę precyzyjnie wyjaśnił papież Benedykt XVI 6 stycznia tego roku[iv].

Dziś wyjątkowo ujawnia się także natura naszej pychy. Jest nią arogancja, która sprawia, że chcemy uwolnić się od Boga i być sami dla siebie, arogancja, która sprawia, że sądzimy, iż nie potrzebujemy Jego wiecznej Miłości, lecz możemy być panami swojego własnego życia. W tym buncie przeciwko prawdzie, w tym usiłowaniu bycia samemu sobie bogiem, stwórcą i sędzią, przewracamy się i wpadamy w samozniszczenie[v].

Zwracam się do Was, mający z woli Boga władzę w naszej ukochanej Ojczyźnie, z gorącym błaganiem, pozwólcie, aby Chrystus nas podniósł. Pozbądźcie się poczucia samowystarczalności, złudzenia o Waszej niezależności i skorzystajcie z wyciągniętych dłoni Zbawiciela[vi]. Obecne zamieszanie świata jest ogromne, bo okres panowania szatana zbliża się ku końcowi. Bóg chce skrócić okres tej szatańskiej swawoli, gdyż nie może już patrzeć jak wiele dusz wydziera Mu szatan i rzuca je w przepaść piekielną, szczególnie młodych. Gdybyście mogli zobaczyć oczyma Boga polską ziemię, domy, rodziny, swoje serca i znali swój los, przeklęczelibyście resztę swojego życia w pokorze[vii]. Chcecie nazwać Chrystusa sługą, a nieużytecznymi sługami jesteście. Jezusowi trzeba na Jego przenajświętszą Głowę nałożyć koronę. Jeśli tego nie zrobicie, skażecie nas wszystkich, naród polski, ogromną rzeszę nieświadomych Polaków na konsekwencje wypływające z niezrealizowanej Bożej prośby[viii].

O nadchodzącej próbie mówił najpierw Jan Paweł II, a następnie Benedykt XVI[ix].

Kardynałowie, Arcybiskupi i Biskupi, losy Polskiego Państwa i narodu są w Waszych rękach. Polsce potrzebny jest dobry zarządca i król. Wiem, że wraz z upływem lat i w momencie śmierci, Wasze wołanie będzie już nie w porę. Zrozumiecie wówczas swój błąd, gdy śmierć zajrzy Wam w oczy, ale już nic dobrego nie będziecie mogli zrobić.

Zapamiętajcie! Honor zachowany na tym świecie jest nic niewarty. Pamiętajcie o błędzie Piłata. Bał się tylko utraty swojej pozycji, a utracił wszystko. Kto nie opowie się za Jezusem Chrystusem i Jego królowaniem, ten utraci wszystko jak tamten, który też był ostrzegany.

Panie Jezu, w co mocno wierzę, Królu Polski, udziel nam łaski kochania Cię. Nas jest tu tak dużo oddanych Tobie, tylko słabych i niezdolnych. Ty masz moc otwierania nam oczu i uszu. Ulituj się nad nami Synu Boży i niech święta Męka Twoja odmieni oblicze tej ziemi, polskiej ziemi. Niech święta, niewinna Krew Twoja obmyje nasze polskie serca, żebyśmy przeżyli.

Kraków, dnia 2 marca 2010 r.

 

DZIEJE  BEZDZIEJÓW

Dzieje bez dziejów. Paradoks pozorny. Paradoks, który swój głęboki sens odnajduje w ostatnich trzech wiekach naszej historii. Paradoks, który zatraca swą paradoksalność w bieżącym nurcie życia polskiego.

Dzieje bez dziejów. Takim określeniem najdobitniej zamanifestować można właściwą postawę uczuciową wobec dziejów, którym brak znamion wielkości. Jest to postawa buntu. Tylko z takiej postawy może zrodzić się wola i czyn, walka o lepsze Jutro.


Wola zrodzona z napięcia uczuciowego tylko wtedy zaważyć może na przebiegu historii, gdy wesprze się silnie o intelekt. Złoża duchowe dają energię, skuteczność działania zapewnia poznanie. Poznanie określa ściśle cel i warunki jego realizacji. Historia, tak jak czas, nie zna przerw. Każdy rzut w przyszłość posiada głębokie uwarunkowania w czasach minionych, jak i obecnie przeżywanych. Poznanie, wykrywając związki przyczynowe przebiegających zjawisk życia zbiorowego, daje możność świadomego oddziaływania na tok dziejów po myśli naszych pragnień i wyznawanych ideałów. Te przesłonki uzasadniają trud podjęty przez autora "Dziejów bez dziejów". Praca bowiem ta jest szeroko zakrojoną próbą uchwycenia w zwarty system myślowy rozlicznych powikłań, składających się na całość naszego życia zbiorowego w latach 1600 - 1950, jest to próba wykrycia sił sprawczych, leżących u podstaw przeżywanej epoki. Stąd podtytuł książki: "Teoria rozwoju wewnętrznego Polski".


Oczywistą jest rzeczą, że praca ta, daleka od bezproduktywnego banału naszej oficjalnej nauki historii, czy też komunałów na użytek chwili preparowanych, sięgnąć musiała do samych źródeł, skąd wyrastają siły istotnie czynne w rozwoju Polski. Siły te są duchowej natury. "Teoria" wykazuje jak pod ich działaniem rodzą się nieubłagane a ponure procesy, których nieodwracalność, tak długo jak długo czynne są te siły, jest niemożliwa. Wynika stąd konsekwentna postawa najgłębiej sięgającego rewizjonizmu. Postawa buntu wobec treści duchowych, które powszechnie zwykło się uważać za najwyższy na skali wszelkich wartości. W tym sensie "Dzieje bez dziejów" są zarzewiem głębokich niepokojów ideowych, bez których - trzeba to sobie powiedzieć - nie ma mowy o nawrocie z ahistorycznych bezdroży. Ale w Polsce dzisiejszej takie postawienie problemu jest co najmniej niepopularne. W atmosferze powszechnej sytości duchowej i upojenia prawdami trwającymi od wieków w sklerotycznym zastoju, wszelka istotnie nowa myśl ideowa, burząca martwą toń bezruchu, zyskuje sobie miano "szkodliwych dla Narodu nowinek". Każdej próbie zasadniczej zmiany, gdy już nie sposób nie uznać jej obiektywnej konieczności, przeciwstawia się podstępny chwyt: "Polska nie ma czasu". Ten szantaż ideowy przewija się niezmiennie przez dzieje Polski. Wyostrzony praktyką wieków, tym sprawniej działa dzisiaj. Nic to, że historia powszechna wypełniona jest przykładami, że Narody zawsze od dogłębnych przewartościowań duchowych rozpoczynały swoje wielkie epoki, gdy ich nie stało, następowały nieubłaganie okresy bezdziejów. "Polska nie ma czasu". Potworność tego szlagwortu występuje w całej swej upiornej okazałości, gdy zważymy, że chroni on nie samorodne wartości, nie własne twory genialności Narodu, ale chroni "prawdy" obce, przed wiekami zaszczepione na Jego żywym ciele. Obecna chwila szczególnie sprzyja szermierzom tego hasła. Ale nie trza mieć złudzeń. Zarzewie przemian ideowych jakie mają się zrodzić z myśli rzuconych w "Dziejach bez dziejów", nie wywoła żadnych wstrząsów już dzisiaj, co najmniej byłoby oceniać tę pracę według kryteriów, jakie narzuca bieżąca chwila. Tu raczej należy baczyć, by zachłyśnięcie się bieżącą chwilą nie stało się narzędziem tych sił, które kierowane swym pasożytniczym zmysłem, chwytają każdą okazję dla utwierdzenia się i zwiększenia swego żeru. Te to bowiem siły szczują hasłem: "Polska nie ma czasu". Tu również należy baczyć, zaabsorbowani dniem dzisiejszym, nie zapomnieli o zaczynie dnia jutrzejszego.


Niejednemu czytelnikowi "Dziejów bez dziejów" nasunie się problem pesymizmu i optymizmu. Niejeden czytelnik zbyt pochopnie oceni tę pracę jako wyraz krańcowego pesymizmu. Nic bardziej fałszywego! Pewnie, że wnioski snute na kanwie " teorii wewnętrznego rozwoju Polski" daleko odbiegają od głęboko zakorzenionej w umysłowości polskiej skłonności do samoadoracji, i do wnoszenia własnych cech słabości na ołtarze "świętości narodowych".


"Dzieje bez dziejów" to nie jakaś tam taka, lub owaka ocena polskiej rzeczywistości. "Dzieje bez dziejów" to przede wszystkim teoria, poznanie tego co jest. Ponad zakłamanie łzawego "optymizmu" wyrasta wola opanowania myślowego całości procesów życia Narodu. Od tego ogniwa zacząć musi każde zamierzenie rzutowane w przyszłość. Czyż można nazwać optymistą lekarza, który kaszel chorego na otwartą gruźlicę ocenia jako lekką grypę? Optymistą wydaje się być ten, kto wyrastając ponad komunały niedomówień, zwały tchórzliwych przemilczań, czy uznane powszechnie fikcje, szuka prawdy, choćby najbardziej bolesnej, gdy w oparciu o nią realizować wolę upragnionych zmian. Każda strona "Dziejów bez dziejów" jest wyrazem najśmielszego optymizmu, jest radosnym objawieniem, iż rdzeń Narodu, główne elementy Jego organizmu, są zdrowe, pełne uśpionych sił, zaś tajemnicza choroba, od wieków podcinająca Jego żywotność, okazała się tylko schorzeniem systemu nerwowego - duszy zbiorowej, schorzeniem, którego istotę, gdy się uświadomi łatwo będzie usunąć.


Problem katolicyzmu.

