Infonurt2
Bohdan Szewczyk Wydawca, 14 Arletta str. Georgetown,On. L7G 3J3, tel. 905-873-0961
Twoja wyszukiwarka
Piatek, 09.10.2010, 06:45pm (GMT)
  Strona glowna
  FAQ
  RSS
  Linki
  Mapa strony
  Kontakt
 
Dziennikarze "Superwizjera" TVN dotarli do Pawła Plusnina ; Śmierć dr Ratajczaka była planowana? ; OD WYDAWCY- WRZESIEŃ 2010 ; MATKA ; Pogrobowcy i ofiary Solidarnosci z KOR
::| Poszukiwane zapytanie:       [Szukanie zaawansowane]
 
Wszystkie artykuly  
  Forum dyskusyjne
  Sensacje
  OD WYDAWCY
  TEMATY WAŻNE
  Polityka
  Historia
  Książki które polecamy
  OBRONA SKARBU PANSTWA POLSKIEGO
  Tematy ciekawe
  Filmy
  SPORT
  TŁUMACZ
  Zaprzyjaźnione serwisy
  REKLAMA KLASYFIKOWANA
Daj reklame Najlepsze miejsce DLA CIEBIE

 
 
TEMATY WAŻNE
 
POLSKA MASA UPADŁOŚCIOWA
Niedziela, 03.07.2010, 03:47pm (GMT)

LIST OTWARTY DO BISKUPÓW POLSKICH, PREZYDENTA RZECZPOSPOLITEJ POLSKIEJ

I PREMIERA RZĄDU RZECZPOSPOLITEJ POLSKIEJ

PRZEBUDŹCIE SIĘ I PODEJMIJCIE DZIEJOWE WYZWANIE

Ważą się losy Polski i całego świata. W ręce Narodu Polskiego Bóg w Trójcy Jedyny powierzył losy współczesnej cywilizacji[i].

Przestańcie służyć dwóm bogom. W imieniu Boga proszę Was, którzy macie coś jeszcze do powiedzenia na polu podejmowania jakichkolwiek decyzji, zastanówcie się, gdyż macie jeszcze czas do naprawienia sytuacji politycznej, gospodarczej, społecznej i w wymiarze duchowym, tej ziemi, polskiej ziemi.

W ostatnich latach Państwo Polskie i Kościół znalazły się w niezwykle trudnej, wręcz kryzysowej sytuacji[ii]. W historii Polskiego Narodu potęga Państwa Polskiego zawsze szła w jedności z władzą polityczną i duchową. Brak tej jedności w imię dobra narodu lub służba w złotych kajdanach niewoli[iii], na żołdzie wrogich Polsce siłom czy też obcych bogów sprawiały, że losy narodu i Państwa Polskiego skazane były na ogromne cierpienia i bolesne doświadczenia.

W tej tak dramatycznej sytuacji dziejowej, jedynym naszym ratunkiem jest odniesienie się tych, co kreują wizerunek polityczny i duchowy współczesnej Polski, do samego Boga. Bóg pragnie bardzo pomóc Polsce, która jest otoczona ze wszystkich stron wrogami, którzy chcą zawładnąć polskimi umysłami, sercami, majątkiem i ziemią. Tylko Bóg może uratować Polskę i ten świat, jeśli pójdzie Ona drogą wyznaczoną przez Boga, drogą ratunku i wybawienia.

Pan Bóg zapragnął, aby Polska, jako pierwsza poprzez swoje nadrzędne władze polityczne i duchowe, uznała uroczyście Pana Jezusa za swego Króla, nawracając się i uznając nadrzędność Prawa Bożego nad prawem publicznym. Kwestię tę precyzyjnie wyjaśnił papież Benedykt XVI 6 stycznia tego roku[iv].

Dziś wyjątkowo ujawnia się także natura naszej pychy. Jest nią arogancja, która sprawia, że chcemy uwolnić się od Boga i być sami dla siebie, arogancja, która sprawia, że sądzimy, iż nie potrzebujemy Jego wiecznej Miłości, lecz możemy być panami swojego własnego życia. W tym buncie przeciwko prawdzie, w tym usiłowaniu bycia samemu sobie bogiem, stwórcą i sędzią, przewracamy się i wpadamy w samozniszczenie[v].

Zwracam się do Was, mający z woli Boga władzę w naszej ukochanej Ojczyźnie, z gorącym błaganiem, pozwólcie, aby Chrystus nas podniósł. Pozbądźcie się poczucia samowystarczalności, złudzenia o Waszej niezależności i skorzystajcie z wyciągniętych dłoni Zbawiciela[vi]. Obecne zamieszanie świata jest ogromne, bo okres panowania szatana zbliża się ku końcowi. Bóg chce skrócić okres tej szatańskiej swawoli, gdyż nie może już patrzeć jak wiele dusz wydziera Mu szatan i rzuca je w przepaść piekielną, szczególnie młodych. Gdybyście mogli zobaczyć oczyma Boga polską ziemię, domy, rodziny, swoje serca i znali swój los, przeklęczelibyście resztę swojego życia w pokorze[vii]. Chcecie nazwać Chrystusa sługą, a nieużytecznymi sługami jesteście. Jezusowi trzeba na Jego przenajświętszą Głowę nałożyć koronę. Jeśli tego nie zrobicie, skażecie nas wszystkich, naród polski, ogromną rzeszę nieświadomych Polaków na konsekwencje wypływające z niezrealizowanej Bożej prośby[viii].

O nadchodzącej próbie mówił najpierw Jan Paweł II, a następnie Benedykt XVI[ix].

Kardynałowie, Arcybiskupi i Biskupi, losy Polskiego Państwa i narodu są w Waszych rękach. Polsce potrzebny jest dobry zarządca i król. Wiem, że wraz z upływem lat i w momencie śmierci, Wasze wołanie będzie już nie w porę. Zrozumiecie wówczas swój błąd, gdy śmierć zajrzy Wam w oczy, ale już nic dobrego nie będziecie mogli zrobić.

Zapamiętajcie! Honor zachowany na tym świecie jest nic niewarty. Pamiętajcie o błędzie Piłata. Bał się tylko utraty swojej pozycji, a utracił wszystko. Kto nie opowie się za Jezusem Chrystusem i Jego królowaniem, ten utraci wszystko jak tamten, który też był ostrzegany.

Panie Jezu, w co mocno wierzę, Królu Polski, udziel nam łaski kochania Cię. Nas jest tu tak dużo oddanych Tobie, tylko słabych i niezdolnych. Ty masz moc otwierania nam oczu i uszu. Ulituj się nad nami Synu Boży i niech święta Męka Twoja odmieni oblicze tej ziemi, polskiej ziemi. Niech święta, niewinna Krew Twoja obmyje nasze polskie serca, żebyśmy przeżyli.

Kraków, dnia 2 marca 2010 r.

 

PAŃSTWO

Rozpad struktur politycznych i gospodarczych tzw. bloku socjalistyczne­go rozpoczęła Polska, potem niczym w reakcji łańcuchowej kolejne kraje na­rzuconego przez Związek Radziecki gorsetu. Aż sam twórca tzw. obozu so­cjalistycznego uległ rozpadowi. W latach 1989-1990 zaistniała obiektywna możliwość rozpoczęcia odbudowy niepodległości politycznej i gospodarczej państwa polskiego. Tymczasem od powstania rządu Mazowieckiego w lecie 1989 roku mamy do czynienia z nasilonym procesem nowego jakościowo uzależnienia postkomunistycznych struktur gospodarczych i politycznych Polski od centrów politycznych i gospodarczych światowego systemu kapi­talistycznego. Ten nasilający się proces jest determinowany równoległymi oraz wzajemnie przenikającymi się zależnościami przyczynowymi i struktu­ralnymi o zewnętrznym oraz wewnętrznym charakterze. Przyczyny ze­wnętrzne są określane przez strategiczne i taktyczne cele głównych centrów politycznych i kapitałowych systemu gospodarczego. Natomiast przyczyny wewnętrzne wyrastają z interesów i dążeń centrów polityczno gospodar­czych w samym kraju. Niestety interesy i aspiracje tych elit politycznych, które sprawują realną władzę w Polsce po 1990 roku wyrażają się gotowo­ścią do prowadzenia polityki uzależnienia o peryferyjnym, neokolomalnym charakterze polskich struktur gospodarczych, terytorialnych i politycznych od centrów decyzyjnych wysoko rozwiniętych państw przemysłowych. Wielki społeczny ruch Solidarności desygnował do swej reprezentacji ludzi, którzy powierzchownie uznali cele i program tego społecznego ruchu i związku zawodowego. Tylko taktycznie mówili o samorządzie pracowni­czym, niepodległości i prawach socjalnych. Jak się w praktyce okazało chcieli być suwerenni jedynie w stosunku do ZSRR. Od początku swej pu­blicznej działalności uznali, że Polska winna zamienić sowieckiego moco­dawcę na zachodnie demokracje. Przez myśl im nie przeszło, że Polska mo­że prowadzić własną politykę. Gdy byli w opozycji z oburzeniem reagowa­li na teorię Leonida Breżniewa o tzw. ograniczonej suwerenności. Skoro już sami zajęli wpływowe stanowiska uznali, że ograniczanie suwerenności pol­skiej polityki wobec Zachodu to nic złego. Znaleźli znakomicie wspólny ję­zyk z tzw. reformatorską częścią elit postkomunistycznej biurokracji. Ofi­cjalna koalicja rządu przełomu, który firmowała Solidarność, ZSL i SD by­ła przykrywką dla prawdziwego porozumienia kosmopolitów liberalnych pod sztandarem solidarności i internacjonalistów liberalnych jeszcze będą­cych w PZPR. Naród mógł żyć złudzeniem, że PZPR zostało odsunięte od władzy, mimo, iż prezydentem Zgromadzenie Narodowe wybrało gen. Woj­ciecha Jaruzelskiego, a resortem spraw wewnętrznych kierował gen. Kisz czak. Ministerstwo Obrony Narodowej otrzymał gen. Florian Siwicki. Tak się złożyły moje losy, że zostałem z ramienia koncesjonowanego ZSL-u po­słem sejmu kontraktowego. Z pewnym kompleksem wobec Solidarności i jej posłów składałem ślubowanie w sejmie. Szybko jednak zorientowałem się, że obiegowe opinie i szufladkowanie ugrupowań i ludzi zupełnie nie od­zwierciedla prawdziwych postaw. W obywatelskim klubie parlamentarnym Solidarności było wielu ludzi małego serca, koniunkturalistów, naiwniaków, czy po prostu głupców, a w klubach PZPR, ZSL, SD, PAX znajdowało się ludzi prawych, mądrych i dobrych patriotów. Pierwsza ogniowa próba to wybór przez Zgromadzenie Narodowe Prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego. Sprawiła ona wrażenie, że nie obiegowe opinie i oczekiwania narodu są naj­ważniejsze, a tajne umowy z Magdalenki. To kilkunastu posłów ZSL, SD i ugrupowań katolickich (PAX, PZKS i UchS) nie zagłosowało za kandyda­turą Jaruzelskiego. Za to decydujące okazały się głosy posłów i senatorów OKP za tą kandydaturą oraz unik i niebranie udziału w głosowaniu. Beda> w tej grupie, która nie udzieliła poparcia kandydaturze Jaruzelskiego nawei nie przypuszczałem jak szybko będziemy musieli to odpokutować.