Hołdownikom systemu duchowego, reprezentowanego przez katolicyzm, problem ten wyda się być centralną osią pracy Stachniuka. Odpowiednie zresztą sugestie zdołały dość głęboko zapuścić korzenie w polskiej publicystyce. Nic bardziej złudnego! Na sztandarze naszej walki nie ma miejsca na słowo: katolicyzm. Nonsensem jest przypuszczać, byśmy swoje życia oddawali tego rodzaju celom. Tylko patentowani obrońcy "wiecznych praw" mogą uważać katolicyzm za coś czemu warto się poświęcić, już to walcząc z nim, już to go broniąc. Zbyt cenimy swoją wartość, by w naszym stosunku do katolicyzmu przekroczyć właściwe proporcje. Katolicyzm nadęty jest swoimi własnymi kryteriami wartościowania. Nasze kryteria są inne, stąd nie urzeka nas jego "moc". Przedmiot naszych zainteresowań i ukochań leży w innym wymiarze. Gdy jednak w konkretnych warunkach katolicyzm stoi zwadą na drodze do realizacji naszych pragnień i ideałów, poświęcamy mu tyle czasu i trudu, ile wymaga tego skuteczność działania. Nic ponad to.


"Dzieje bez dziejów" Stachniuka ukazują się jako pierwsza publikacja książkowa zespołu ludzi, skupionych wokół miesięcznika "Zadruga". Książka ta wieńczy dwuletni okres działalności publicystycznej, jest jednocześnie zamknięciem wstępnego etapu pracy, który był niezbędny dla samookreślenia się i zarysowania naszej postawy ideowej od strony warunków, w jakich aktualnie żyjemy. Sformułowania tego etapu są jakby negatywem naszych wyobrażeń, które dopiero Jutro nabiorą rumieńców życia. Dokonane już teraz pozwolę uniknąć błędów, zabezpieczą przed zejściem na manowce w drodze do wytęsknionej przyszłości. Ale to jest dopiero wstęp. Zdanie właściwe, niepomiernie ważniejsze leży przed nami. Trzeba teraz dokonać sformułowań własnego światopoglądu, odpowiedzieć napytanie w czym leży sens życia człowieka. Trzeba z kolei dać wytłumaczenie historii jej podmiotu, jakim jest naród. Wreszcie zarysować trzeba w zawartym systemie myślowym cel dziejowy Narodu i drogi doń wiodące. Trzeba rozwiązać myślowo problem całej Słowiańszczyzny z którą czujemy się organicznie związani - To są zadania i zamiary na najbliższą przyszłość. Dorobek osiągnięty w naszym skromnym zakresie utrwalać będziemy w dalszych kolejnych wydaniach książkowych. Przerwy w czasie wypełniać nadal będzie "Zadruga". My tu przemawiamy za siebie samych. a przecież niepodobieństwem jest żebyśmy siebie, ilu nas teraz jest w zespole, uważali za zdolnych do podołania ogromowi zadań, które muszą być spełnione nim zostanie skończony systemat uzdalniający wolę do skutecznego działania. Jest to bezpańskie pole pracy, które przeorywać muszą wszyscy ci, których mierzi lichota duchowa systemu kulturalnego, na którym wciąż jeszcze wspiera się życie umęczonego Narodu.


Serca nasze biją tęsknotą za Wielkością, za stylem życia polskiego, w którym znojny trud, męstwo i wytężenie człowieka każdą chwilę trwania otoczą blaskami niewysłowionego piękna... Jakże daleko jesteśmy od tej chwili dziś, gdy otacza nas małość, strojna w pontyfikalne szaty! Małość, wszystko co nam drogie swoim całunem pokrywająca, małość co w mroczną otchłań bezdziejów wtrąciła już setki milionów istnień... Rozpocząć musimy nowy wątek życia, życia prawdziwie polskiego.


Zespół "ZADRUGI"



Część I


Zasady ogólne


Rozdział I. Historia narodu jako przedmiot teorii


1. Wola tworzenia dziejów i jej warunki.


Rzeczywistość polska, widziana oczami żyjącego pokolenia jest taka, jaką ją stworzył naród wysiłkiem pokoleń ubiegłych i tego, które aktualnie po ziemi naszej stąpa. Wpływy zewnętrzne, wyciskające swoje piętno na polskiej rzeczywistości, nie zmieniają istoty rzeczy, gdyż rozpatrywać je należy jako warunki dane, wśród których przebiegała aktywność życiowa licznych pokoleń, składających się z milionów jednostek. Narody ościenne, ich zasięgi i oddziaływania historyczne należą do tej samej kategorii zjawisk, jak klimat, gatunek gleby, roślinność, ukształtowanie powierzchni, system rzek. Naród, pojmowany jako ciąg pokoleń, działać musiał wśród tych okoliczności, dzięki czemu aktualna rzeczywistość cywilizacyjna jest wynikiem tego działania, produktem zachowania się życiowego setek milionów istnień zarówno już zmarłych, jak i żyjących. Wszystko, co się składa na "teraz", jest sumą zobjektywizowanych aktywności życiowych niezliczonych milionów jednostek. Jutro zaś będzie takim, jakim je stworzą członkowie narodu polskiego żyjący "dziś".


Określmy naszą postawę wobec rzeczywistości polskiej, wobec płynącego strumienia życia polskiego: polega ona na woli uzyskania takiego wpływu na tok życia, by życie to spotęgować, narzucić mu potężny rytm, nadać znamiona Wielkości. Wola realizacji Wielkości w życiu polskim jest tą zasadniczą postawą duchową, która narzuca nam nakaz wzięcia jak najczynniejszego udziału w zachodzących procesach.


Współczesne życie polskie jest rażącym zaprzeczeniem tego wszystkiego, co w duszy czującego narodowo Polaka wiąże się z odczuciem Wielkości. Istnieje przepaść pomiędzy tym, co być powinno wynika z systemu wartości, nadających sens życiu ludzkiemu, a tym co stanowi konkretną, namacalną, upiorną rzeczywistość polską. Pomijając przeraźliwą nędzę materialną, niesłychanie niski poziom cywilizacyjny całości życia narodowego, najbardziej uderzającą, najdotkliwiej dającą się odczuć jest nędza duchowa, moralna, niesamowite ubóstwo życia uczuciowego. Atmosfera emocjonalna, owa gleba każdego systemu kulturalnego, w całokształcie życia narodowego polskiego jest jałowa w stopniu nie dającym się wprost określić. To co istnieje, to co stanowi świat uczuciowy licznych pokoleń i niezliczonych setek milionów istnień, prawie całkowicie mieści się w liryce trawienia. Dogłębne metafizyczne emocje, wstrząsające duszą ludzką, potęga uczuć i z nich wyzwalające się równie potężne aktywności są w życiu polskim takim, jakim ono jest współcześnie, czymś obcym, dalekim, niezrozumiałym.
Z tego stwierdzenia płyną bardzo daleko sięgające następstwa. Skoro pomiędzy systemem wartości, wyznaczającym profil ideowy polskiego nacjonalizmu, a rzeczywistością społeczną Polski istnieje wyraźna rozbieżność, a właściwie sprzeczność, to tym samym rodzi się nakaz świadomego wpłynięcia na tę rzeczywistość, przekształcenia jej według posiadanego wzorca, będącego wykładnikiem naszej postawy wobec życia. Z tej postawy woluntarystycznej, postawy czynnej, nakazującej przystąpić do działania rodzi się problem, stanowiący oś pracy niniejszej, a mianowicie zagadnienie warunków, które decydują o skuteczności tego działania. Warunkiem każdego działania jest poznanie okoliczności w jakich to działanie ma przebiegać oraz poznanie samych elementów działania.


Najsilniejszą, bo nieprzebytą przeszkodą dla skutecznego działania jest niewiedza. Jeśli ktoś, wyhodowawszy w swoim ogródku nieogrodzonym żadnym płotem smakowite odmiany gruszek, postarał się, by fakt ten uszedł uwagi i wiedzy okolicznych uliczników - to możemy z całą pewnością rzec, iż gruszki te są chronione najlepiej. Bo gdyby wiedzę o istnieniu gruszek posiedli malcy, pozbawieni szacunku dla cudzej własności, gruszki stałyby się ich łupem i nie przeszkodziłyby temu ani płoty, ani mury, ani druty kolczaste: bowiem niewiedza jest skuteczniejszą zaporą przed działaniem niż grube mury. Zasada ta stosuje się w pełni do każdego działania. O ile niewiedza jest murem nie do przebycia dla jakiegokolwiek działania, to szczególnie zatwardziałą postacią niewiedzy jest błędna, fałszywa wiedza. Wzmiankowani ulicznicy, spragnieni apetycznych gruszek, mogą czynić gorączkowe poszukiwania za nimi w swej okolicy; gdyby przezorny hodowca gruszek potrafił uświadomić ich jakąś drogą, iż poszukiwane gruszki rosną w jakiejś określonej dalszej okolicy; to pchnąwszy amatorów gruszek na fałszywy ślad, pewność zachowania owoców wyłącznie dla siebie podniósłby bardzo znacznie.
Poznanie jest zasadniczym warunkiem działania nie tylko w konkretnych sytuacjach codziennego życia. W tym samym stopniu stosuje się to do każdego działania społecznego. Jeśli jednak dość często słyszymy o spontaniczności, o intuicji jako momencie decydującym o działaniu w życiu politycznym, społecznym itp., to wynika to ze specjalnych przyczyn. Akt poznania w wyżej podanym przykładzie z gruszkami i niepowołanymi amatorami na te gruszki jest prosty i nieskomplikowany. Z chwilą uświadomienia przez uliczników miejsca i położenia ogrodu z gruszkami kwestia poznania i losu gruszek jest przesądzana. Inaczej jest w skomplikowanych stosunkach życia zbiorowego. Ogarnięcie niezliczonych wątków przyczynowych, ujęcie ich w sądy i pojęcia ogólniejsze, zbudowanie systemu hierarchicznego tych sądów, nastręczać może tak wielkie trudności, iż całkowite poznanie warunków dla jakiegoś zamierzonego działania społecznego może wcale nie nastąpić. Działanie po omacku, kierowanie się intuicją stać się musi tą jedyną, często zwodniczą nicią Ariadny w danej akcji. Skuteczność takiego działania stać będzie w pewnej proporcji do posiadanych elementów wiedzy, tyczących się warunków, wśród których działanie będzie przebiegać.


Wola, zdążająca do przemiany życia polskiego, w całej rozciągłości poddana jest tym samym prawom. W każdym niemal ubiegłym pokoleniu istniały w łonie narodu grupy czujące tak samo jak my, którzy pragniemy gruntownej odmiany kierunku rozwojowego, po którym Polska z nieubłaganym fatalizmem się toczy. Działalność ich nie dała pozytywnego wyniku... Staje więc przed nami zadanie dokonania najbardziej wnikliwej analizy, najgłębiej sięgającego poznania sił, sprawiających rozwój życia polskiego według niezwykłych linii kierunkowych. Musimy poznać, co się właściwie dzieje i dlatego musimy ogarnąć całość stosunków życia polskiego, by zamknąć je w zwartym systemie sądów, wyjaśniających niezwykłą kierunkową rozwoju Narodu, której etapy już przebyte, lub te, ku którym się zdąża, budzą w nas najbardziej tragiczne odczucia. Krótko: stworzyć zwarty system uporządkowanych sądów tłumaczących nam prawidłowość rozwoju Polski. Będzie to więc "teoria rozwoju wewnętrznego Polski".


Dokonawszy tego dzieła, uzyskamy- potężne narzędzie do skutecznego działania. Brak jego wniwecz obracał wszystkie wysiłki poprzednich pokoleń. zanotowane przez historię w ostatnich stuleciach.

2. W nurcie historii.


Skoro przedmiotem działania ma być życie zbiorowe narodu, jego świat duchowy, polityka, gospodarstwo, a o skuteczności tego działania w wysokim stopniu decyduje poznanie prawidłowości w tym życiu zachodzących, to tym samym stwierdzamy, iż chodzi nam o system teoretyczny, który by dawał jasny, wyraźny i uporządkowany obraz rzeczywistości polskiej i sił które ją stwarzają.


Ze strumienia historii wydzielamy niejako pewien okres i staramy się określić układ sił czynnych w obecnym, obchodzącym nas momencie i o stawaniu się decydujących. Zdajemy jednak sobie sprawę z tego, że historia jest to ciągłość i kolejne zazębianie się zdarzeń. Wiemy, iż w każdej chwili teraźniejszości działa cała przeszłość nawet najdalsza. Stajemy zatym wobec konieczności ujęcia ogólnego rytmu historii, ogólnych linii rozwoju dziejów, by na ich tle rozpatrywać konkretny, interesujący nas, szczegółowy okres historyczny. Systematyczny- wykład historiozoficznego ujęcia dziejów odkładamy do pracy temu zadaniu poświęconej specjalnie. Konieczność usadzenia przedmiotu "teorii rozwoju wewnętrznego Polski" w żywym nurcie historycznym, nakazuje jednak dokonać krótkiego rzutu oka na to, co stanowi trzon dziejów. Umożliwi to myślowe wyodrębnienie okresu naszej historii; będącej przedmiotem "teorii rozwoju wewnętrznego Polski', ułatwi dokonanie uogólnień, stanowiących o istocie poznania. Poznać otaczające nas życie polskie, jego rytm, znaczy to: poznać ogólne linie rozwojowe leżące w głębszej perspektywie, a na ich tle szczególny odcinek naszej historii, z którym jesteśmy najbardziej związani, w nim bowiem działamy i żyjemy.


Jeśli patrzymy na świat materii martwej, bez trudu dostrzegamy jego zasadnicze prawo, polegające na nieubłaganej degradacji, którą nazywamy w fizyce entropią. Materia posiada wyraźną kierunkową ku stopniowemu rozładowaniu się. Jak nakręcony zegarek stopniowo się rozkręca, tak też świat otaczających nas żywiołów martwych rozpada się na atomy, elektrony, wypromieniowuje w przestrzeń.


Całkowicie inne są prawa biologii-wegetacji. Pnie się ona w kierunku przeciwnym. Jest to świat flory i fauny. Człowiek w nim się niczym nie wyróżnia. Dopiero postawa heroiczna wobec życia, bój o władztwo nad nim i nad materią, wbrew prawom "przyrodzonym" materii i wegetacji, ujawnia, iż w istocie ludzkiej jest coś, co go wynosi nieskończenie nad poziom żywiołów go otaczających i tych, których częścią jest on sam. O ile życie - wegetacja jest czymś "nienaturalnym" w stosunku do prawidłowości zachodzących w świecie nieorganicznym, t. zn.w postawa heroiczna jest w takim samym stopniu "nienaturalna" wobec rytmu wegetacji. Postawa heroiczna wprowadza nas w całkiem inny wymiar. Z chwilą gdy stajemy na stanowisku, że poza naturalnymi wartościami życia-wegetacji, moją powłoką cielesną "ja", lub jej wyimaginowanym przedłużeniem w postaci duszy nieśmiertelnej ("ja wieczyste" - "personalizm") istnieją rzeczy nieskończenie ważniejsze, którym owe "ja" nierozerwalne z wegetacją podporządkowane być musi - otwiera się nowy, ogromny, porywająco piękny, nabrzmiały patosem świat. Zarówno wegetatywne jak i heroiczne ustosunkowanie się do świata mieścić się może często w tej samej piersi. Zwycięskim może być tylko jedno. Pojąć więc możemy tę zasadniczą wrogość z jaką muszą się ustosunkować wobec siebie te wykluczające się wzajemnie postawy.
W człowieku więc dostrzegamy dwie wyraźne sfery życia. Z jednej strony człowiek jest zwierzęciem, o tych samych cechach, poddany tym samym prawom co i reszta ssaków, z drugiej zaś strony jest obdarzony impulsem twórczości, wolą dokonywania przeobrażeń w żywiołach go otaczających i tych, których częścią jest on sam. Pierwszą nazwaliśmy wegetacją, drugą zaś cechę określiliśmy jako wyraz postawy heroicznej wobec bytu.


Postawa wegetatywna jest wspólna całemu życiu organicznemu; przecina ona duchowość człowieka w ten sposób, iż życie uczuciowe i aparat umysłowy jest jakoby czymś niepotrzebnym. Można to sobie wyobrazić w ten sposób, że umownie zakładamy brak w człowieku postawy heroicznej. Zostaje tylko postawa wegetacji, która ciąg pokoleń człowieczych, ich materialne życie zbiorowe uporządkuje w sposób najbardziej odpowiedni. Niezmącone trwanie indywidualnych ciał, swobodny przebieg procesów fizjologicznych stanie się jakby celem samym w sobie. Tak uporządkowane jest życie świata zwierzęcego. Ponieważ człowiek posiada jeszcze życie psychiczne t. j. procesy uczuciowe i intelektualne, więc też w rytmie wegetacji ,muszą one być dostosowane, uciszone i włączone do ogólnej harmonii. To dostosowanie da nam lirykę wegetacji, lirykę trawienia w takim lub innym systemie kontemplacji. Wgłębienie się w wegetację dać musi zjawisko ucieczki od świata zewnętrznego, materialnego, wrogość doń, niechęć do kontaktu z nim, a więc niechęć do pracy, woli macy, potęgi, wysiłku itp.
Postawa heroiczna jest przeciwstawieniem tego wszystkiego. Rozsadza ona rytm wegetacji. Aparat psychiczny, zamiast zamierać w liryce trawienia, w dziwach kontemplacji, staje się potężnym narzędziem opanowania żywiołów materialnych, oraz żywiołów, składających się na istotę człowieka. Postawa heroiczna ma strzałkę kierunkową wręcz przeciwną niż rytm wegetacji. Człowiek tą postawą opanowany, zamiast podporządkowywać się wegetacji, dąży do jej opanowania, do realizacji mitu wszechpotęgi. Stopniami, po których się wznosi, jest zobjektywizowana twórczość. To co wydarł z żywiołów materii martwej i żywej, to co z wegetacji w sobie zdusił, przetworzył jest szczeblem do potęgi, do dalszej twórczości. Każdy zdobyty szczebel to historia, to etap realizacji mitu. Gdy droga zakreśloną przez dany mit dziejowy jest wyczerpana, wówczas trzeba zsumować drogę przebytą, wpatrywać się w mrok przyszłości i rzucać nowe przęsło, nowy most, nowy zarys akcji dziejowej - dla ciągu pokoleń następnych.
Jesteśmy w stanie po tym króciótkim rzucie określić różnicę pomiędzy dziejami i bezdziejami, pomiędzy wielkością w dziejach i nicością, ahistorycznością.


Tam, gdzie wola heroizmu, wola twórczości jest zduszona, nie jest normą życia zbiorowego, tam panuje wegetacja, wyobrazić którą możemy sobie w postaci perpetuum mobile, wynurzających się i niknących, pozornie tylko żywych pokoleń, podobnych do strumienia krwi, płynącego bezszelestnie w zamkniętym błędnym kole. Są to bezdzieje. Co innego stanowi istotę dziejów. Wola twórczości wgryza się w żywioły, przeistacza je w swoje ramię, w swoje narzędzia. To co jest heroiczne ma w sobie coś boskiego, coś, co swoją potęgę coraz szerszym kołem zakreśla, aż kiedyś cały byt obejmie.


W ten sposób otrzymujemy dwie linie, całkowicie rozbieżne, dwie osie, według których świat może się rozwijać. Jedna linia to bezdzieje, pogoda nieporuszonej, zwierzęcej wegetacji; druga to ciągły morderczy wysiłek, stały niepokój wytężonego ducha człowieka. Rozbieżność pomiędzy tymi liniami stanowi najbardziej zasadniczy podział światopoglądowy, najbardziej głęboki podział pomiędzy typami ludzkimi, kulturami, systemami duchowymi. Podział ten 'posiada dziś w Polsce najwyższą aktualność, jest kryterium, które zadecyduje o losach Polski i Słowiańszczyzny.