Wielu Polakom Wojciech Jaruzelski imponował spokojem, zdecydowa­niem i swoistą godnością, dla wielu innych był wewnętrznym agresorem, sługusem Moskwy siłą niszczącym aspiracje narodu. Z całą świadomością uznałem, iż by pogłębić energię i entuzj azm narodu po czerwcowych wybo­rach konieczna jest wiarygodna zmiana, która dopełni logikę historii. Tu na­stąpił grzech pierworodny nowej, politycznej ery w Polsce, nic zatem dziw­nego, że gdy powstawał gabinet Tadeusza Mazowieckiego „resorty siłowe" zostały przekazane PZPR. Mimo, że ZSL zgłosił na Ministra Sportu, Mło­dzieży i Kultury Fizycznej moją osobę i początkowo została zaakceptowana, ostatecznie funkcję tę premier powierzył późniejszemu prezydentowi RP Aleksandrowi Kwaśniewskiemu. Jeszcze przed powstaniem rządu T. Mazo­wieckiego i ukonstytuowaniem sejmu X kadencji, poza narodem, w cisz> gabinetowej elity komunistycznej biurokracji oraz elity polityczne części so­lidarnościowej opozycji zaakceptowały tzw. plan Sorosa. Ten plan przygoto­wany przez nowojorskiego finansistę, aktywnego politycznie w całym by­łym tzw. „bloku wschodnim" George'a Sorosa przewidywał przekazanie majątku polskich przedsiębiorców państwowych do agencji likwidacyjnej, która przekształciłaby je odgórnie w spółki akcyjne z obowiązkowym udzia­łem 25-30% akcji naszych zachodnich wierzycieli. W ten sposób za długi państwowe zamierzano oddać kontrolny w istocie pakiet akcji polskiego przemysłu. Resztę akcji miano, jak pisze dr Wojciech Błasiak w swym ese­ju „Wewnętrzne przyczyny proniemieckiej erozji suwerenności Polski", sprzedać konkretnym nabywcom „krajowym i zagranicznym" oraz upłynnić na wolnym rynku. Ta zaakceptowana przez komunistyczny rząd M. F. Rakowskiego oraz w „zasadzie" uznana przez kierownictwo postsolidarnościo­wej opozycji koncepcja oznaczała całkowitą utratę suwerennej kontroli nad podstawą gospodarczego rozwoju Polski na dziesięciolecia. Była to koncep­cja przekształcenia majątku narodowego w nic innego jak masę upadłościo­wą, której syndykiem miał być ówczesny rządjeszcze komunistyczny. Cie­sząca się społeczną akceptacją postsolidarnościowa opozycja miała być gwarantem politycznym jej realizacji. Czy jak to się potem stało parasolem ekonomicznym nad bolesnymi dla społeczeństwa reformami Balcerowicza. Plan ów do tej pory jest otoczony zmową milczenia i nikt z akceptujących go przedstawicieli elit „komunistycznych" i „solidarnościowych" nie przy­znał się publicznie do udziału w tych utajnionych negocjacjach. Co można sądzić o elitach, które przecież, tak jak to same deklarowały, swoją ojczyznę traktująjako masę upadłościowa? Jak oceniać knowania i kupczenie losem milionów Polaków przez tych, co niczym w gangsterskim porozumieniu do­tychczas zwaśnionych rodów dzieliły strefy swych wpływów godząc się, że będą administrować ludźmi i majątkiem, którym w imieniu Polaków zarzą­dzają? Polskie elity niczym mafijne rodziny wysłały wyraźny sygnał dla możnych tego świata, że sprzedadzą się, a kwestią jest cena i to niezbyt wy­górowana. Wprawdzie w czystej postaci plan Sorosa nie został wprowadzo­ny, bo przecież trudno by było go mimo wszystko przeforsować oficjalnie w rządzie i sejmie, ale jego główne założenia i tezy zostały przeniesione do tzw. reformy Balcerowicza. Jeszcze przed podjęciem normalnej współpracy międzynarodowej po oficjalnym obaleniu systemu „realnego socjalizmu" elity ówczesnej władzy dały światu sygnał, że Polska nie ma aspiracji do by­cia w pełni suwerennym podmiotem stosunków międzynarodowych, że od teraz wszystko na sprzedaż.

Ruszyły zatem w Polskę międzynarodowe brygady tym razem nie czer­wone, a niebieskie do penetracji stanu polskiego majątku narodowego do przejęcia najlukratywniejszych jego elementów. W sejmie zaroiło się od przeróżnych doradców i podpowiadaczy jak to szybko prywatyzować masę upadłościową po PRL. Sam zetknąłem się z takim „fachowcem" opłacanym ze środków pomocowych dla Polski, który rezydował w hotelu Mariot i szczególnie zajmował się polską spółdzielczością. Protesty w sejmie na ta­kie postępowanie i praktyki spotkały się z natychmiastową ripostą rycerzy nowego systemu. Nieraz boleśnie na własnej skórze odczułem solidarny atak zarówno posłów jak i usłużnych dziennikarzy, że jestem przeżytkiem upa­dłego systemu i nie znam się na nowoczesnej kapitalistycznej gospodarce. Drugim niezwykle wyrazistym dowodem na nasilenie się dążeń wewnętrz­nych do eliminacji struktur decydujących o suwerenności Polski był fakt za­akceptowania w lutym 1992 roku przez Ministra Spraw Zagranicznych Pol­ski Krzysztofa Skubiszewskiego, tzw. planu Stolpego. Ów plan premiera rządu Brandenburgii Manfreda Stolpego (Oderlandu) przewidywał koloniza­cję gospodarczą zachodniego pasa Polski wzdłuż rzeki Odry o szerokości 75 do 100 km od granicy polsko-niemieckiej. Tereny po polskiej stronie miały być głównie rezerwatami przyrody i obszarami wypoczynkowo rekre czak. Ministerstwo Obrony Narodowej otrzymał gen. Florian Siwicid. Tak się złożyły moje losy, że zostałem z ramienia koncesjonowanego ZSL-u po­słem sejmu kontraktowego. Z pewnym kompleksem wobec Solidarności i jej postów składałem ślubowanie w sejmie. Szybko jednak zorientowałem się, że obiegowe opinie i szufladkowanie ugrupowań i ludzi zupełnie nie od­zwierciedla prawdziwych postaw. W obywatelskim klubie parlamentarnym Solidarności było wielu ludzi małego serca, koniunkturalistów, naiwniaków, czy po prostu głupców, a w klubach PZPR, ZSL, SD, PAX znajdowało się ludzi prawych, mądrych i dobrych patriotów. Pierwsza ogniowa próba to wybór przez Zgromadzenie Narodowe Prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego. Sprawiła ona wrażenie, że nie obiegowe opinie i oczekiwania narodu są naj­ważniejsze, a tajne umowy z Magdalenki. To kilkunastu posłów ZSL, SD i ugrupowań katolickich (PAX, PZKS i UchS) nie zagłosowało za kandyda­turą Jaruzelskiego. Za to decydujące okazały się głosy posłów i senatorów OKP za tą kandydaturą oraz unik i niebranie udziału w głosowaniu. Będąc w tej grupie, która nie udzieliła poparcia kandydaturze Jaruzelskiego nawet nie przypuszczałem jak szybko będziemy musieli to odpokutować.

Wielu Polakom Wojciech Jaruzelski imponował spokojem, zdecydowa­niem i swoistą godnością, dla wielu innych był wewnętrznym agresorem, sługusem Moskwy siłą niszczącym aspiracje narodu. Z całą świadomością, uznałem, iż by pogłębić energię i entuzjazm narodu po czerwcowych wybo­rach konieczna jest wiarygodna zmiana, która dopełni logikę historii. Tu na­stąpił grzech pierworodny nowej, politycznej ery w Polsce, nic zatem dziw­nego, że gdy powstawał gabinet Tadeusza Mazowieckiego „resorty siłowe zostały przekazane PZPR. Mimo, że ZSL zgłosił na Ministra Sportu, Mło­dzieży i Kultury Fizycznej moją osobę i początkowo została zaakceptowana, ostatecznie funkcję tę premier powierzył późniejszemu prezydentowi RP Aleksandrowi Kwaśniewskiemu. Jeszcze przed powstaniem rządu T. Mazo­wieckiego i ukonstyniowaniem sejmu X kadencji, poza narodem, w cis. gabinetowej elity komunistycznej biurokracji oraz elity polityczne części s< lidarnościowej opozycji zaakceptowały tzw. plan Sorosa. Ten plan przygoto­wany przez nowojorskiego finansistę, aktywnego politycznie w całym b;.-łym tzw. „bloku wschodnim" George'a Sorosa przewidywał przekazanie majątku polskich przedsiębiorców państwowych do agencji likwidacyjnej, która przekształciłaby je odgórnie w spółki akcyjne z obowiązkowym udzia­łem 25-30% akcji naszych zachodnich wierzycieli. W ten sposób za długi państwowe zamierzano oddać kontrolny w istocie pakiet akcji polskiego przemysłu. Resztę akcji miano, jak pisze dr Wojciech Błasiak w swym ese­ju „Wewnętrzne przyczyny proniemieckiej erozji suwerenności Polski", sprzedać konkretnym nabywcom „krajowym i zagranicznym" oraz upłynni na wolnym rynku. Ta zaakceptowana przez komunistyczny rząd M, F. Ra kowskiego oraz w „zasadzie" uznana przez kierownictwo postsolidamościo wej opozycji koncepcja oznaczała całkowitą utratę suwerennej kontroli nad podstawą gospodarczego rozwoju Polski na dziesięciolecia. Była to koncep­cja przekształcenia majątku narodowego w nic innego jak masę upadłościo­wą, której syndykiem miał być ówczesny rząd jeszcze komunistyczny. Cie­sząca się społeczną akceptacja,, postsolidarnościowa opozycja miała być gwarantem politycznym jej realizacji. Czy jak to się potem stało parasolem ekonomicznym nad bolesnymi dla społeczeństwa reformami Balcerowicza. Plan ów do tej pory jest otoczony zmową milczenia i nikt z akceptujących go przedstawicieli elit „komunistycznych" i „solidarnościowych" nie przy­znał się publicznie do udziału w tych utajnionych negocjacjach. Co można sądzić o elitach, które przecież, tak jak to same deklarowały, swoją ojczyznę traktują jako masę upadłościowa? Jak oceniać knowania i kupczenie losem milionów Polaków przez tych, co niczym w gangsterskim porozumieniu do­tychczas zwaśnionych rodów dzieliły strefy swych wpływów godząc się, że będą administrować ludźmi i majątkiem, którym w imieniu Polaków zarzą­dzają? Polskie elity niczym mafijne rodziny wysłały wyraźny sygnał dla możnych tego świata, że sprzedadzą się, a kwestią jest cena i to niezbyt wy­górowana. Wprawdzie w czystej postaci plan Sorosa nie został wprowadzo­ny, bo przecież trudno by było go mimo wszystko przeforsować oficjalnie w rządzie i sejmie, ale jego główne założenia i tezy zostały przeniesione do tzw. reformy Balcerowicza. Jeszcze przed podjęciem normalnej współpracy międzynarodowej po oficjalnym obaleniu systemu „realnego socjalizmu' elity ówczesnej władzy dały światu sygnał, że Polska nie ma aspiracji do by­cia w pełni suwerennym podmiotem stosunków międzynarodowych, że od teraz wszystko na sprzedaż.