3. Odwieczne formy bezdziejów.


Jakież są istotne oznaczniki bezdziejów? Odpowiedź na to pytanie nie jest zbyt łatwa.
Typ cywilizacji wyrastający z postawy wegetacji jest pozornie niejednolity. Trzeba najpierw odrzucić misterną fasadę sztucznie wyjaskrawionych szczegółów, by dostrzec to, co jest wspólne dla wszystkich kultur w czasie i przestrzeni, wywodzących się z postaw wegetatywnych.
Wspólną podstawą tych wszystkich systemów społeczno-kulturalnych jest ujmowanie życia ludzkiego jako czegoś, co jest bez reszty zamknięte w ramach sztywnych praw. Z łatwością zauważyć można, iż podstawy te są jakby odbiciem niezmiennych praw naturalnych, rządzących światem flory i fauny. Życie rysuje się jako przesączanie się kropli cieczy przez ścianę żywiołów. Miliony takich kropelek życia w postaci indywiduów ludzkich przesiąkają przez żywioły materii nieorganicznej, a następnie spływają w nicość, by potem rozpocząć znów to samo od początku. Życie ludzkie nie posiada tu samoistnego sensu, a przymusowa wędrówka przez "doczesność", przez wrogie żywioły jest ciężkim dopustem, który przebyć należy z największą pokorą i rezygnacją.


System pojęć, jaki może wyrosnąć w kręgu takiego ustosunkowania się do życia, jest naogół ten sam po wszystkie czasy. Z zasady zawiera on tezę o nikłej wartości życia, o wrogości panującej pomiędzy życiem ludzkim a żywiołami, wśród których musi się ono rozlokować. Do tego dojść musi wiara, iż od doczesności należy jak najbardziej się oddalić, szukać rozwiązań w wymiarach swego "ja", rezygnacja, uciszenie namiętności i pożądliwości, tendencje ku trzymaniu się złotego środka pomiędzy koniecznością korzystania ze świata zewnętrznego i chęcią ucieczki odeń. Gdy wypośrodkujemy ten ideał wegetacji, z łatwością zauważymy, iż jest on podstawą wszystkich wielkich systemów religijnych. Ta sama zasada leży u podstaw Buddyzmu, Braminizmu, starego Judaizmu i młodego Judaizmu (chrześcijaństwa), Konfucjonizmu, Mahometanizmu itp. Różnice istniejące pomiędzy nimi są tylko wyrazem dostosowania się do konkretnych warunków klimatycznych, fizycznych, a przede wszystkim do podłoża biologiczno-rasowego. Stwierdzamy więc, na tym miejscu, iż łożysko którym płynie wegetacja, systemy duchowe i kulturalne, które z niej wyrastają są wspólne dla wszystkich ras, każdego czasu i miejsca. Różnice są tylko barwną zasłoną utkaną z jaskrawych szczegółów drugorzędnych. Zasady starego judaizmu i młodego judaizmu, czyli chrześcijaństwa są te same, złudne zaś różnice powstały z konieczności przystosowania starego judaizmu do bujnej witalności młodych narodów aryjskich, których nieokiełznana wyobraźnia dodała liczne szczegóły ornamentacyjne do starych prawd wegetacji, zawartych w judejskich ewangeliach.


Stąd to wynika "wieczystość" prawd niezmiennych różnych Buddyzmów, starych i młodych judaizmów. Różnice w sposobie łagodzenia strachu przed nicością, przed nieubłaganą "śmiercią", rozmaite sposoby zwalczania i duszenia buntujących się mocy są czymś, co najbardziej się rzuca w oczy, aczkolwiek są to już rzeczy nieistotne, wtórne,



4. Zagadnienie wielkości w dziejach.


W przeciwieństwie do wiecznych i bezdziejowych zasad nagiego personalizmu, zasad czystej wegetacji, osładzanej wizją takiego lub innego piekła, albo siódmego nieba po śmierci postawa heroiczna wobec życia stwarza najzupełniej różny ciąg rozwojowy.


Życie ludzkie nie posiada samoistnej wartości. Jest natomiast olbrzymią, bezcenną wartością przez to, co ze siebie dać .może. Tylko to, co człowiek stworzył, zobjektywizował, uczynił szczeblem do dalszej twórczości, to posiada wartość, jest dobrem. Nie do pomyślenia jest tu istnienie człowieka izolowanego. W systemie wegetacji natomiast, jednostka swoje najdonioślejsze cale osiągnąć może w pełnej izolacji, w pustelni, na samotnej wyspie (Buddyzm, staro-judaizm, młodo-judaizm i inne).


Postawa heroiczna pcha człowieka ku twórczości, ku władztwu nad żywiołami. Dokonuje się to nie w wyniku odruchowego wybuchu ślepej aktywności, lecz według pewnych linii rozwoju dziejowego. Jednostka jest na posterunku, na którym ktoś przed tym był czynny i dzieła doprowadził do pewnego punktu, od którego ona ma działać w sposób określony danymi warunkami. Jest to problem mitu, problem planu akcji dziejowej, rozwijającej się, przechodzącej swoje fazy, a więc zmiennej, gdzie o "odwiecznych zasadach" mówić jest rzeczą śmieszną. Jest to ciągłość i zmienność, napięta myśl i wola, wytężenie i przystosowywanie się do logicznie nadążających zmian. Człowiek jest specjalną komórką, spełniającą doniosłe funkcje w milionowym organiźmie społecznym, ewoluującym ku swym celom, etapami których jest narastająca moc i potęga. Gdy naród wkroczy na linię twórczości, dla której motorem jest tylko postawa heroicznego ustosunkowania się do bytu, tym samym włączyć się musi w rytm historii. Odpaść muszą wszystkie przywileje szczęśliwości gnicia w bezruchu "odwiecznych prawd".
Wielkość w dziejach jest niesłychanie rzadkim zjawiskiem. Jeśli pominiemy Asyrię, Babilonię i Egipt, to epokami noszącymi znamiona wielkości będzie tylko świat starożytnej Hellady z Rzymem i epoka porenesansowa z szczytowym wiekiem XIX. To co dzisiaj w świecie się dzieje jest też niewątpliwie wprowadzeniem w wielką epokę. Jeśli się uwzględni, iż ród ludzki istnieje na globie ziemskim według obliczeń antropologów około 1.000.000 lat, a więc około 30.000 pokoleń, to okaże się, że okresy wytężonej twórczości, epoki owiane duchem wielkości są niesłychanie nikłym wycinkiem. Świat antyczny wraz z epoką porenesansową, wynosi coś około 1.000 - 1.500 lat t. j. 40 - 50 pokoleń. Prawie cały nasz dorobek temu nikłemu wycinkowi dziejów zawdzięczamy.


Podstawą dokonanego w tych okresach rozwoju jest heroiczne ustosunkowanie się do bytu. Morze wszechobejmującej wegetacji, czystego trwania, zalewające świat duchowy człowieka, musiało w tych krótkich okresach czasu ustąpić, odpłynąć przed wynurzającą się z głębi duszy człowieczej postawą heroiczną. System światopoglądowy, panujący na pewien czas w poszczególnych zbiorowościach, z tej postawy wysnuty, sprawił ogromny skok cywilizacyjny. Że siłą motoryczną tych epok była postawa heroiczna, wynika stąd, że nie do pojęcia byłby w świetle wegetacyjnego stosunku do życia, ani niezłomny wysiłek filozofów i artystów Hellady, ani wytężenie "kapitanów przemysłu", twórców kapitalizmu i imperiów nowoczesnych. Dla wielu może się to wydać niepojęte. Przyzwyczajono się u nas bowiem kojarzyć heroizm z konikiem, szabelką, orderem, biodrzystą dziewicą, nie zaś z napiętą wolą całego życia, prozaicznym zajęciom oddanego, jednak porządkującego świat na swoim drobnym odcinku według wewnętrznej wielkiej wizji, szarego, bezimiennego człowieka.


Wielkość w dziejach, znacząca się potężnym rozwojem kulturalnym i cywilizacyjnym, obiektywizacja ogromu możliwości tkwiących w człowieku, jest czymś krótkotrwałym, przemijającym. Dla nas, żyjących pragnieniem powołania wielkości do rzeczywistości, przemienienia tajonych w sercu tęsknot w rytm codziennego życia, zdobycia męką najwyższego wysiłku blasku wielkości dla każdej chwili naszego codziennego przemijania, każdego uderzenia pulsu, problem zaistnienia i załamania się wielkości jest najbardziej pasjonujący. Dotyczy istoty i wartości życia.


Każda wielka epoka to przede wszystkim zagadnienie mitu. Mit jako plan akcji dziejowej, narzucający jednostce sposób zachowania się w jej codziennym życiu w najbardziej szarych zabiegach, a jednocześnie wiążący je w oczywisty i wyraźny węzeł z najwyższymi ideałami, nadający każdej chwili trwania głęboki sens, otaczający je aureolą najwyższego piękna, jest tym mechanizmem społecznym, który stwarza ujście dla postawy heroicznej, daje możność jej obiektywizacji.
Postawa heroiczna jest to wola twórczości; ta zaś nie może się ograniczyć do wymiarów "duszy", lecz musi uruchomić elementy świata zewnętrznego, rzucić pomost do żywiołów człowieka otaczających i wraz z jego naturą psychofizyczną traktować wszystko razem jako tworzywo. Procesy twórczości artystycznej, filozoficznej, gospodarczej, technicznej, politycznej, naukowej odbywają się zawsze na granicy pomiędzy żywiołami: jaźni i niejaźni. Każda twórczość, czy to będzie dzieło artysty, towar, wynalazek techniczny, maszyna, dom, zawiera w sobie jednocześnie coś z natury ludzkiej i świata materii nieorganicznej lub organicznej (np. działanie nasze na świat roślinny i zwierzęcy), stopione w pewnej syntezie. Innymi słowy: postawa heroiczna, jako wola twórczości, przejawia się na zewnątrz w takim lub innym kształtowaniu świata dostrzegalnego zmysłami. Może to być zarówno myśl filozoficzna wypowiedziana słowami, jak i autostrada. Widzimy ją po śladach, które zostawia w świecie uchwytnym dla nas. Często dostrzegamy właśnie tylko te zewnętrzne przejawy, ich ład, zapominając o tej sile duchowej" która je stworzyła. Stąd już tylko krok do bezdroży tego lub innego materialistycznego pojmowania zjawisk.


Chcemy przez to powiedzieć, iż postawa heroiczna wobec bytu z chwilą gdy znajdzie dla siebie ujście, wprawia w ruch elementy materialne tak, że dla obserwatora dostrzegalną jest przede wszystkim właśnie od strony tych elementów. Gdy patrzymy na epokę kapitalizmu to rzuca się w oczy w pierwszym rzędzie straszliwy wir czynników materialnych, postępu technicznego, akumulacji kapitałów, narastania sił produkcyjnych, zgrzytów potężnego mechanizmu rynku, na którym praca fizyczna (klasa proletariacka) została sprowadzona do rzędu towarów, a więc czynnika czysto materialnego; nie dostrzegamy natomiast tych sił duchowych, które na podobieństwo motoru cały ten zawrotny ruch sprawiały. Uchwycenia prawidłowości w ruchu elementów materialnych wiru gospodarstwa kapitalistycznego, dokonał w trafny sposób K. Marks. Ale tym samym popełnił zasadniczy błąd, mszczący się na tych, którzy próbowali w oparciu o tę koncepcję przebudowywać świat.


W ten sposób zbliżamy się do zasad, na których opiera się rozwój ludzkości. Postawa heroiczna jest skierowana na zewnątrz. Tylko w połączeniu z żywiołami otaczającymi człowieka, w najściślejszym powiązaniu z ogromnym światem jest możliwa twórczość. Niema tu mowy o ucieczce od "doczesności", lecz radosne dążenie ku niej, przeświadczenie, że w najgłębszym powiązaniu nas z otaczającym światem tkwi właściwy sens życia. Postawę heroiczną nosi w sobie człowiek, jest to element stały. Świat wewnętrzny, w który ta postawa musi być włączona, jest zmienny. W każdym odcinku globu, w każdym momencie płynącego czasu świat otaczający jednostkę jest inny. Inny jest dorobek cywilizacyjny w narodzie angielskim XVIII wieku, inny już w XIX, inny w XX-ym. Inne są warunki geograficzne w Rosji, inne w Ameryce, inne w Polsce. Jednostka ożywiona wolą twórczości każdorazowo musi dostosowywać się do zmiennego profilu środowiska. Poza postawą heroiczną wszystko inne jest zmienne. Stałą musi być tylko wola twórczości, wola obiektywizacji mocy i potęgi człowieka. Postawa heroiczna jakiejś generacji u jakiegoś narodu, wydobywszy się z pod wpływów balastu wegetacji, musi włączyć się w dane, konkretne, z natury rzeczy oryginalne środowisko materialne, w istniejący stan pojęć, wyobrażeń, metod produkcji, ich jakości i ilości, w stan organizacji społeczno-politycznej, warunki geograficzne itd.


Postawa heroiczna musi te wszystkie elementy uruchomić. Nim to nastąpi musi je przed tym złączyć w harmonijnej syntezie, skonstruować mechanizm złączenia. Wszystkie elementy składowe są czymś oryginalnym. Tyczy to stanu cywilizacyjnego, kulturalnego (techniki, gospodarstwa, świata pojęć i wyobrażeń), jak i podłoża geofizycznego. Pomiędzy wolą twórczości ożywiającą jednostkę, a tymi elementami musi być rzucony system pasów transmisyjnych, jako warunek narzucenia całości wytężonego rytmu. Razem stanowi to mit.
Mit, jako plan akcji zbiorowej, wytycza tor aktywności dla całej grupy, a także dla każdej jednostki wskazuje, jak codzienna aktywność, szary, pospolity trud, nagina i kształtuje otaczającą rzeczywistość na modłę płomiennie upragnionej wizji. W tych warunkach automatycznie rozstrzyga się pozornie zawiły problem typu aktywności życiowej człowieka, a więc w istocie swej typu człowieka t. j. ideału człowieka w ogóle. Synteza w ten sposób ukształtowana określa ideały najwyższe, idee ogólne, strukturę społeczną i polityczną, koncepcję światopoglądową, estetyczną i moralną. Typ człowieka, jego ideał, typ aktywności codziennej jest tym samym zdeterminowany. System wychowawczy ma więc jako zadanie ten typ przeciętnej społecznej reprodukować.
W krótkich tych zdaniach próbowaliśmy skreślić mechanizm wewnętrzny każdego wielkiego mitu. Rozumiemy teraz dlaczego mit świata helleńskiego był takim jakim był, dlaczego stworzył odpowiadający swemu stylowi typ człowieka, dlaczego w epoce liberalizmu z jej szczytowym rozwojem w formach kapitalizmu w XIX w. wyłonił się jemu odpowiadający typ człowieka, typ przedsiębiorcy, "kapitana przemysłu", dlaczego nasza współczesność tak gwałtownie odbiega od tych ideałów, stwarzając nowy mit i nowego człowieka. Ta sama postawa woli twórczości może dać różne style twórczości, różne typy cywilizacji. Pochodzi to stąd, iż środowisko w które włącza się wola twórczości, jest z zasady produktem jemu tylko właściwego rozwoju historycznego. Cała historia danej grupy narodowej. będąca czymś skończenie oryginalnym, jest w pewnym momencie zasadniczym czynnikiem dokonywującego się złączenia elementów w syntezę. Stąd też wielość mitów narodowych naszej epoki. Zjawisko to jest najzupełniej naturalne. Taż sama. postawa heroiczna, postawa woli twórczości, w danych okolicznościach dała nam raz cywilizację helleńską z jej ideałem człowieka mędrca-filozofa. raz cywilizację rzymską, by - złączone razem w wielkiej epoce grecko rzymskiej - ulec bakcylowi judejskiemu, upaść, rozsypać się na elementy składowe, na wegetujące w pustelni takich, lub innych otok, izolowane persony. Trzeba było tysiąc lat średniowiecza, by z tego dna upadku podnieść się do góry. W oparciu się o ideały zniszczonej cywilizacji antycznej, nastąpiło odrodzenie, renesans, zerwanie sklerotycznych pęt małości.


Tak wyłaniała się nowa, wielka epoka cywilizacyjna, której szczytowym okresem był wiek XIX. Jest to epoka, którą nazwać możemy indywidualistyczną. Stworzyły ją wyzwalające się narody anglo-germańskie. Wyzwolenie to nie było całkowite. Wiele elementów systemu światopoglądowego małości przekradło się do fundamentów tej epoki, dzięki czemu, po pewnym o okresie świetnego rozwoju, cywilizacja ta musiała runąć. Jakoż w istocie postawy heroiczne, wtłoczone w formy, które skażone były w zbyt silnym stopniu, musiały wkrótce ulecieć, wygasnąć. Uleciał duch "kapitanów przemysłu", uleciał duch fanatycznych badaczy i twórców w nauce i filozofii, skończyła się wiara w zbawczość deklaracji praw człowieka i obywatela. Dziś sobie zdajemy sprawę z tego, jak dalece ograniczone były możliwości postępu, wykwitającego z założeń racjonalizmu, utylitaryzmu i indywidualizmu, jako koncepcji światopoglądowej.
Mówiliśmy już o tym, że wielki mit jest w dziejach wyjątkiem. Nie zawsze postawa heroiczna może wydostać się z pod kamieni młyńskich balastu wegetacji, z jej moralnej roślinno-zwierzęcej łatwizny. Gdy się wydobędzie, gdy przezwycięży opór wszystkich podmiotów, składających się na grupę społeczną, musi z czysto duchowej postawy przekształcić się w system łączący ogrom elementów materialnych życia grupowego w skończoną, zdolną do życia syntezę. Cały ten wytężony rytm, spiętrzony przez postawy heroiczne człowieka, jest wybitnie "nienaturalny" w stosunku do wegetacji; ze wszystkich stron czyhają nań śmiertelne niebezpieczeństwa. Gdy tylko precyzyjne wiązania doznają pęknięcia w jakimś punkcie, całość rozsypuje się w gruzy.
Na czym polega ten upadek? Przede wszystkim na zwycięstwie wegetacji. Mit rozsypuje się na elementy składowe, rozkłada się do fundamentów. Tak jak organizm żywy z chwilą śmierci rozkłada się na najprostsze elementy składowe. Tymi elementami są w pierwszym rzędzie izolowane jednostki, przystosowane do czystej wegetacji, do bezdziejowego, beztwórczego trwania z pokolenia na pokolenie, tak jak to jest z rodem ludzkim od miliona lat. Każdy mit jest narażony na taką właśnie śmierć. Czeluście wegetacji, nagiego personalizmu czyhają nań zawsze, zieją wiecznie grozą zatracenia. Owe czeluście nagiej wegetacji, dybiące jak otwarte paszcze żarłocznych rekinów na każdą wielkość w dziejach, w świecie aryjskich narodów w całej swej kosmicznej grozie uwidaczniają się w wycyzelowanym przez judejczyków systemie światopoglądowym, który pogrążył świat antyczny w nicość, a dziś powoli, nieubłaganie spycha naród polski w trzęsawisko recydywy saskiej.


Pragnienia nasze muszą uwzględniać tę okoliczność. Musimy poznać prawa wyłaniania się wielkości w dziejach i prawa jej degradacji. Musimy uzbroić się do walki z małością postaw wegetacji i ich zorganizowanym systemem światopoglądowo-społecznym. Niewiele narodów w równym stopniu jak my mogło doświadczyć straszliwych skutków tego systemu. Musimy też najlepiej poznać ów system śmierci twórczego ducha człowieka i przeciwstawić mu wizję życia, tętniącego wolą twórczości i mocy. Postawa heroiczna wobec bytu, wydobywszy się z czeluści nicości i wegetacji, ustrojonej w prawdy "wieczne i objawione", musi wystrzelić bujnym kwiatem nowego prawdziwie polskiego życia. Zadanie to jest treścią naszego nacjonalizmu.
Mając najogólniej zarysowaną siatkę pojęciową, w której rozpatrujemy dzieje ludzkości, możemy umiejscowić w niej to, co stanowi naszą historię.