Ruszyły zatem w Polskę międzynarodowe brygady tym razem nie czer­wone, a niebieskie do penetracji stanu polskiego majątku narodowego do przejęcia nąjlukratywniejszych jego elementów. W sejmie zaroiło się od przeróżnych doradców i podpowiadaczy jak to szybko prywatyzować masę upadłościową po PRL. Sam zetknąłem się z takim „fachowcem" opłacanym ze środków pomocowych dla Polski, który rezydował w hotelu Mariot i szczególnie zajmował się polską spółdzielczością. Protesty w sejmie na ta­kie postępowanie i praktyki spotkały się z natychmiastową ripostą rycerzy nowego systemu. Nieraz boleśnie na własnej skórze odczułem solidarny atak zarówno posłów jak i usłużnych dziennikarzy, że jestem przeżytkiem upa­dłego systemu i nie znam się na nowoczesnej kapitalistycznej gospodarce. Drugim niezwykle wyrazistym dowodem na nasilenie się dążeń wewnętrz­nych do eliminacji struktur decydujących o suwerenności Polski był fakt za­akceptowania w lutym 1992 roku przez Ministra Spraw Zagranicznych Pol­ski Krzysztofa Skubiszewskiego, tzw. planu Stolpego. Ów plan premiera rządu Brandenburgii Manfreda Stolpego (Oderlandu) przewidywał koloniza­cję gospodarczą zachodniego pasa Polski wzdłuż rzeki Odry o szerokości 75 do 100 km od granicy polsko-niemiecki ej. Tereny po polskiej stronie miały być głównie rezerwatami przyrody i obszarami wypoczynkowo rekre acyjnymi po zalesieniu pól uprawnych. Na wyspie Uznam miał powstać tzw. „niemiecki teren gospodarczy", a region Szczecina miał być przekształcony w wolny port lub wolną strefą przemysłową ze zmienną polsko-niemiecką administracją. Ogłoszenie publiczne planu Stolpego wywołało publiczną re­akcję. Było wiele protestów, nastąpiła społeczna dyskusja. Zebrani uczestni­cy spotkania konsultacyjnego ziem zachodnich i północnych PSL we Wro­cławiu z udziałem specjalistów z zakresu stosunków polsko-niemieckich prof. Klafkowskiego, prof. Winiarskiego w swym stanowisku jednoznacznie potępili ten plan jako jawną próbę imperial i styczne go zawładnięcia polski­mi ziemiami zachodnimi w pasie Odry. Jako organizator tego spotkania zo­stałem zaatakowany przez polityków Unii Demokratycznej ora2 części SLD jako przeciwnik dobrych stosunków polsko-niemieckich i nacjonalista nie rozumiejący korzyści jakie jakoby z tego planu dla polskiej gospodarki i społeczeństwa polskiego wynikały. Nie ulega wątpliwości, że strona nie­miecka tak daleko idące propozycje przedstawiła również po to by się prze­konać na ile ulegle są polskie oficjalne czynniki rządowe, a na ile jeszcze polski naród jest czujny na tego rodzaju prowokacyjne propozycje. Wpraw­dzie oficjalny plan Stolpego udało się odrzucić, ale podobnie jak w przypad­ku planu Sorosa, jego część w praktyce została niestety zrealizowana wystar­czy zobaczyć jak wygląda polska produkcja, przemysł, rolnictwo. Duża część polskiego majątku oficjalnie i nieoficjalnie jest w rękach niemieckich właścicieli. Trzeba się zgodzić z cytowany^m już wyżej doktorem W. Btesia-kiem z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach (w latach 1991-1993 znakomitym posłem KPN), iż „zarówno plan Sorosa, jak i plan Stolpego wyrażały tylko jawnie najbardziej ukryte i powolne procesy przej­mowania przez zagraniczne centra decyzyjne struktur decydujących o suwe­renności Polski. W przypadku struktur gospodarczych proces ten przebiegał w ramach tzw. prywatyzacji majątku państwowego, a w przypadku struktur terytorialno-politycznych wyrażał się w powołaniu tzw. euroregionow Nysa. Karpaty oraz przygotowaniami do powoływania kolejnych wzdłuż zachod­niej granicy Polski, tj. Pomerania, czy Śląsk - Morawy". Procesy te są tylko zewnętrznym przejawem bardzo głębokich, gdyż strukturalnych i historycz­nych procesów erozji suwerenności narodowej, przejmowanie przez zagra­niczne centra polityczne gospodarcze i kulturowe możliwości decyzyjnych co do kształtowania strategicznych dla przyszłości historycznej Polski struk­tur gospodarczych, społecznych, politycznych i kulturowych.

Proniemiecki charakter tego procesu wyraża się natomiast koncentracją takich możliwości decyzyjnych w centrach politycznych i gospodarczych Republiki Federalnej Niemiec. Nic dodać nic ująć, pamiętając jednocześnie, że słowa te autor napisał 12 lat temu. Dziwne są losy Polski okresu przeło­mu. Czwartego czerwca 1989 roku w części demokratycznej kontraktu w wyborach do Senatu, PZPR wzięła baty, choć mniejsze niż można się by­ło tego spodziewać po latach dominacji. Cztery lata później wybory wygra ła SLD, a potem lider SdRP A. Kwaśniewski pokonał samego L. Wałęsę. We wrześniu 1997 z kolei zwyciężyła AWS. Co się stało nie -jak sądzą krótko­wzroczni z Polską, ale z tym, co zauważamy w Polsce? To zrozumiałe, że koszty tak głębokich zmian musiały być wysokie i społecznie dolegliwe. Ale chyba bez większego iyzyka można wygłosić tezę, że główną dolegliwością naszych elit był wasalizm wobec Zachodu oraz brak kompetencji reformato­rów. Skopali błogosławioną ideę społecznej solidarności, zamieniając bol-szewizm na równie tandetnie rozumiany liberalizm. Obie te dewiacje łączy pomijanie osoby ludzkiej. Obie depczą ład społeczny.

Pomiędzy oczekiwaniami narodu, jakie niosły ze sobą zmiany systemu zapoczątkowane w czerwcu 1989 roku, a praktyką pojawiła się ogromna przepaść. Społeczeństwo polskie w swej znakomitej większości znało Za­chód zza szyby wystawy sklepowej. Widziało w nim tylko te atrybuty, które gołym okiem przewyższały siermiężny socjalizm z jego rozdzielnictwem i przysłowiowymi kartkami na żywność, wiecznymi brakami i „załatwia­niem" wszelkich dóbr doczesnych. Zamiast spodziewanego powszechnego dobrobytu miliony Polaków straciły pracę, a wiele milionów żyje w skrajnej nędzy To jednak nie wszystko, nie fylko zawód, co do korzyści materialny cli był dla narodu polskiego największym rozczarowaniem. Większość Pola­ków upokorzył w tzw. realnym socjalizmie brak pełnej niepodległości, stale ogłaszane przez przywódców byłego PZPR wiemopoddańcze adresy wobec ZSRR, kłamstwa, przeinaczanie historii, prymitywizm - a nade wszystko zdławienie prób zmian przy udziale radzieckiego szantażu. Solidarność na początku swego działania bardzo mocno akcentowała tak nam drogie trady­cje narodowe i niepodległościowe.

Niestety, gdy Solidarność rozpostarła swój parasol ochronny nad finan­sowanymi przez siebie rządami za rzecz wstydliwą zaczęto uważać to, co w Polakach było najlepsze przez setki lat - przywiązanie do ojczystej ziemi, budowa polskiego narodowego przemysłu i rolnictwa. Wszystko to zastępo­wać zaczęła obłędna, prostacko rozumiana ideologia skrajnego liberalizmu. Zamiast wzmacniać i chronić własny potencjał gospodarczy, za wroga uzna­no własne rolnictwo i przemysł. Prywatna własność oraz opacznie rozumia­na „wolna konkurencja" stały się lekarstwem na wszystko. W praktyce i teo­rii wprowadzano odwrócony schemat myślenia i działania marksistów. W polskojęzycznej prasie opanowanej stopniowo przez obcy kapitał (ponad 70%) królować zaczęła pogarda dla elementarnych interesów narodowych, wyśmiewanie wszystkich, którzy mówią głośno o potrzebie ochrony rodzi­mej ziemi, rolnictwa, kapitału i handlu. Zaczęło sukcesywnie rodzić się swo­iste poczucie wyobcowania władzy. Znów w potocznym języku ulicy władza to mityczni ONI. Tak jak kiedyś niektórzy dygnitarze bardziej oglądali się na dyrektywy z Moskwy i RWPG, tak obecnie wyrocznią ważniejszą niż wła­sne narodowe interesy stały się rady i polecenia z Brukseli. Jeżeli na to wszystko nałożymy coraz większe dysproporcje pomiędzy polskimi obywatelami, fortuny pozyskane nie z pracy i przedsiębiorczości, a cwaniactwa, oszustwa i układów, pospolitej przestępczości oraz własne i obce mafie, to wielu, nawet tych. co aktywnie przeciwstawiało się poprzedniemu systemo­wi zaczyna z sentymentem i wybiórczo pamiętać to, co w tzw. realnym so­cjalizmie było dla nich dobre - mała stabilizacja, skromne, ale w miarę pew­ne jutro dla dzieci, większe bezpieczeństwo osobiste.

Nagle wielu Polaków odniosło wrażenie, że to, o co walczyli, o czym marzyli - narodową dumę zniszczyli ONI, Odrębny temat to brak kwalifika­cji ludzi, którzy przejęli władzę. Wszyscy się uczymy. Niestety wśród zde­cydowanej większości nowej solidarnościowej ekipy władzy (poza prof. Za-wiślakiem) brak było elementarnej świadomości własnej ułomności - zapa­nowała pycha. Nagminne stało się łamanie zasad i poglądów, które jeszcze tak niedawno samemu się głosiło, choćby o samorządności pracowniczej ak-cjonariatu pracowniczego. Wielkie obietnice wobec polskiego rolnictwa i rzemiosła w praktyce sprawiły totalny zawód i opłakane skutki.

Co dziwne, ci co nieustannie mieli na ustach demokracją, często za nią byli prześladowani i upokorzeni w PRL-u, w momencie, gdy można było tworzyć jej podstawy, zaczęli ignorować sprawdzone instytucje normalnego demokratycznego państwa. Jałt można jednocześnie ganić i wyszydzać Po­laków za to, że po 1990 r. powstało ponad 300 partii politycznych oraz za to, że demokracja pozwalała by 15 osób mogło stworzyć partię? Prawo nie roz­wiązuje wszystkich problemów, ale w tak delikatnej materii, jak polityka winno inspirować działania logiczne i twórcze, a nie -jak w tym przypadku - rozpalać emocje i wzmagać osobiste ambicje bez pracy i działania. Lekce­ważenie starych jak świat prawd, że w mętnej wodzie łatwiej ryby łapać, od­pycha ludzi od działalności publicznej i od polityki. W tej wielości partii zwłaszcza prawicowych, ciągłych podziałach gubili się sami politycy, a co dopiero zwykli zabiegani obywatele. Gdyby ustawodawstwo dotyczące par­tii politycznych od początku budzącej się w Polsce demokracji inspirowało łączenie ludzi o podobnych poglądach, stanowiło poważne kryteria przy re­jestracji, a ponadto dawało czytelny system finansowania - wiele spraw by­łoby bardziej uporządkowanych. System partyjny i rynek polityczny stałby się sprawny i zrozumiały dla większości obywateli. Mniej byłoby niedomó­wień i podejrzeń o korupcję i brak wrażliwości obywateli. Wbrew pozorom, mnogość startujących w wyborach parlamentarnych komitetów wyborczych jak i podwójna ilość kandydatów do Sejmu na listach wyborczych to nie ob­jaw dojrzałej demokracji, a jej karykatura. Jak przeciętny wyborca może sprawdzić komitety wyborcze i kandydatów na listach, gdy w okręgu wybor­czym bywa ich około 400? Często na spotkaniach wyborczych widywałem więcej kandydatów niż wyborców, a indywidualna reklama kandydatów za­śmiecała całe miasta i wsie. Wyborca, nie chcąc się pomylić i nie mogąc sie w tym wszystkim zorientować, zostaje w domu, Zatem im mniejsza liczba wyborców, tym ponownie wybiera się te same „elity1'. Często ludzie zmie niający partie jak rękawiczki, ze względu na ich nagłośnienie zostają ponow­nie wybrani i błędne koło się kręci.