Jako młoda grupa plemienna słowiańska reprezentujemy liczne możliwości rozwojowe. W czasach następujących po wędrówkach ludów, nad Bałtykiem zestalają się ośrodki, z których według wszelkiego prawdopodobieństwa rozwinęłaby się samorodna cywilizacja słowiańska o charakterze naturalistycznym, analogicznym do tego, co się stało nad morzem Egejskim i Śródziemnym. Rozwój ten uległ zmąceniu. Z postaw wegetacji wydedukowany system duchowy - chrześcijaństwo, niszczy cywilizację antyczną, nie pozwala jej przyjść do siebie, a na jej gruzach zakłada swoje niepodzielne władanie. W ramy tego systemu zostają wciągnięci Słowianie. Młodszość cywilizacyjna mści się na nich okrutnie. Ludy romańskie i germańskie, ogarnięte przez chrześcijaństwo o parę wieków wcześniej, w rękach kościoła służą jako narzędzia do zniszczenia rdzenia duchowego kultury Słowian.


Dzieją się tu rzeczy brzemienne w następstwa dziejowe. Chrześcijaństwo, ogarniając germanów, jest w stosunku do nich jako barbarzyńskich zdobywców słabe i nieporadne. Na wiele rzeczy, acz niechętnie, musi się zgodzić. Wiele cech tych ludów, ich obyczajów, tradycji chrześcijaństwo musi respektować, zgodzić się na ich zachowanie, mimo iż z ideałami ewangelii nie są zgodne. Inaczej jest ze Słowianami W stosunku do nich posiada się całą potęgę Cesarstwa, stworzoną przez Karola Wielkiego. Kompromisy są tu zbyteczne, gdyż w oparciu a siłę oręża całej zachodniej - od paru wieków już chrześcijańskiej - Europy można spróbować pełnej chrystianizacji. Tam gdzie Słowiaństwo ulega chrześcijaństwu, nic nie pozostaje z jego dorobku cywilizacyjnego, z jego samorodnej, oryginalnej kultury Sławia jest przeznaczona na kolonię chrześcijaństwa w najczystszej postaci. To co nie ginie od miecza wyznawców krzyża, nie spłonie na stosie, jest już czysto chrześcijańskie. Tradycja ulega całkowitemu zerwaniu. Dzieje plemion lechickich rozpoczynają się od dnia chrztu, od r. 966. Ni mniej ni więcej. Wszystko co istnieje przed tym jest-obce. Nie zachowują się nawet nazwy dawnych bogów, obrządków, wierzeń. Na tym straszliwym, wyjałowionym pustkowiu, spychającym Lechitów na poziom bezwolnego bydlęcia, montuje się fałszywy obraz przeszłości, jako bogobojnych eunuchów z tęsknotą wyczekujących na proroków z Palestyny, via Rzym zdążających. W mawiają w nas, iż tak byliśmy zawsze. Że pobożne mazgajstwo, w które nas wtrącono chytrze w wyniku stuletnich wojen przegranych, było naszą cechą rasową, chlubę nam przynoszącą, bo importowanym ideałom bliską.


W starciu zbrojnym z zachodnią, chrześcijańską Europą, przegraliśmy. Zostaliśmy zepchnięci na linię rozwoju, u podstaw którego leżą zasady wegetacji. Zasady te dokonały w rasowej duszy lechickiej spustoszeń dogłębnych. Skutki ich zaważyły w dziejach przełomowego wieku XVI.

5. Przełom w XVI w.


Zniszczenie naszej tradycji, stworzenie okoliczności, w których katolicyzm wydawał się być jedyną treścią polskości, jedyną treścią duchową, zubożyło i wyjałowiło życie kulturalne młodego narodu.


Straszliwe kalectwo duchowe zaciążyło przemożnie nad dalszymi losami narodu. Pamiętać jednak należy, iż kalectwo to polegało na zniszczeniu dorobku tysiącletniego rozwodu kulturalnego Słowiańszczyzny. Był to więc zabieg raczej mechaniczny, polegający na odcięciu czegoś żywego. Zerwawszy ciągłość rozwoju kulturalnego Lechitów, nie mógł katolicyzm odrazu narzucić swego stylu duchowego, tym bardziej, iż w parę wieków po tym sam zaczął ulegać rozkładowi. Rozkład średniowiecza i powolne choć głębokie gnicie katolicyzmu, upadek papiestwa, pozwala Polsce na odbudowę swych sił. Dzielność Lechitów, ich żywotność, acz pozbawiona jakiegoś zwartego trzonu duchowego, żłobi sobie ujście na zewnątrz. Polska dźwiga się cywilizacyjnie, politycznie i gospodarczo.


Raptowne załamanie się Rzeczypospolitej w pierwszej połowie XVII w. jest pozorną tajemnicą naszej historii. Jeszcze w drugiej połowie XVI w. jest Polska jednym z czołowych państw świata, a już w dziesięcioleciach poprzedzających rok 1648 widać oznaki szybko postępującego upadku. Wojny kozackie go przyśpieszają; wkrótce po ich ustaniu życie polskie osiąga swój ideał w epoce saskiej, z której zostaje wytrącone przemocą w stuleciu 1815-1913. Po 1918 r. odradza się ponowne dążenie do utrąconej harmonii saskiej. Etapy tej grawitacji odbywają się w państwie niepodległym z niesamowitą wprost szybkością. Gdyby nie istniał nacisk z zewnątrz i przykre skojarzenie z czasów niewoli, wywołujące ruchy przeciwdziałające, to już około 1950 r. stan epoki saskiej w głównych rysach byłby urzeczywistniony.


Rozpatrzmy więc początek tej linii, która wykrystalizowała się w latach 1560-1600. Najbardziej pobieżny rzut oka na przeobrażenia w tych czasach, uczyni rozwijane poniżej ogniwa "Teorii rozwoju wewnętrznego Polski" w czasokresie 1600-1950 r. bardziej bliskie prawdy historycznej, niż to się powszechnie sądzi.


Zasadniczy przełom, od którego rozpoczęła się linia degradacji Polski miał miejsce w końcu XVI wieku. Ważnym więc jest stwierdzenie stanu poprzedzającego. Moment kiedy reakcja katolicka ogarnęła Polskę jest ważny z tego względu, iż wystąpiła ona na tle rzeczywistości polskiej, będącej produktem dłuższego rozwoju historycznego. Poprzedzający okres historyczny, rozwijający się pod działaniem konstelacji sił jemu właściwych, doprowadził dziedzinę życia kulturalnego, politycznego, ekonomicznego i socjalnego do pewnego stadium rozwojowego. Wewnętrzny mechanizm tego okresu historycznego, t. j. całej epoki jagiellońskiej w danym wypadku nas nie interesuje. Obchodzą natomiast żywo nas jego końcowe wyniki, w które włączał się swymi trybami następny etap naszej historii, jakościowo odrębny, będący właśnie przedmiotem "teorii rozwoju wewnętrznego Polski". Data 1600 r. jest oczywiście całkiem konwencjonalna.
Ten następny okres wiąże się z zasadniczym przełomem naszych dziejów. Po dotkliwych klęskach, zadanych katolicyzmowi przez protestantyzm, kościół katolicki dźwiga się z upadku, odradza się wewnętrznie i gwałtownie "dynamizuje się". Odrodzony i "zdynamizowany" rozpoczyna kontrofenzywę i zdobywa z powrotem wiele straconych pozycji. Zdobywa między innymi i Polskę. Kościół uświadamia sobie w całej pełni, iż zerwanie ciągłości kulturalnej, zniszczenie tradycji przedchrześcijańskiej i władztwo polityczne, posunięte aż do konkurencji z władzą świecką, nie zapewnia bezwzględnego panowania. Grzeszne instynkty, owo "smutne następstwo grzechu pierworodnego", zarzewie buntu przeciw wtłaczaniu życia w zabójcze formy wegetacji zawsze będzie groziło zgubą "kulturze chrześcijańskiej", o ile nie sięgnie się do samego źródła, do duszy ludzkiej poszczególnego szarego osobnika. Od soboru trydenckiego, który "zdynamizował" katolicyzm, kościół stawia sobie jako cel opanowanie już nie władzy politycznej, gdyż ta zawodzi, lecz samo podłoże społeczne, żywego człowieka, jego duszę, pojęcia wyobrażenia, pragnienia, wolę i najskrytsze drgnienia serca. Wprawdzie starał się to czynić i w wiekach poprzedzających, lecz brakło mu do tego odpowiednich narzędzi działania społecznego. W walce konkurencyjnej o dusze ludzkie, o szarego człowieka, do którego uczuć apelowała "demagogicznie" reformacja, kościół przejmuje wszystkie środki propagandy używane przez przeciwników. W ślad za Lutrem tłumaczy biblię na języki poszczególnych ludów, tworzy literaturę apologetyczną w języku ojczystym, agituje, ogarnia system wychowawczy, preparuje pogląd na naszą historię, narzuca nam swoje "misje" jako zadanie narodowe itp.
Zasadniczy przełom XVI w. polega jednak na tym, iż kościół katolicki sięga do duszy szarej, przeciętnej jednostki, urabia jej wnętrze duchowe według swej woli. W tym celu tworzy nowe środki działania. Są nimi:

 1) instytucja duszpasterska,

2) katechizm i

3) jezuici.

Na tych trzech filarach buduje się "katolickie państwo narodu polskiego", będące ostatecznym etapem wgryzania się systemu wegetacji w mózg i duszę Lechitów, systemu tej duszy całkowicie obcego.

Musimy dokonać rzutu oka na warunki, wśród których ta akcja przebiegała.