Prymas Tysiąclecia, kardynał Stefan Wyszyński nauczał: „Nie ma pol­skiej polityki za niepolskie pieniądze''. W Polsce ustawa o partiach politycz­nych zabrania zewnętrznego finansowania, podobnie jak ordynacja wyboru do Parlamentu czy na Prezydenta. Ale polityka jest taka, że w pełni polskie ugrupowania kampanię mają skromną, a przez to mało widoczną. Natomiast te, co głoszą globalizm i propagują Unię Europejską, prowadzą kampanię niezwykle bogatą i ofensywną. Wielkie bilboardy Unii Wolności, Platformy Obywatelskiej, Sojuszu Lewicy Demokratycznej mówią same za siebie. Ko­munizm był systemem złym, a w wielu obszarach zbrodniczym. Jego funk­cjonariusze, nawet kibice - także delegowani onegdaj z urzędu - wielu grze­chów realnego socjalizmu nie znają albo traktują go incydentalnie pozosta­jąc przy dyletanckich uzasadnieniach typu „walka klas" czy „moralność so­cjalistyczna". Trzeba chyba brutalnie stwierdzić - to pokolenie musi umrzeć śmiercią najzupełniej naturalną rzecz jasna. Ale z drugiej strony, jak tłuma­czyć aktualność mickiewiczowskiej konstatacji: „Po staremu ten Moskal w Nas siedzi".

Bogatsi o srufecie doświadczeń zastąpimy tego Moskala kosmopolitycz­nymi komuchami. Może stąd tyle bolszewizmu w zawołaniach i praktykach aktywistów szeregu ugrupowań, nawet tych, które mają w swej tytulaturze chrześcijaństwo? Skąd kult manier przyjętych żywcem od egzekutyw powia­towych partii - nieboszczki przez przywódców Unii Wolności. Skąd nowa WUML-owska retoryka i przewrotność mediów, nie tylko wiadomego rodo­wodu „Polityki" czy „Wprost", ale gazety hasłowo wybiórczej, czy telewi­zyjnej linii niestety niespecjalnej? Dziś internacjonalizm zastąpił kosmopo­lityzm, pochwały dla RWPG, Układu Warszawskiego wyparła bezalterna-tywność wobec Unii Europejskiej. Tradycyjny system wartości oparty o chrześcijańskie podstawy jest nadal dyskryminowany, trwa wyróżnianie wszelkich dewiacji, a zarazem nieposzanowanie uczuć religijnych większo­ści, czego dowodem była okładka „Wprost", na której widniała podobizna Matki Boskiej Częstochowskiej w masce gazowej albo na wystawie w Za­chęcie bluźniercze rzeźby Jezusa Chrystusa czy paszkwilanckie podobizny Ojca Świętego Jana Pawła II reklamowane przez Panią Dyrektor Rottenberg, jako ambitna sztuka. Na takie szydzenie z najświętszych symboli religijnych nie odważali się nawet propagandziści z okresu stalinowskiego!

Życiorysy wielu nawróconych na chrześcijańskie wartości i liberalizm są typowo neofickie i u ludzi z dobrą pamięcią, z pewnością mogą wywołać tylko odruchy odrazy.

Dzisiaj wciąż nie zdają sobie oni sprawy, że to forma ich działania, po­stawy życiowe, po prostu maniery są żywcem wzięte z ich przeszłości. Wszystkiego przecież nauczyli się na masówkach i zebraniach partyjnych, to tkwi w ich podświadomości! Liczą niestety nie bez powodzenia na ogólną niepamięć czy wręcz amnezję społeczną. Niegdyś na radzieckich bagnetach wprowadzali system realnego socjalizmu, niszczyli odruchy obronne pol­skiego chłopa i rzemieślnika - myślących uczciwych ludzi. Dziś tym, któ­rym los taki zgotowali za usiłowanie znalezienia małej stabilizacji w latach 1968-1989 urągają i uznają za kolaborantów władzy. Gazety wydawane w milionach egzemplarzy w większości tylko piszące, a nie myślące po pol­sku, arbitralnie stwierdzają: kto jest za lewicą jest w Polsce inteligentem. Ce­luje w tym organ Unii Wolności, „Gazeta Wyborcza", „Polityka", czy „Wprost". Z taką zjadliwością atakują polską wieś i rolnictwo, tradycje i pa­triotyzm, że można wyciągnąć z tego tylko jeden wniosek- najlepiej zaprze­stać wszelkiej produkcji i aktywności gospodarczej, a żyć z importu i pro­centów w banku. Polacy muszą sobie uzmysłowić jedną prawdę. Te zależne od obcego kapitału, a niezależne od Polaków media realizują po prostu zle­cenie - ktoś wymaga, więc ktoś płaci pochwalnymi artykułami dla importo­wanego lobby!

Oceniając poprzedni system warto pamiętać, że mieliśmy oficjalną ide­ologię socjalistyczną o zabarwieniu ateistycznym, a miliony Polaków de­monstracyjnie uczestniczyły w życiu religijnym. Realizowaliśmy polityczne i gospodarcze dyrektywy z Moskwy, ale przecież mimo wszystko zbudowa­liśmy przemysł, którego część można nawet było uznać za nowoczesny, roz­wijała się nauka, a kultura polska w latach sześćdziesiątych i siedemdziesią­tych osiągnęła apogeum swojego rozwoju. Chyba ta właśnie niejednoznacz­ność powoduje, że tak trudno odciąć się od przeszłości. Nam Polakom po koszmarze Ił wojny światowej odebrano wolność i możliwość budowania struktur demokratycznych, nie ze słuszną karą, która podobno zawsze spoty­ka pragnących, ale - o ironio i paradoksie - kara spotkała nas za oficjalne zwycięstwo nad Niemcami okupione milionami ofiar - proporcjonalnie do liczby ludności największymi stratami w latach wojny i okupacji. Mimo sprawiedliwego werdyktu historii, powrotu na ziemie piastowskie, naród do­tkliwie odczuł straty na wschodzie - w sumie zwycięzcy i umęczeni Polacy stracili 76 tys. Jem2 ziemi - tyle co Holandia, Belgia i Luxemburg razem wzięte. Nawet Lwów, miasto zawsze Polsce wierne, mimo iż znalazł się po polskiej stronie linii Curzona (wariant B), decyzją Stalina wszedł w skład ZSRR. W sercach Polaków została zadra na wszystkie pokolenia. Mieliśmy zaciśnięte zęby i pretensje do urzędowo narzuconych przyjaciół Rosjan, ale również olbrzymi uzasadniony żal i zachwiane zaufanie do Zachodu, który nas sprzedał, za co zapłacił potem własną cenę ofiarami w Korei, Wietnamie. i Afganistanie. Nic od tego momentu me było jednoznaczne, bo z jednej stro­ny mieliśmy atrybuty niezależnego państwa, a obok tego byliśmy komplet­nie uzależnieni. W swoistym studium psychologicznym minionego systemu „Cywilizacja komunizmu" Leopold Tyrmand uchwycił jak mało kto specy­fikę ludzi władzy politycznej oraz splot i mechanizm wzajemnych uzależ­nień. Jak twierdzi: „stalinizm rozciągnął w komunizmie siatkę międzyludz kich współzależności o moralnej strukturze niezbadanych dotąd zakamar­ków. Jakże często to, co niektórzy z kuglarską zręcznością przedstawiają ja­ko konflikt sumień epoki, okazywało się zwykłym oszustwem ideowym i umysłowym. Jakże często ostentacyjna trywialność okazywała się jedyną możliwą próbą zachowania godności własnej"155. Czy te zachowania to nie uwspółcześnione próby powrotu do Wallenrodyzmu? Bo przecież w dal­szych rozważaniach Leopold Tyrmand powołując się na słowa pewnej pisar­ki na temat rządzącej komunistycznym państwem elity stwierdzi: „Są tacy, co wczoraj wierzyli, a dzisiaj przestali już wierzyć, ale mimo to nie zrezy­gnowali z przynależności do elity, nie poddali się dobrowolnie do dymisji, wprost przeciwnie - nadal głoszą kłamstwo. Oficjalnie głoszą je z wielkim przekonaniem, a prywatnie kpią, szydzą ze wszystkich świętości. Wyrafino­wany cynizm tych ludzi uważa się za przejaw dobrego tonu. Dodać należy, że są również tacy, co przestali wierzyć, ale udają, że wierzą, a to udawanie i osiągane z niego profity, sława, dobre życie nazywają ulepszaniem, huma­nizowaniem komunizmu. Ostatnie 10 lat wyprodukowało w Polsce kastę bezwzględnych i okrutnych aktywistów komunistycznych, ubranych we włoskie buty, francuskie kołnierzyki i angielskie tweedy. Ich rynsztunek bo­jowy to propagowanie kłamstw i uprawianie politycznych afer uległ podob­nemu kamuflażowi. Zachód, głównie Amerykanie, upatruje w nich awangar­dy postępu, widzi w nich lepszych, ewoluujących ku lepszym formom i upragnionym przez Zachód reformom przedstawicieli władzy. W istocie są oni tylko groźniejszym wcieleniem tej samej totalistycznej zasady widzenia świata i rządzenia nim. Usiłują wypracować nowe niebezpieczniejsze formy i zmodyfikować treści dla podtrzymania chylącej się ku upadkowi doktryny. Ich celem jest ulepszenie funkcjonowania mechanizmu, a nie zmiana jego kierunku działania - ma on nadal działać przeciw człowiekowi, prawdzie i wolności, tylko w mniej brutalny sposób'". Na tle obecnych wydarzeń są to prorocze słowa. To przecież ONI, tak celnie opisani ci, którzy na czele SLD, UW (mniej PO) mają usta pełne frazesów o otwartości, europejskości, no­woczesności i tolerancji. Przemawia przez nich cynizm, bezideowość, a naprawdę bolszewicka dusza omotana niczym w powieściach F. Dostojew-skiego fatalizmem i koniecznością prowadzenia nieuświadomionego społe­czeństwa do nowego raju. Niebieska koszula, szyk i elegancja (choć na ple­cach najlepszy frak budzi śmieszność) to zewnętrzny przejaw wewnętrznej MISTYFIKACJI. Jeszcze raz zatem uzmysłówmy sobie Polacy. „Dwudzie­stowieczna psychologia pozbawiła świat winy, współczesny relatywizm nie wywodzi się w komunizmie z filozofii, lecz z umiejętności żonglowania pił­kami o różnych kolorach i napisach. Skutek jest taki, że dziś byli stalinowcy stanowią najpotężniejszą mafię świata, lepiej zorganizowaną niż Cosa Nostra, międzynarodowy homoseksualizm czy filateliści. Ich wzajemna współ nota polega na zmywaniu z siebie win i na genialnie skomponowanych ża­lach za zły los swej zgwałconej i wyeksploatowanej niewinności. Wynik jest olśniewający - w 15 lat po rewelacjach Chruszczowa, po powstaniach w Polsce i na Węgrzech oraz po bohaterskim przełomie w Czechosłowacji najtroskliwszą uwagą i szacunkiem po obu stronach żelaznej kurtyny otacza się ludzi, którzy nąjgorliwiej lizali buty Stalina i pomagali mu w ustanawia­niu moralnych, politycznych i intelektualnych porządków. A potem wycofa­li się z tego w sposób przepisowy, czyli głosząc dziewczęcą niewinność. Czyli tych, co posiedli cnotą transfiguracji, a więc cudownego przeistocze­nia własnych win.i błędów we własną niepokalaną chwałą. Nie należy zapo­minać o jednym - rewizjonista nie przestaje być komunistą, czyli nie odrzu­ca totalizmu. Czyli prawda, w którą wierzy i którą głosi, jest tylko niepraw­dą i nie znosi zasadniczego zaprzeczania kardynalnej niepewności i błędom doktryny. Czyli, jak powiedział pewien polski krytyk literacki, domaga się wyłącznego prawa do naprawiania uchybień dla tych, którzy go zepsuli"156. To dlatego nieodrodne dzieci stalinizmu A. Michnik, J. Kuroń, Łuczywo, J. Lityński uchodzą obecnie za autorytety moralne, a są zarazem bezwzględny­mi cenzorami politycznej poprawności. Tylko w niskonakładowych tygodni­kach np. Nasza Polska, Myśl Polska, Najwyższy Czas, Tylko Polska, Gość Niedzielny, dzienniku „Nasz Dziennik" oraz w popularnym Radiu Maryja usiłuje się przypomnieć narodowi, co robili w latach swej młodości Ci, co chcą nas uczyć moralności i poprawności politycznej. Służyli PZPR wtedy, gdy w naszej powojennej historii organizacja ta posługiwała się brutalną si­lą i represją, jako codzienną praktyką działania. Dzisiejsi moraliści sami lub ich rodzice za opowiadanie politycznych dowcipów potrafili skazywać na wieloletnie więzienie. Tysiące Polaków nie znały dnia ani godziny, bez wy­roku znikali z domów, szkół, uczelni ukryci w kazamatach wszechwładnego UB. Potem na czele odnowicieli roku 1968 wyżej wspomniani moraliści naj­bardziej atakowali tych towarzyszy z PZPR, którzy mieli jeszcze odrobinę przyzwoitości i polskiego ducha, Czy może normalnie rozwijać się kraj i na­ród, kiedy za zbrodnię nie ma zasłużonej kary, poszkodowani nie uzyskują od lat zadośćuczynienia, a zbrodniarze nie wykazują skruchy tylko chełpli­wie oskarżaj ą współobywateli za rzekomą mściwość i nienawiść? Żeby tego było mało w NAGRODĘ za długoletnią służbę obcemu mocarstwu, za repre­sje wobec Polaków, stają na czele tych, co podporządkowują Polskę kolejne­mu mocodawcy! Lata zależności Polski od ZSRR wytworzyły w dużej czę­ści narodu przekonanie, że w zasadzie niemożliwe jest wyrwanie się nasze­go kraju z tej niechcianej kurateli. Ci, co kontrolowali szachownice mieli jednak lepsze rozeznanie i ćwiczyli WARIANT na zmiany, by nie zmieniać. Wyczerpały się możliwości ideowo-gospodarcze tzw. realnego socjalizmu. Dodatkowo, w tym samym czasie - ZSRR przegrało wyścig nowoczesnych technologii zbrojeniowych. Nie bez znaczenia w historii jest indywidualny

l3S L. Tynnand- Cywilizacja komunizmu, LTW Warszawa 2001, s. 172. 156 Ibidem, s. 178-179.

wpływ wybitnych jednostek na jej przebieg. M. Gorbaczow, mając świado­mość archaiczności systemu radzieckiego postanowił ODGÓRNIE go prze­orientować i przynajmniej uratować część po ginącym imperium. Spory wkład w obalenie hegemonii ideologii marksistowskiej oraz ZSRR miał na­ród polski. Praktycznie od końca II wojny światowej nie pogodził się z na­rzuconym Polsce przez Wielką Czwórkę systemem i ograniczoną suweren­nością państwa. Walka wsi i PSL ze stalinowskim totalitaryzmem, poznań­skie powstanie, czerwiec 1956. Gdańsk grudzień 1970 r., Radom 1976 r., czy wreszcie rewolucja Solidarności z 1980 r. to nasz własny wkład w wyzwo­lenie.

Ale trzeba przyznać, że nikt przed nami nie przechodził od komunizmu do kapitalizmu. Nie było się na kim wzorować. Do szybkich zmian nie był przygotowany zarówno naród jak i jego wątpliwej jakości solidarnościowe i postpezetpeerowskie „elity" polityczne. Większość zafascynowana zachod­nioeuropejską gospodarką, dobrobytem ich społeczeństw widziała tylko ich zewnętrzne atrybuty. Na tle ubogo zaopatrzonych ówcześnie sklepów, gdzie nieustannie popyt przewyższał podaż, uginające sią od wszelkich towarów półki sklepów Zachodniej Europy i USA, jawiły sięjako prawdziwa Ziemia Obiecana.

Najniższe zarobki na Saksach dawały w zderzeniu z polską złotówką po­czucie siły i wielkości. Wolność słowa, możliwość odreagowania lat dyktatu­ry ciemniaków, powszechne wyjazdy na Zachód - wszystko to spowodowa­ło bezkrytyczny i powierzchowny stosunek większości do Zachodu. Zapano­wała ideologia i fetysz prywatyzacji za wszelką cenę -jako cel sam w sobie. Solidarnościowi politycy z wieloletniego przyzwyczajenia, kiedy korzystali z dotacji z przeróżnych zachodnich fundacji, gratyfikacji za wkłady itd., nie­ustannie i o wszystko pytali zachodnich polityków, zamiast twardo, jako pio­nierzy zmian systemowych walczyć w momencie przełomowym o możliwo­ści eksportowe dla polskiego przemysłu i rolnictwa, o pełną redukcję odsetek od długów zaciągniętych przez E. Gierka. Świeżo upieczeni posłowie i mini­strowie woleli bajdurzyć o wolnym rynku jak o prawdzie objawionej.

Całkowicie otwarto kraj (łącznie ze sławną aferą alkoholową) w zamian nie załatwiając nic znaczącego dla Polski. Nastąpił szaleńczy samobójczy wyścig o certyfikat biznesmena nowoczesnego kapitalizmu, który miał być lekarstwem na wszystkie polskie dolegliwości. Doszło do tego, że premier polskiego rządu J. K. Bielecki oświadczył wszem i wobec, że PRL-owska władza i gospodarka bardziej zniszczyła kraj niż okupacja hitlerowska. Se­pleniący, bawiący się władzą jak meczem amatorów piłki nożnej, premier obraził miliony Polaków, którzy wysiłkiem rąk i umysłów budowali fabryki. kopalnie, domy nie dla władzy, a dla kraju i przyszłych pokoleń. Jednocze­śnie umniejszył ogrom zniszczeń i rabunku jaki spotkał nasz raj w latach okrutnej okupacji. W stosunkach z naszymi nowymi zachodnimi partnerami zaczęły dominować porażające naiwność i chciejstwo. Zapomniano kolejny raz, że w interesach nie ma sentymentów. Niejeden zachodni uczciwy i życz­liwy Polsce przemysłowiec lub ekspert dziwił się jak nieudolne, bez woli walki o nasze interesy prowadzili przedstawiciele Polski wiele gospodar­czych negocjacji. Ponadto wielu zupełnie przyzwoitych fachowców wywo­dzących się ze środowisk gospodarczych - praktyków i technokratów z ko­niunkturalnych względów szeregowych członków byłej PZPR, nawet gdy prywatnie krytykowało szereg szkodliwych dla polskiej gospodarki decyzji, nie miało odwagi publicznie się im przeciwstawić by nie narazić się na mia­no postkomunisty - woleli zatem unikać tematu, lub co gorsza kokietować nowych rządzących. Nieustannie w mediach, za zeteselowską przeszłość Klub Parlamentarny PSL „Odrodzenie" w Sejmie X kadencji krytykowano i upubliczniano przedstawiane wyżej tendencje.

10 marca 1990 roku PSL „Odrodzenie" przedstawiło w trosce o jutro ko­rekcyjny program gospodarczy. Wtedy, gdy rodziły się podstawy kolonialnej peryferyjnej fonny gospodarki polskiej zwrócono uwagę, że strategicznym celem gospodarki winien być suwerenny, zrównoważony rozwój gospodar­czy. Powinien on polegać na tworzeniu chronionych przez państwo, wyspe­cjalizowanych gałęzi, działów czy segmentów produkcji, własnej bazy inno­wacyjnej, naukowej i technologicznej. Zaznaczono, że przekształcenia wła­snościowe powinny przebiegać pod kontrolą Sejmu, a rozwój gospodarczej współpracy międzynarodowej powinien być oparty na zasadach obustronnej korzyści. Zidentyfikowano recesję gospodarczą, uznano, że trzeba szybko i skutecznie pobudzić popyt i zwiększyć produkcję, że nie możemy dopu­ścić, aby z produkcji wypadły efektywne przedsiębiorstwa, aby rosło bezro­bocie, fabryki wstrzymywały produkcję. Dla gospodarki jest to SAMOBÓJ­STWO. Zachowując więc podstawowe prawo rynku trzeba szybo uruchomić mechanizmy działające skutecznie w kierunku ożywienia gospodarki, a nie jej dalszego duszenia.

Autorzy programu korekcyjnego nie negują potrzeby korzystania z kre­dytów zagranicznych, z pomocy Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego oraz innych źródeł kapitału. Ale dotychczasowy stan zadłużenia naszego kraju powinien skłaniać do ostrożności, w pobieraniu dalszych kredytów. Dotyczy to głównie niebezpieczeństwa wykupu naszego majątku przez obcy kapitał, zwłaszcza niemiecki. Wychodzić z kryzysu trze­ba przede wszystkim własnymi siłami, ożywiając naszą gospodarkę i rozwi­jając produkcję. Kapitał zagraniczny powinien wzmacniać siłę kontrolowa­nych przez nas struktur gospodarczych. Potrzebna jest w tym zakresie przej­rzysta polityka państwa, której obecnie nie ma.

Proponowane rozwiązania w gospodarce narodowej zakładają między innymi - by w procesie przekształceń własnościowych promować własny kapitał, akcjonariat pracowniczy, wspomagać także przekształcenia sprzeda­ży akcji na kredyt, wprowadzić zakaz sprzedaży ziemi dla obcokrajowców i obywateli o podwójnym obywatelstwie, unieważnić dokonane transakcje.

raz, że w interesach nie ma sentymentów. Niejeden zachodni uczciwy i życz­liwy Polsce przemysłowiec lub ekspert dziwił się jak nieudolne, bez woli walki o nasze interesy prowadzili przedstawiciele Polski wiele gospodar­czych negocjacji. Ponadto wielu zupełnie przyzwoitych fachowców wywo­dzących się ze środowisk gospodarczych - praktyków i technokratów z ko­niunkturalnych względów szeregowych członków byłej PZPR, nawet gdy prywatnie krytykowało szereg szkodliwych dla polskiej gospodarki decyzji, nie miało odwagi publicznie się im przeciwstawić by nie narazić się na mia­no postkomunisty - woleli zatem unikać tematu, lub co gorsza kokietować nowych rządzących. Nieustannie w mediach, za zeteselowską przeszłość Klub Parlamentarny PSL „Odrodzenie" w Sejmie X kadencji krytykowano i upubliczniano przedstawiane wyżej tendencje.

10 marca 1990 roku PSL „Odrodzenie" przedstawiło w trosce o jutro ko­rekcyjny program gospodarczy. Wtedy, gdy rodziły się podstawy kolonialnej peryferyjnej fonny gospodarki polskiej zwrócono uwagę, że strategicznym celem gospodarki winien być suwerenny, zrównoważony rozwój gospodar­czy. Powinien on polegać na tworzeniu chronionych przez państwo, wyspe­cjalizowanych gałęzi, działów czy segmentów produkcji, własnej bazy inno­wacyjnej, naukowej i technologicznej. Zaznaczono, że przekształcenia wła­snościowe powinny przebiegać pod kontrolą Sejmu, a rozwój gospodarczej współpracy międzynarodowej powinien być oparty na zasadach obustronnej korzyści. Zidentyfikowano recesję gospodarczą, uznano, że trzeba szybko i skutecznie pobudzić popyt i zwiększyć produkcję, że nie możemy dopu­ścić, aby z produkcji wypadły efektywne przedsiębiorstwa, aby rosło bezro­bocie, fabryki wstrzymywały produkcję. Dla gospodarki jest to SAMOBÓJ­STWO. Zachowując więc podstawowe prawo rynku trzeba szybo uruchomić mechanizmy działające skutecznie w kierunku ożywienia gospodarki, a nie jej dalszego duszenia.

Autorzy programu korekcyjnego nie negują potrzeby korzystania z kre­dytów zagranicznych, z pomocy Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego oraz innych źródeł kapitału. Ale dotychczasowy stan zadłużenia naszego kraju powinien skłaniać do ostrożności, w pobieraniu dalszych kredytów. Dotyczy to głównie niebezpieczeństwa wykupu naszego majątku przez obcy kapitał, zwłaszcza niemiecki. Wychodzić z kryzysu trze­ba przede wszystkim własnymi siłami, ożywiając naszą gospodarkę i rozwi­jając produkcję. Kapitał zagraniczny powinien wzmacniać siłę kontrolowa­nych przez nas struktur gospodarczych. Potrzebna jest w tym zakresie przej­rzysta polityka państwa, której obecnie nie ma.