W dziedzinie politycznej sytuacja przedstawia się następująco: ośrodek władzy politycznej skoncentrowany w rękach królewskich zapewnia ciągłość polityki wielkiego państwa, spełnianie jego misji dziejowej. Raptowne wygaśnięcie dynastii jagiellońskiej u 1572 r. sprawia, iż ciężar władzy spływa na barki klasy szlacheckiej. Ta do roli kierowniczej państwa duchowo i moralnie jest w pełni przygotowana. Nie są tylko jeszcze wyrobione formy ustrojowe. Ale w tej dziedzinie odbywa się ruch umysłów, ożywiony duchem poczucia odpowiedzialności dziejowej. To co się dzisiaj wypisuje o upadku politycznym tych czasów jest wyrazem bezradności umysłów badawczych, dla których niepojęta jest nagła degradacja Polski, więc też usiłują początki jej odsunąć w głąb historii, w nadziei, iż w ten sposób uprawdopodobni się naciąganie faktów.
Życie gospodarczo kraju, oparte o kwitnący stan rolnictwa, tętni wytężonym rytmem. Środek ciężkości spoczywa w produkcji zbóż i ich eksporcie. Handel produktami rolniczymi, rozwój przemysłów konsumcyjnych i rzemiosł dopełnia obrazu pomyślnego stanu gospodarczego kraju.
Równowaga socjalna zasadza się, jak i w innych państwach, na przewadze producentów t. j. właścicieli gruntów i dzierżawców, którzy należą prawie wyłącznie do stanu szlacheckiego. Miasta są w stanie kwitnącym; zwrócone do spraw własnych, nie biorą żywszego udziału w życiu politycznym.
W całości biorąc, potencjał Polski reprezentował się imponująco. Tendencje panujące w mechaniźmie polskiego życia usposabiały do najśmielszego optymizmu. Oddaje to w pewnym stopniu zestawienie potencjałów ludnościowych Polski i innych państw Europy w/g Woytinsky`ego i Bujaka:


Rok 1580

Ludność ziem rdzennie polskich  4,5-5 mil, głów
Ziem ruskich, Litwy i Inflant       5 mil. głów
                      Razem        10 mil. głów
Francja                          14,3 mil. głów
Włochy                           10,4 mil. głów
Hiszpania                         8,2 mil. głów
Anglia                            4,6 mil. głów
Rosja                             4,3 mil. głów
Prusy                             1,0 mil. głów


Inaczej rysuje się życie duchowe. Kalectwo popełnione na duszy zbiorowej, o którym wyżej była mowa, znajduje swój wyraz w nikłym napięciu życia umysłowego i duchowego szerszych rzesz masy narodowej. Było to zjawisko naturalne, bo wynikające z wyjałowienia, jakie sprawia zerwanie żywego nurtu rozwoju kulturalnego. Konsekwencje tego stanu były dwojakie: brak gruntu dla żywszych przeżyć religijnych, dzięki czemu reformacja w Polsce była ruchem płytkim, a z drugiej strony łatwość w rozprzestrzenieniu się katolicyzmu, jaka systemu duchowego o cechach łatwizny moralnej, nie wymagającej żadnego prawie wysiłku psychicznego u wyznawcy.


Tak więc życie umysłowe rysuje się w mniej jasnych kolorach. Uderza młodszość cywilizacyjna narodu, wyrażająca się w tym, iż w nurcie życia duchowego brak tonu świadczącego o zrodzeniu się głębokiego niepokoju metafizycznego. Potrzeba odpowiedzi na najgłębsze zagadnienia bytu nie jest silniej odczuwana. Naród Polski w swej duchowości nie doszedł do etapu rozwoju kulturalnego, w którym umysł męski poszukuje odpowiedzi na podstawowe problemy istnienia.


Cały prawie wiek XV w Polsce wypełniony jest ruchawkami przeciw kościołowi katolickiemu, przybierającymi formę wojen religijnych, o czym nasza nauka historii z uporem nazbyt wymownym milczy. Nie wiele wiemy o głębokim ruchu religijnym, współczesnym husytyzmowi w Czechach. Ruch ten noszący znamiona protestantyzmu polskiego z XV w., w pewnym momencie jest tak silny, iż sięga po władzę w państwie. Dopiero przegrana bitwa pod Grotnikami w 1439 r., w której ulega armii królewsko-katolickiej, załamuje jego rozwój. Jednak napięcie duchowe w decydującym momencie jest zbyt słabe. W obliczu burzy idącej przez Europę w XVI w., naród polski nie był przygotowany do dokonania dojrzałego wyboru. Pomimo to historia nakazywała nieodwołalnie powziąć akt decyzji. To też decyzja z natury rzeczy w tych okolicznościach była fatalna, jako pozbawiona fundamentu głębszych przeżyć, które wyzwalają napięcie woli i gotowość do ponoszenia konsekwencji, jakie pociąga za sobą każde ryzyko.
Nic więc dziwnego, że w tych warunkach Polska pozostała przy katolicyźmie. Nęcił on wykończeniem, wycyzelowaniem światopoglądu, wtenczas gdy Reformacja była raczej negacją, buntem, "protestem", a więc czymś, co się dopiero miało wykrystalizować. Z drugiej strony olbrzymio zaważyła na szali Unia Polsko-litewska. Praca historii złożyła się w ten sposób, iż bez walki, trudu, czy też jakichś wysiłków większych narodu staliśmy się władcami o roli imperium kolonialnego na Wschodzie. Łatwizna demoralizuje, rozmiękcza charaktery. Przed każdym szlachcicem, bez zasług i znoju ku końcowi XVI w. stały ogromne możliwości łatwego i dostatniego życia. Oddziałać to musiało na całość stosunków społecznych. Z całą pewnością nie mogły do nich pasować surowe zasady ascezy protestanckiej. Dobrotliwemu traktowaniu słabostek ludzkich kościoła katolickiego, protestantyzm przeciwstawić się zasadniczo nie mógł.
Uprzytomnijmy sobie "konstelację warunków zastanych":

1. zerwanie ciągłości rozwoju państwa wskutek wygaśnięcia ośrodka władzy-dynastii i znalezienia się władzy w ręku klasy szlacheckiej (co oznaczało perturbacji na pewien czas);

 2. wielki rozwój gospodarstwa (przede wszystkim rolnictwa);

 3. dominującą rolę szlachty w układzie sił społecznych.


Zestawmy z tym cele, jakie postawił sobie Rzym. Statut zakonu jezuitów mówi o tym niedwuznacznie: "odmienić postać Europy, sprowadzić ją na dawne tory uległości i posłuszeństwa apostolskiej stolicy"... Cel ostateczny? "cnota, to jest udoskonalenie i uzacnienie duszy własnej"...


Dążąc do tych celów, katolicyzm włączał się w konkretną "konstelację warunków zastanych", różną u różnych narodów i dla tego też przebieg realizacji jak i wyniki końcowe musiały być różne dla różnych grup Przypadkowy moment zerwania się ciągłości politycznej z powodu bezdzietnej śmierci Zygmunta Augusta skłania Rzym do decyzji oparcia się o szlachtę, poparcia jej w dążeniach przeciw następcom na tronie królewskim, do osłabienia władzy. Kościół stawia na demokrację szlachecką i wygrywa. Odtąd są ze sobą sprzęgnięci wspólnymi interesami. Znana jest historia z konfiskatą drugiego wydania Skargi kazań sejmowych "O monarchii". Konstelacja warunków zastanych złączyła wiec katolicyzm w Polsce ze szlachtą, z demokracją szlachecką. Na Zachodzie natomiast, katolicyzm jako narzędzie swoje używał wyłącznie systemy rządów monarchicznych. We Francji jeszcze 40 lat temu, pojęcie katolik było równoznaczne z przynależnością do obozu monarchicznego. Świadczy o tym ks. Załęski: "sztandar reakcji podniosły w innych krajach rządy łącznie z duchowieństwem, u nas duchowieństwo łącznie z narodem" *1).


Oto jest moment przełomowy naszej historii, który zadecydował o dalszych losach narodu. Odtąd mamy już tylko jego proste konsekwencje. Rzeczywistość dzisiejsza, jej charakter, będący zaprzeczeniem tego wszystkiego co uważać możemy za wartościowe, jest nieodrodnym dzieckiem tego przełomu. Kościół katolicki postanawia wykorzystać nadarzającą się okazję dziejową i przekształcić to, co my nazywamy Polską w kolonię katolików mówiących językiem polskim. Mógł to urzeczywistnić tylko katolicyzm totalny. Udało się to w zupełności. Ideał totalizmu katolickiego został w pełni zrealizowany nieco później - w epoce saskiej. Dziś w Polsce Odrodzonej przeżywamy jego renesans.


Katolicyzm włączył się w konstelację życia zbiorowego narodu drugiej połowy XVI w. Włączenie odbyło się poprzez serca i mózgi; pozornie więc nie zmieniało konstelacji zastanej; pozornie wszystko toczyło się dawnym, zastanym torem i to w polityce, gospodarstwie, życiu socjalnym. Zarejestrowano tylko, że "naród odrzucił nowinkarstwo". Nic więc dziwnego, iż najgłębszy przewrót w życiu narodu uszedł łatwo uwadze badaczy historii. Nie było tych teatralnych akcesoriów, które są zazwyczaj symptomami tego rodzaju przeobrażeń: gromadnego ścinania głów, pochodów, ruchawek, wstrząsów.


6. Przedmiot teorii rozwoju wewnętrznego Polski.


Poznanie całokształtu epoki zawrzeć się musi w ramach teorii rozwoju wewnętrznego Polski. Jak każda teoria będzie ona uporządkowaniem sądów o rzeczywistości, według stopnia ogólności. Przesłanka zasadnicza, z której dedukuje się wszystkie dalsze ogniwa, winna uchwycić podstawową prawdę z życia polskiego. Harmonijnie powiązany system sądów pozwoli zorientować się w pozornym gąszczu polskiego życia, pozwoli uniknąć zwodnych manowców i błądzeń, sprawiając, iż każdy krok w kierunku opanowania bryły życia polskiego, staczającej się bezwładnie po linii degradacji, będzie postawiony właściwie. Podobnie jak nie możemy opanować siły przyrody i poddać ją swej woli, nie poznawszy prawidłowości zachodzących i praw nią rządzących, tak też bez poznania praw kierujących rozwojem narodu polskiego na przestrzeni lat 1600-1950, nie ma mowy o tym, by wpłynąć skutecznie na tok wypadków w dążeniu do określonego celu.


Od razu nasuwa się zagadnienie: czy można mówić o jakiejś epoce, jako pewnej wyodrębnionej objektywnie całości, dla czasokresu dziejów Polski lat 1600-1950? Pozytywnie na to odpowiedzieć można tylko wówczas, gdy da się wyszukać cechy najbardziej charakterystyczne dla tego okresu, a nie istniejące w okresach poprzednich.