Proponowane rozwiązania w gospodarce narodowej zakładają między innymi - by w procesie przekształceń własnościowych promować własny kapitał, akcjonariat pracowniczy, wspomagać także przekształcenia sprzeda­ży akcji na kredyt, wprowadzić zakaz sprzedaży ziemi dla obcokrajowców i obywateli o podwójnym obywatelstwie, unieważnić dokonane transakcje.

stworzyć szybko korzystne warunki prawne i ekonomiczne dla tzw. małej prywatyzacji (handel, usługi, drobne przedsiębiorstwa) i produkcji nakłado­wej. Kapitał uzyskany ze sprzedaży majątku narodowego należy przezna­czyć na tworzenie nowego majątku (głównie w sferze szeroko pojętej infra­struktury społecznej). Nie może on być przeznaczony na spożycie przez bu­dżet państwa. Należy ustalić sfery gospodarki, które będą preferowane poli­tyką gospodarcza., i dziedziny te promować także dla kapitału zagranicznego.

Wiele innych propozycji wraz z całym pakietem rozwiązań w rolnictwie i gospodarce żywnościowej zostało w mediach pominięte milczeniem albo wściekle zaatakowane jako komunistyczne i antyrynkowe. Dziś, kiedy po piętnastu latach niezastosowanie propozycji programu korekcyjnego, jak i innych ówczesnych propozycji prof. Kurowskiego czy Sadowskiego i Krawczyka, a zastosowanie jedynej recepty L. Balcerowicza tak nas boli, przypomnijmy sobie te nieprawdziwe tezy mówiące, że wszyscy zgadzają się z programem L. Balcerowicza i Międzynarodowego Funduszu Waluto­wego. Ale apatia narodu, jego zagubienie, a zarazem ofensywa kosmopoli­tycznych liberałów święciła wtedy triumfy, za które teraz płaci cały naród.

Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że program korekcyjny PSL „Odro­dzenie" był w dużej mierze udziałem tak zwanych sztandarowych „przeciw­ników i męczenników komuny" jak np. generał F. Kamiński, szef BCU, T. Nowak, pierwszy zastępca St. Mikołajczyka, ludowcy których ani doświad­czenia ani patriotyzmu nikt nie mógł zakwestionować. Jeżeli oni uznali, że PSL „Odrodzenie" na czele z Prezesem, K. Olesiakiem (byłym wicepreze­sem z ramienia ZSL w rządzie M. Rakowskiego) jest partnerem i w pewnym sensie kontynuacją PSL-u St. Mikołajczyka, to jakim prawem tego prawa stronnictwu odmawiali B. Geremek, A. Michnik, Jacek Kuroń, którzy w la­tach młodości wspierali najbardziej represyjne wobec ruchu ludowego PZPR?!

Na 70 posiedzeniu Sejmu X kadencji autor powiedział: „Niestety ani gło­sy społeczne, ani uchwały Sejmu, ani indywidualne wypowiedzi posłów nie były brane pod uwagę. Wiedzieliśmy, że zmiana systemu politycznego i go­spodarki ma swoją ceną. Jest i była granica, której przekroczenie stało się nie­bezpiecznym precedensem. Grzechem pierworodnym właściwie pierwszego rządu, ciążącym również i na obecnym była przyjęta koncepcja, że wolny ry­nek sam wszystko załatwi, że prywatyzacja i walka z inflacją uzdrowi całą polską gospodarkę. Ostrzegałem w tej izbie wielokrotnie, że takie myślenie i działanie niesie niebezpieczeństwo, że prymat w polskich warunkach pseu-dokapitału nad pracą i produkcją jest nie do przyjęcia. Większość budżetowych-gospodarczych błądów wynikała nie z działania lecz z karygodnego zaniechania podstawowych działań. Oprócz ewidentnych błądów w polityce celnej, to właściwie brak przeciwdziałania stworzył swoistą koniunkturę na przemyt w niespotykanej skali, a budżet państwa tracił dochody nie do obli­czenia... Do rangi symbolu urosła afera alkoholowa, której skali w swoim stworzyć szybko korzystne warunki prawne i ekonomiczne dla tzw. małej prywatyzacji (handel, usługi, drobne przedsiębiorstwa) i produkcji nakłado­wej. Kapitał uzyskany ze sprzedaży majątku narodowego należy przezna­czyć na tworzenie nowego majątku (głównie w sferze szeroko pojętej infra­struktury społecznej). Nie może on być przeznaczony na spożycie przez bu­dżet państwa. Należy ustalić sfery gospodarki, które będą preferowane poli­tyką gospodarcza., i dziedziny te promować także dla kapitału zagranicznego.

Wiele innych propozycji wraz z całym pakietem rozwiązań w rolnictwie i gospodarce żywnościowej zostało w mediach pominięte milczeniem albo wściekle zaatakowane jako komunistyczne i antyrynkowe. Dziś, kiedy po piętnastu latach niezastosowanie propozycji programu korekcyjnego, jak i innych ówczesnych propozycji prof. Kurowskiego czy Sadowskiego i Krawczyka, a zastosowanie jedynej recepty L. Balcerowicza tak nas boli, przypomnijmy sobie te nieprawdziwe tezy mówiące, że wszyscy zgadzają się z programem L. Balcerowicza i Międzynarodowego Funduszu Waluto­wego. Ale apatia narodu, jego zagubienie, a zarazem ofensywa kosmopoli­tycznych liberałów święciła wtedy triumfy, za które teraz płaci cały naród.

Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że program korekcyjny PSL „Odro­dzenie" był w dużej mierze udziałem tak zwanych sztandarowych „przeciw­ników i męczenników komuny" jak np. generał F. Kamiński, szef BCU, T. Nowak, pierwszy zastępca St. Mikołajczyka, ludowcy których ani doświad­czenia ani patriotyzmu nikt nie mógł zakwestionować. Jeżeli oni uznali, że PSL „Odrodzenie" na czele z Prezesem, K. Olesiakiem (byłym wicepreze­sem z ramienia ZSL w rządzie M. Rakowskiego) jest partnerem i w pewnym sensie kontynuacją PSL-u St. Mikołajczyka, to jakim prawem tego prawa stronnictwu odmawiali B. Geremek, A. Michnik, Jacek Kuroń, którzy w la­tach młodości wspierali najbardziej represyjne wobec ruchu ludowego PZPR?!

Na 70 posiedzeniu Sejmu X kadencji autor powiedział: „Niestety ani gło­sy społeczne, ani uchwały Sejmu, ani indywidualne wypowiedzi posłów nie były brane pod uwagę. Wiedzieliśmy, że zmiana systemu politycznego i go­spodarki ma swoją ceną. Jest i była granica, której przekroczenie stało się nie­bezpiecznym precedensem. Grzechem pierworodnym właściwie pierwszego rządu, ciążącym również i na obecnym była przyjęta koncepcja, że wolny ry­nek sam wszystko załatwi, że prywatyzacja i walka z inflacją uzdrowi całą polską gospodarkę. Ostrzegałem w tej izbie wielokrotnie, że takie myślenie i działanie niesie niebezpieczeństwo, że prymat w polskich warunkach pseu-dokapitału nad pracą i produkcją jest nie do przyjęcia. Większość budżeto-wych-gospodarczych błądów wynikała nie z działania lecz z karygodnego zaniechania podstawowych działań. Oprócz ewidentnych błądów w polityce celnej, to właściwie brak przeciwdziałania stworzył swoistą koniunkturę na przemyt w niespotykanej skali, a budżet państwa tracił dochody nie do obli­czenia... Do rangi symbolu urosła afera alkoholowa, której skali w swoim

czasie rząd nie widział lub nie chciał widzieć, a co gołym okiem dostrzegali wszyscy obywatele. Do dziś odpowiedzialni za całą sprawę nie zostali rozli­czeni, zarówno i z rządu F. Rakowskiego, jak i T. Mazowieckiego. Z wykazu NIK spółek zajmujących się importem alkoholu, zarejestrowanych w sądzie rejestrowym we Wrocławiu wynika, że w składzie udziałowców i zarządów tych spółek figurują ludzie, którzy niegdyś zrobili kariery w PZPR, a dziś są we władzach partii liberalnej. Kolejna ironia losu. Czy możemy zatem się dziwić, że większość Polaków twierdzi, że nie o taką Polskę chodziło? To właśnie w okresie sprawozdawczym budżetu za 1990 rok restrykcyjny sys­tem podatkowy rozpoczął niszczenie polskiego przemysłu, a celny rolnictwa. Po prostu klasyczna gra. Podatku nie płaciły również kasyna. Dopiero inter­pelacja poselska przerwała ten proceder. Wiele można wybaczyć pokrewne­mu gabinetowi suwerennej Rzeczypospolitej. Ałe czy mamy takie prawo, gdy konsekwencją jego zaniedbań, mylnej filozofii i decyzji jest dziś kompletne załamanie wiar}' społecznej w przyszłość, gdy nowa gospodarka rynkowa co­raz częściej jest utożsamiana nie z przedsiębiorczością, ale z cwaniactwem, nieuczciwością i dyletanctwem? Tym bardziej, że reżim finansowy nie omi­jał średnio zamożnych czy wręcz biednych, ale był łagodny dla bogatych. Czym oczekiwania społeczne na natychmiastowe diametralne zmiany były większe, tym później większe było rozczarowanie. Co najgorsze, z powodu ogłupiającej propagandy kapitalizmu (która zastąpiła propagandę socjalizmu) ludzie stracili wiarę w demokrację.