Musimy najpierw odpowiedzieć sobie, dlaczego ten problem nie został dotychczas postawiony i dlaczego nie narzucił się umysłom badaczy naszej historii? Spojrzawszy wstecz, widzimy ogrom faktów, z których umysł może wyłuskać zasady, które nimi rządziły; nie posiadały tego przywileju generacje poprzednie. Zastęp naukowców w różnych dziedzinach nauk humanistycznych stworzył cały szereg doktryn i chociaż wiele z nich wprawdzie nie przeżyło swych twórców, to jednak niektóre dorzuciły coś do dorobku poznawczego, szczególnie w dziedzinie metody opracowywania i ujmowania zjawisk społecznych. Pozwala to nam dziś poczynić z tych ułamkowych hipotez próby daleko sięgających uogólnień co do naszej historii. Dotychczas bowiem te próby wniknięcia w naszą teraźniejszość i na mocy jej analizy uogólnienia sił, które ją wyznaczają, nie grzeszą przesadną śmiałością. Mieliśmy albo wysiłki jak najwierniejszego skodyfikowania faktów przeszłości w szereg chronologiczny i to nazwano "historią narodu", lub też czyniono pełne rozmachu syntezy dziejowe, przy czym zasady, z których wszystko dedukowano, spowite były zazwyczaj mgłami "ducha dziejów Polski", "geniusza Narodu", "ducha wolności' itp. nieokreślonymi bawidełkami metafizycznymi. Ta maniera głęboko zakorzeniła się w naszej t. zw. filozofii narodowej, w której starano się z nadwyżką powetować sobie własną bezradność wobec faktu załamywania się wiązadeł życia narodowego w polityce, gospodarstwie i kulturze ostatnich stuleci.


Konkretny fakt upadku państwa inaczej tłumaczyła szkoła historyczna - optymistyczna, inaczej pesymistyczna. Zasady życia narodowego tym bardziej były niedostępne dla umysłów tych wszystkich, którzy czerpali zbyt wiele ze skarbnicy dorobku narodów zachodnich. Próbując rzeczywistość polską ująć w schematy teoretyczne, wykwitłe na tle życia bardzo odmiennego, wyciągano wnioski najfrywolniejsze, których sprawdzianem ostatecznym były z góry powzięte przekonania autorów. To co znamy z opracowań dokonanych nad rzeczywistością polską, np. przez liberałów, marksistów, lub dla sfery gospodarstwa przez zwolenników "wolnej inicjatywy", mogłoby być bolesne, gdyby nie było tak komiczne. a uprzytomnić sobie trzeba, że kategoria tych poglądów jest właściwie bezkonkurencyjna i ona to wyznacza t. zw. opinię publiczną, jak również opinię sfer miarodajnych. Nie mogło przeto być inaczej. Teoria rzeczywistości polskiej, która uchwyciłaby podstawowe siły działające w życiu narodowym, określiła ich powiązania, kierunek i prawidłowości w przebiegu, powstać nie mogła. Z drugiej zaś strony, ponieważ układ sił i ich działanie ma swój przebieg oznaczony w czasie, więc mówić o teorii rzeczywistości polskiej t. zn. mówić o konkretnym czasokresie, w którym ten układ działa. Nie przesądzając możliwości powstania systemu dedukcyjnego, obejmującego i wyjaśniającego całość dziejów narodu, stwierdzamy, że tworzyć teorię rzeczywistości polskiej znaczy wyjaśnić tylko pewien zwarty okres dziejów narodu i tego okresu wewnętrzną jedność. Oczywiście mam na myśli okres od roku 1600 aż do naszych czasów, którego zakończenie, oznaczające wejście narodu w następną fazę rozwojową w wielu zasadach odrębną, przewiduję na lata 1945 -1950.
Okres 1600-1950 r. stanowi w naszych dziejach zamkniętą odrębną całość. Trudno zaś powiedzieć to samo o poprzedzającej epoce naszych dziejów. Nie posiadała ona cech jednolitych, pozwalających w niej dopatrywać się jedności, jak i z drugiej strony rozbicie jej na podokresy nastręczałoby wiele trudności. Mniej ona nas interesuje, gdyż praktycznie posiada mniejszą doniosłość. Czasy w których żyjemy wołają o działanie. Działanie zaś to musi być poprzedzone poznaniem warunków w jakich miałoby ono przebiegać. a poznanie tych warunków to właśnie poznanie całej epoki z której rozwoju warunki te wyrastają. Znamiona jedności występujące w interesującej nas epoce zaznaczają się dwojako: zerwanie przez Polskę równoległości z linią rozwojową narodów anglo-germańskich w latach 1550-1600, a następnie petryfikacja zasad w życiu wewnętrznym, na których to życie opiera się bez zmian do dnia dzisiejszego. Pierwsze oznaczało odrzucenie kierunku cywilizacji, którą nazywamy kapitalistyczną, łączącą się nierozerwalnie z wyobrażeniem twórczego, przedsiębiorcze o indywidualizmu. tkwiącego - jak to udowodnił M. Weber korzeniami w protestantyzmie; drugie łączy się z zasadą uharmonizowania życia polskiego na takim poziomie, który charakteryzuje się niezmienną równowagą wszystkich elementów życia zbiorowego, pełną niezmąconego, olimpijskiego spokoju. Tę równowagę w życiu narodu najbardziej zbliżoną do ideału uzyskano tylko raz, to jest w epoce saskiej.
Równowaga epoki saskiej nie mogła jednak być utrzymana wobec naporu dynamiki, której ogniska leżały poza granicami Polski; ogniska te to państwa i narody tworzące gmach cywilizacji europejskiej. Wyrazem tego była likwidacja państwa polskiego. Siły kształtujące rzeczywistość polską dopiero w 1918 roku uzyskują wolne pole dla swego działania. Rozpoczyna się proces w pewnym stopniu podobny do czasów pomiędzy rokiem. 1600-1660. Wracamy powoli lecz stale w łożysko wyżłobione, w epoce saskiej. I znów jak w roku 1792 odczuwamy nacisk wywierany przez zbiorniki energii politycznej umiejscowione poza naszymi granicami. Usiłujemy ten napór zrównoważyć. Te to wysiłki we wtórnych oddziaływaniach mącą czystość obraza, który nazwaliśmy powrotem do równowagi epoki saskiej.


Czasokres naszych dziejów lat 1600-1950 posiada jednolity styl, gdyż działają. w nim ciągle te same siły, wywierają nacisk w tym samym kierunku, porządkując elementy życia zbiorowego ciągle w ten sam sposób, według tego samego wzoru. Oczywiście każda teoria jest uproszczonym obrazem rzeczywistości; w danym jednak wypadku, siły, które nie zostaną uwzględnione w "teorii rozwoju wewnętrznego Polski lat 1600-1950", nie są decydujące i pominięcie ich nie przyczyni się do wykrzywienia obrazu teoretycznego. Noszą one charakter przypadkowy, ograniczony w czasie, w końcowych skutkach znosząc się nawzajem.


Teoretyzowanie na temat okresu lat 1600-1950 jest ułatwiane dzięki temu, iż treści tradycyjne związane z naszą przeszłością przedchrześcijańską zostały bez reszty wytępione, co spowodowało, iż jedynym prawie czynnikiem duchowym dziejotwórczym stał się zorganizowany system światopoglądowy katolicyzmu. On też wypełnił duszę narodu swoją treścią, tak dalece, iż polskość pojmowana jako treści duchowe utożsamia się a katolicyzmem. I słusznie. Nic innego nie ocalało z wiekowego tępienia. W ten sposób powstał bardzo zwarty typ duchowy, ukształtowany w/g skończonego, harmonijnego, wycyzelowanego w ciągu tysiącleci modelu, jakim jest światopogląd katolicki. Nadrzędna rola kościoła katolickiego w życiu społeczno-politycznym Polski w tym okresie sprawia, iż naczelne jego ośrodki mają możność pieczołowitej opieki nad czystością przebiegu życia katolickiego i polskiego. Dzięki temu nie można mówić a jakichś momentach perturbacyjnych. Rozwój wewnętrzny Polski od XVI w. jest to idealny nieomal przebieg eksperymentu dziejowego, wypróbowanie totalne koncepcji katolickiej i jej możliwości na żywym organiźmie narodowym, karnie poddającym się woli eksperymentatora.
Ponieważ istota katolicyzmu, jego struktura, tendencje, cele i naturalne dążenia są znane, tym samym uzyskujemy busolę, która ma ułatwić nam orientowanie się we fluktach barwnych szczegółów, składających się na historię narodu w interesującym nas czasokresie.

JAN STACHNIUK

Inne artykuly:
SZCZEPIENIA - Poparcie dla dr Wakefielda (03.04.2010)
ŻYDOWSKIE SĄDY W POLSCE NAD REŻ.BRAUNAEM (03.03.2010)
ADWOKACI DIABŁÓW (03.02.2010)
"DZIECI " HITLERA (03.02.2010)
NOWE JARMUŁKI W TK I KAZIMIERZ MIJAL (02.27.2010)
KONIEC KASY PANCERNEJ W SZWAJCARII (02.27.2010)
O SZCZEPIENIU- PROF.M.D.MAJEWSKA (02.27.2010)
Unia,Niewinni Jaruzelski i Kapuś-cinski, Mossad , no i Khadaffi (02.26.2010)
"SIEROTY" KISZCZAKA Z PRL W OCHRONIE (02.25.2010)
Od marca podwyżka emerytur i rent (02.25.2010)



  Daj swoje logo tutaj
Miejsce na twoją reklamę

::| Goracy temat
Pogrobowcy i ofiary Solidarnosci z KOR
ZOFIA KORBOŃSKA
Zapraszam do Kielc na I Kongres Gospodarki Polsko-Polonijnej
Terror KOR- u w Solidarności
Konstytucja RP w rękach Kamory
HOLOCAUST
Dzień Pamięci Ofiar Stalinizmu i Nazizmu-23 sierpnia
dr. CAŁA kłamie jak "naukowiec "
Przemilczana pomoc
FRAGMENT Z "Zycie codzienne warszawskiego getta"

SOSO NEWS EXPRESS
[Do gory]