Korupcja, wzrost przestępczości i patologii społecznych, bezrobocie, arogancja nowej władzy, a przede wszystkim wielka pauperyzacja dużych grup społecznych i całej polskiej wsi grożą wielkim wybuchem społecznym. Trzeba sobie powiedzieć wprost, że w dużej mierze napięta sytuacja społecz­na, coraz gorszy stan polskiej gospodarki jest pochodną poziomu krajowych „elit" politycznych. Niestety większość tych, za którymi stoi sympatia me­diów zdominowanych przez obcy kapitał, to ludzie którzy nie potrafią lub nie chcą zachować przyzwoitych proporcji pomiędzy naśladowaniem czy wręcz małpowaniem zachodnich (często traktowanych bardzo powierz­chownie) wzorców, a zdrowym, rozsądnym spojrzeniem na polską rację sta­nu i nasz narodowy interes. Słaba znajomość mechanizmów demokracji, jak i obciążenie psychologiczne przeszłością powodują, że załamuje się hierar­chia ważności spraw państwowych, społecznych i obywatelskich. Wyłania­ne niską ilością głosów przy malejącym zainteresowaniu społecznym wybo­rami elity, im łatwiejszymi i kłamliwymi argumentami zdobywają swoja pozycję, z tym większym cynizmem i lekkomyślnością traktują swe społecz­ne i publiczne obowiązki. Słabe struktury partii politycznych - wręcz fikcyj­ne - rodzą ograniczoną kontrolę bieżących działań swych posłów, senato­rów, radnych, nie mówiąc o ministrach i premierach. Jeżeli pieniądz zaczy­na zastępować prawdziwe wartości to nic dziwnego, że demoralizacji ulega coraz większa część „elit" i społeczeństwa.  Gdy wielu, chcąc znaleźć prawdziwe przyczyny polskiego kryzysu, się­ga do istoty, zaczynają być atakowani pod hasłem, że doszukują, się spisko­wej teorii dziejów naszego narodu. A przecież coś w tym jest, tym bardziej, że najgłośniej w tej sprawie krzyczą ci, co są o taką zakulisową działalność najbardziej podejrzani. Dużą naiwnością jest przeświadczenie, że to tylko opór i walka Solidarności doprowadziła władze PRL czyli kierownictwo PZPR do ustępstw, a w konsekwencji ustaleń Okrągłego Stołu. We wrześniu 1988 roku jako szef delegacji polskich związków młodzieży z ramienia ZMW uczestniczyłem w spotkaniu z młodzieżą z ZSRR we Lwowie. W trak­cie jednego z wywiadów lwowscy dziennikarze zapytali mnie wprost, czy w Polsce uda się Solidarności wejść na scenę polityczną, odpowiedziałem twierdząco, że chyba w najbliższej przyszłości do tego dojdzie. Nie ukry­wam, że przez chwilę miałem przysłowiowego pietra, ale dedukowałem, i to jak się później okazało słusznie, że dziennikarz na zadanie takiego pytania musiał mieć zgodę władz politycznych. Dla naszych rozważań ta obserwa­cja ma istotne znaczenie bo znaczy, że w ZSRR M. S. Gorbaczowa brano pod uwagą wcześniej niż w Polsce legalizację Solidarności. Ów wyjazd był dla mnie odkrywczy jeszcze w wielu innych obszarach.  Podczas zwiedzania fabryki telewizorów kolorowych ELEKTRON pokazano delegacji muzeum fabryki. Były tam eksponaty jeszcze z czasów austriackich i II Rzeczypospo­litej. Kolega harcerz zwrócił mi uwagę na szokujące zdjęcie, na którym żoł­nierz radziecki deptał godło naszej ojczyzny, gdy w podpisie armia czerwo­na „wyzwalała" 17 września 1939 roku Zachodnią Ukrainę od polskich pa­nów. Podczas spotkania z młodzieżą pracującą w fabryce (około 1000 osób) z udziałem dyrekcji i funkcjonariuszy partyjnych - nie omieszkałem zwró­cić gospodarzom uwagę, że ich słowa o współpracy i przyjaźni brzmią dość dwuznacznie, podczas gdy w muzeum eksponowane są zdjęcia raniące uczu­cia narodowe polskich gości. I tu nastąpiło zaskoczenie przedstawicieli par­tyjnych i komsomolu. Dotychczas wymowni natychmiast zamilkli, a zdener­wowany dyrektor (człowiek sympatyczny i inteligentny) odpowiedział, że natychmiast usunie zdjącie, choć były tu wcześniej oficjalne delegacje pań­stwowe i partyjne z Polski i żadna nie zwróciła na to uwagi. Jak widać nowi władcy Polski mieli się od kogo uczyć uległości i wasal izmu w imię niedraż-nienia i   niekomplikowania „przyjaźni".

". Dziś, jak wtedy, gdy istniał Zwią­zek Radziecki nie chcą psuć dobrego samopoczucia komisarzowi UE Verheugenowi i zupełnie nie reagują na jego połajanki i kpinę z naszego naro­du. Gospodarze lwowscy dotrzymali słowa, gdy następna grupa polskiej młodzieży na drugi dzień odwiedziła fabryką, szokującej fotografii już nie było. Jaki z tego zajścia wniosek? Nie należy chować głowy w piasek ! Stro­na radziecko-ukraińska zachowała się w porządku, niestety przedstawiciele ZSMP i ZSP zaatakowali mnie, że przekroczyłem swoje kompetencje zwra­cając „niestosowne" uwagi gospodarzom. Na szczęście murem za mną sta­nęli koleżanki i koledzy ze Związku Młodzieży Wiejskiej i Harcerstwa Pol skiego. Zatem i tu kolejny sprawdzian i prawidłowość -w PRL były napraw­dę różnice między organizacjami młodzieżowymi, U harcerzy i ZMW za­wsze biło polskie serce! Lwów, miasto zawsze wierne Polsce, zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Książki i opowiadania wrocławskich Iwowia-ków nie oddają do końca wielkości tego miejsca na ziemi! W katedrze ko­ścioła katolickiego obrządku rzymsko-katolickiego poczułem ciarki na ple­cach, gdy tłum wiernych śpiewał z przepisywanych ręcznie książeczek do nabożeństwa. W tej pięknej świątyni dominowało wrażenie wielkiej i praw­dziwej wiary! Ile upokorzeń, prześladowań przeżyli ci, co zostali wierni Bo­gu, kościołowi i polskiej ojczyźnie. W rozmowach z kierownictwem różno-narodowego komsomołu, szefem ze strony gospodarzy był wiceprzewodni­czący Pietras - Litwin mieszkający w Moskwie. Na własne oczy mogłem się przekonać, iż ZSRR przeżywa naprawdę olbrzymie zmiany i że to nie ruty­nowa odnowa z okresu przejęcia Kremla przez Chruszczowa, Breżniewa, Andropowa. Polskie korzenie Lwowa nie były żadnym tematem tabu. A na­wet przedstawiciel ambasady ZSRR w Warszawie wyraził opinią, że Stalin popełnił duży polityczny błąd zabierając Lwów Polsce! Mimo że zwiedzi­łem wiele krajów, wrażenia z tak bliskiego, a zarazem odległego Lwowa są we mnie bardzo silne. Nieraz śnią mi się setki ksiąg i świętych obrazów, któ­re zostały mi w ramach pierestrojki łaskawie pokazane w Olecku, leżące i stojące w jakimś wielkim pokościelnym pomieszczeniu. I tak obok zamku, gdzie było rodzinne gniazdo wielkiego króla Jana III Sobieskiego, prawdzi­wego obrońcy chrześcijaństwa w roku pańskim 1988 jakby urągające histo­rii leżały trofea komunizmu. Jak wiem z późniejszych relacji, wiele z tych ksiąg i obrazów powróciło na szczęście do odbudowanych świątyń łaciń­skich, polskich, greckokatolickich i ukraińskich. Refleksje z wizyty w Zapo-rożu potwierdzały obserwacje ze Lwowa; tu pod wpływem suchego zakonu i wielkiego ograniczenia picia alkoholu, naród radziecki trzeźwiał. Dla mnie najlepszym dowodem na rozkład systemu był fakt, że etatowy działacz kom­somołu zaprosił mnie na imieniny, które okazały się chrzcinami jego 5-let-niego syna. Czy wcześniej mogło być to możliwe?! Dlatego, by zrozumieć istotę zmian i przełomu trzeba mieć na uwadze to wszystko. Zmiany w ZSRR były głębokie, reformy M. S, Gorbaczowa wymknęły się spod ide­ologicznej kontroli. "W Polsce zmiany zostały i tak opanowane przez byłych socliberalnych działaczy KOR a nie plebejski, narodowy, robotniczy w swej istocie ruch. I tak, gdy przeciętny Polak myślał o JUTRZENCE swobody i dobrobycie, obdarzeni jego zaufaniem liderzy nowego ładu gotowali mu smutny los. To, że tzw. jaśnie oświeceni niejeden naród doprowadzili do upadku, to nic nowego. To jednak łatwość, z jaką naród o tak złych histo­rycznych doświadczeniach dał się bądź co bądź w demokratycznym syste­mie wyprowadzić na manowce, nakłania do pogłębionej refleksji. Bez się-gniącia do historii nie zrozumiemy naszych postaw, zaniechań, apatii i naiw­ności.     Autor     Jan Dobrosz .ZNIEWOLENIE POLSKI

Infonurt2 : Gorbaczew chciał Polakom oddac Lwów – ale Gieremek i Michnik  UPROSILI GO ABY TEGO NIE ROBI Ł..

 

 

Katolicki (Polski) Naród

 

. Polityczny biegun tomistyczny.


Postawy "polakatolika politycznego", stwarzające ciążenie do otoki personalnej, dają w rezultacie ogromny ciąg skutków społecznych i politycznych. Gdy te konsekwencje wyświetlimy, gdy wykażemy intymne powiązania czyniące je czymś naturalnym, wówczas dopiero pojmiemy, dlaczego rzeczywistość społeczna i polityczna Polski jest taka jaka jest, dlaczego uważać ją należy, jako coś prawidłowego i słusznego. Wówczas dopiero będzie łatwo wykazać śmieszność i beznadziejność wszelkich wysiłków "naprawy" ustroju politycznego Rzeczypospolitej. Trudno bawieni dokonać naprawy czegoś co uważa się za "błąd", gdy jednocześnie czci się i szanuje te siły, które owe zjawiska-błędy, jako coś naturalnego produkują. Mamy tu da czynienia z buntem korzonków przeciw własnym kwiatom.


Jasnym się to stanie, gdy uzmysłowimy sobie., iż rytm życia społecznego i jemu odpowiadające formy społeczno - polityczne w czasokresie 1600 - 1950, są prawidłowym skutkiem zachowania się społecznego "polakatolika politycznego".


Proste rozumowanie, zdążające logicznie od ogniwa do ogniwa i wyjaśniające ten paradoks, napotyka w umysłowości, urobionej przez system "polskiej" ideologii grupy, na zwały przeszkód, oporne sugestie. Jest to źródło trudności dla czytelnika, podążającego za wywodami autora.
Gdy społeczeństwo składa się z "polakatolików politycznych", pierwszą konsekwencją będzie zanik ogólniejszych dążeń. Jest to samo przez się zrozumiałe. Skoro masa jednostek posiada zasadnicze ideały i cele życiowe tego typu, że aktywność zdążająca do ich realizacji może przebiegać w wymiarach pojedyńczej duszy, a wystarczającą bazą w świecie zewnętrznym jest otoka personalna (społeczna i ekonomiczna), to tym samym dążenia społeczne muszą ulec atrofii. Ogólne dążenia, światoburcze idee, mity dążące do przetworzenia świata, jakieś kierunki woli, mające za swój przedmiot świat. zewnętrzny, są tu czymś najzupełniej zbędnym. Ogólna idea może być tylko jedna: wola oporu wobec sił z zewnątrz, które chciałyby burzyć harmonię społeczną person, wegetujących w zaciszu otok.


Może się zdarzyć, że w takim środowisku, składającym się z "polakatolików politycznych" istnieją jednostki o wyższym potencjale duchowym. Dążą one do jakichś ogólniejszych celów, próbują poruszyć pogrążoną w bezruchu masę "polakatolików politycznych". Z góry wiemy, iż wysiłki ich pójdą na marne. Potrafiłyby pociągnąć za sobą tylko jednostki z ładunkiem woli skierowanym na cele inne, niż to, które leżą w założeniach panującego typu duchowego. a wiemy, iż panujący system wychowawczy, takie jednostki konsekwentnie trzebi. Ogólne dążenia mogą powstać tylko wbrew środowisku, w zajadłej walce z nim, w walce z "polakatolikiem politycznym", "polskością", z "katolicyzmem". Na drzewie ciągu harmonicznego nie mogą wyrosnąć inne owoce, niż grawitacja do otoki personalnej, która z zasady unicestwia zarodki jakichkolwiek ogólnych dążeń.


Tam gdzie mamy atrofię ogólnych dążeń i niemożność powstania zgęszczeń twórczej woli, nie może istnieć wysokie napięcie nurtu życia społecznego i politycznego. Skoro jednostki wewnętrznie są "uharmonizowane", uciszane, bosko spokojne, nie możemy się spodziewać jakiegoś napięcia czy zrywu, gdy ujmujemy je w zespołach. Jeśli wola oddziałania jednostki na świat znajdujący się po za "ja" jest bliska zeru, to trudno się spodziewać, by milion takich jednostek dał w wyniku jakąś rewolucję. Wprawdzie wtórne cechy charakteru narodowego, mogą dać obraz bardzo zgiełkliwego chaosu, lecz jest to rzecz najzupełniej inna.


Dalszą więc konsekwencją "polakatolika politycznego" jest osłabienie napięcia nurtu społeczno-politycznego. Społeczeństwo takie, gdy na nie spojrzymy, rysuje się jako suma znieruchomiałych person, zamkniętych w swoich otokach. Stopień spojenia się tych otok jest niewielki. Atomizacja wydaje się być stanem naturalnym dla społeczności składającej się z "polakatolików politycznych". Nie potrafi tego ukryć żadna kazuistyka jezuicka, próbująca starego chwytu sprowadzania kwestii ad absurdum. W tych warunkach atrofia państwa, jako formy istniejących sił społecznych jest nieunikniona. Czy może być inaczej, gdy podłoże społeczne znamionuje się pogodną martwotą wegetujących w ciszy i błogości milionów "polakatolików apolitycznych"?


Szereg skutków społecznych, sprawiany przez upowszechnienie się "polakatolika politycznego", jest więc bardzo prawidłowy. Gdy siły z zewnątrz nie mącą jego funkcjonowania, szereg ten ułoży się następująco:

a) zanik ogólnych dążeń,

b) osłabienie nurtu społeczno - politycznego,

 c) atomizacja społeczeństwa,

d) atrofia sił państwa, dzięki martwocie podłoża społecznego.


Spojrzawszy uważnie na owe skutki społeczne, ze zdumieniem dostrzeżemy w nich prawidłową tendencję do wypośrodkowania pewnej idealnej, równowagi pomiędzy zasadami personalizmu, a koniecznościami społecznego bytowania człowieka. Człowiek jest istotą społeczną i, jako taki, uznać musi konieczności życia grupowego, z drugiej zaś strony personalistyczne podejście do bytu, stanowiące trzon "polakatolika politycznego" pragnie owe konieczności społeczne mocno zredukować. Na tej drodze wyzwala się grawitacja do form ustrojowych, ideałowi "polakatolika politycznego" najbliższych. Szereg skutków wyliczonych wyżej jest tego zewnętrznym wyrazem, Ów ideał ustrojowy, ku któremu formy społeczno - polityczne ciążą, moglibyśmy nazwać "politycznym biegunem tomistycznym", gdyż sformułowania św. Tomasza z Akwinu z istotą tego ustroju prawie całkowicie pokrywają się.
Tak więc "polityczny biegun tomistyczny" jest środkiem pola grawitacji, ku któremu ciąży przemożnie układ sił społecznych, stwarzany przez "polakatolika politycznego". Jest to bardzo ważne sformułowanie. Gdyby siły z zewnątrz i oddziaływanie przypadkowe nie mąciły harmonii rozwoju, formy społeczne dążyłyby do osiągnięcia "politycznego bieguna tomistycznego", zamierając następnie w trwałym bezruchu.


Epoka saska w naszych dziejach była najbliższa "politycznego bieguna tomistycznego". Od XVI wieku życie społeczne Polski stale ciąży w tym kierunku.


Inna kwestia domaga się wyjaśnienia: "polityczny biegun tomistyczny" nie wiąże się z żadną określoną formą rządów. Forma ustrojowa państwa i rządu jest właściwie obojętna, o ile tylko nie godzi w zasady "politycznego bieguna tomistycznego". Może być monarchia, może być i demokracja, o ile tylko nie narusza otok personalnych; w których zamknęli się w zabiegach koło swego "ja" "polakatolicy polityczni". Stąd też pozornie dziwne zjawisko: ani władza absolutna królów, ani brak wszelkiej władzy (Polska szlachecka epoki saskiej), nie poruszą leniwego nurtu życia społecznego, płynącego po przez zakamarki otok personalnych. Nad wyschłym potokiem można budować wyniosłe łuki mostów lub też nie budować wcale. Najszczytniejsze pragnienia obywateli zaspakajane są poza wszelką organizacją państwową. Stąd też nie mogą się stać jej siłą motoryczną. Jedno i drugie jest sobie dość obce, leży w różnych jakościowo płaszczyznach.

Katolicka harmonia socjalna.


Ciąg harmoniczny grawituje więc do swojego ideału w którym wszystkie wielkości, składające się na człony ciągu, a więc zarówno w sferze wewnętrznej jak i zewnętrznej, są najściślej dopasowane do siebie i uharmonizowane.


Sprawa ta wymaga pewnych wyjaśnień. Osią ciągu harmonicznego, a jednocześnie jego siłą motoryczną jest personalizm. Personalizm zaś polega na wegetatywnym stosunku do życia. Gdyby istniało tylko jedno indywiduum, i to indywiduum o postawach personalistycznych, nie potrzebowaliśmy pisać niniejszej pracy, gdyż procesy życiowe tego indywiduum byłoby proste i zrozumiałe. Z chwilą jednak, gdy mamy do czynienia ze społeczeństwem takich indywiduów, a więc z milionami ludzi, sprawa komplikuje się. Mamy wówczas ciąg pokoleń, system przekazywania treści tradycyjnych, system zapewniający im trwanie w pewnym podłożu biologicznym, instytucję regulującą współżycie wewnątrz grupy i stosunek do grup zewnętrznych, taki lub inny, mniej lub bardziej skomplikowany system gospodarstwa społecznego.
Wróćmy do hipotezy izolowanej jednostki, traktując jej życie jako przedmiot dociekań teoretycznych, Wyodrębnilibyśmy następujące elementy: postawę personalistyczną, ugruntowaną w umysłowości jednostki, jej możliwości fizyczne i intelektualne, zdolność do wysiłku psychicznego, środowisko fizyczne, determinujące w pewnym stopniu kwantum wysiłku dla uzyskania minimum egzystencji. Można na tej drodze uzyskać łatwy schemat teoretyczny, zobrazowany nam żywotem Diogenesa, św. Symeona Słupnika i tylu innych pustelników. Opierając się zatym o treść pojęcia personalizmu z łatwością możemy określić końcowe ogniwo. opisując formy bytowania takiej jednostki. Związek pomiędzy pierwszym i ostatnim ogniwom jest tu oczywisty; wiemy w jaki sposób postawa duchowa św. Symeona Słupnika determinuje jego życie i jakie formy jemu nadaje. Analogię powyższą przenieść możemy na ciąg harmoniczny. Różnica polega na tym, iż ilość elementów w ciągu harmonicznym jest nieskończenie razy większa. Zasady personalizmu w fundamentach polskiej ideologii grupy działają podobnie jak u św. Symeona Słupnika z tą jednak istotną różnicą, iż akt woli tego znakomitego świętego, porządkuje elementy jego osobowości, nastawia je na osiągnięcie celu, o tyleż rany sprawniej i bezpośredniej, o ile ciąg harmoniczny jest od niego ilościowo większy. Św. Symeon, dbając o doskonałość duszy i jej zbawienie, stoi wytrwale na słupie; większość oporów, w tym dziele mu przeszkadzających, mieszczą się w jego osobowości psychofizycznej, w jego ciele. Za pomocą wysiłku woli każe umęczonej lewej nodze nadal pełnić powinność, dźwigać ciało umiejscowione na słupie, gdy prawa jest sfatygowana.


W ciągu harmonicznym akt woli znajduje swój odpowiednik we wzmożonej działalności polskiej ideologii grupy, co oznacza wielki prąd duchowy o znaczeniu historycznym. Ilość sił stwarzających perturbacje w ciągu harmonicznym jest tym samym ogromna. Mącą one czystość przebiegu, rozciągają go na znaczniejsze okresy czasu. Tym nie mniej jednak, ciąg harmoniczny grawituje do swego ideału, stara się stale zbliżyć doń, osiągnąć formy najdoskonalsze. Kres tego ciążenia nazwaliśmy "katolicką harmonią socjalną". Odpowiada ona tym formom bogobojnego żywota św. Symeona Słupnika, gdy ten, pokonawszy wszystkie opory w sobie i poza sobą, na dobre zadomowił się na słupie.


Ciąg harmoniczny, a więc życie zbiorowe narodu, przedzierając się przez zwały przeszkód i oporów, grawituje stale do "katolickiej harmonii socjalnej", której wyrazem jest swoisty ideał ekonomiczny i polityczny.


Ciąg harmoniczny jest podobny do lawiny, składającej się z tego wszystkiego, co stanowi o rzeczywistości narodowej, z wielkości duchowych, biologicznych i fizycznych, lawiny, zsuwającej się pod naporem personalizmu ku ideałowi będącemu jego implikatem. Dany nabój sił, a więc to, co wyzwala polska ideologia grupy nie może pchnąć lawiny po za określoną granicę. Punkt w którym lawina zatrzymuje się jest właśnie "katolicką harmonią socjalną". Przy danych elementach składowych i danych siłach , katolicka harmonia socjalna nie może być inna. Z momentem jej osiągnięcia cały układ, cała lawina społeczna, czyli ciąg harmoniczny, pogrąża się w trwałym bezruchu.


Wszystkie ogniwa, poczynając od pierwszego, t. j. od zasad polskiej ideologii grupy, są w stanie równowagi; formy społeczne, polityka, gospodarstwo, są całkowicie, według impulsów płynących z góry, wycyzelowane. Każda wielkość jest na swoim miejscu, jest warunkowana przez inne elementy, i nawzajem je warunkuje. Jeśli siły, działające od zewnątrz deformują jakiś element, cały ciąg harmoniczny stawia odruchowy opór i stwarza tendencję ku odzyskaniu poprzedniej proporcji, zwalczając czynnik deformujący. Dążność do zachowywania czystości stylu, stałości proporcji jest nieodłącznie związana z ciągiem harmonicznym. Stąd też płynie wrogość wobec tego wszystkie go, co nie może być doń włączone. Wrogość ta ogarnia zarówno wielkości duchowe, idee, prądy umysłowe i społeczne, jak i stosunki materialne, rzeczowe. Odruch samozachowawczy ciągu harmonicznego jest bardzo silny. Ponieważ ciąg harmoniczny żyje w świecie duchowym jednostki, więc też odruchy wrogości wobec obcości, odczucie grawitacji do katolickiej harmonii socjalnej, znajduje swoje odbicie w przeżyciach jednostek nań się składających.



3. Rytm buntu pokoleń.


Z dotychczasowych rozważań widzimy, iż jądrem ciągu harmonicznego są wielkości duchowe, reprezentowane przez polską ideologię grupy. One to rozpoczęły rzeźbić styl "sfery zewnętrznej ciągu harmonicznego", a więc politykę i gospodarstwo. Tak było w momencie fundowania ciągu harmonicznego, a więc w wieku XVI i na początku XVII.


Mieliśmy tu kolejność formowania się łańcucha ogniw ciągu harmonicznego, idącą od ideologii grupy do "przeciętnej społecznej", następnie do typu jej aktywności życiowej w polityce i gospodarstwie; dalej rozpoczęły one żłobić styl polskiego społeczeństwa. W pewnym momencie wszystkie ogniwa tego łańcucha zazębiły się, tworząc organiczną całość. Ciąg harmoniczny utożsamił się z nurtem życia zbiorowego narodu. Pokolenia następne wchodziły więc do ciągu harmonicznego jako pewnej całości. Nie tylko ideologia grupy urabiała ich dusze od kolebki, ale już i czynniki materialne działały w tym samym kierunku. Zarówno formy społeczno-polityczne, mniej lub bardziej zbliżone do politycznego bieguna tomistycznego, jak i struktura gospodarstwa narodowego, rzeźbiła umysły według jednolitej zasady. W umyśle dorastającego Polaka z reguły nie mogły zjawić się żadne inne treści jak tylko te, które narzucał ciąg harmoniczny. Oznaczało to wyrugowanie tego wszystkiego, co personalizmem, jako kwintesencją postaw wegetacji, nie jest.


System wychowawczy ogólnie pojęty musiał więc zdławić to wszystko, co w naturze normalnego biologicznie Polaka było postawą woli twórczości. Dławienie wrodzonych popędów musi być połączone z pokonaniem pewnego oporu. Zepchnięte w podziemia świadomości postawy twórcze, wywierać musiały nacisk, stwarzając stan duchowy niespokojnego napięcia. Świat niezmąconej pogody, uzyskiwany przez personalizm katolicki, spoczywał na podminowanym gruncie stłamszonych, wykoszlawionych instynktów dynamicznych, składających się na popęd twórczy, umiejscowiony w masie biologicznej narodu. Dotykamy niezmiernie ważnego zagadnienia; sprowadza się ono do stwierdzenia, iż, równolegle do rzeczywistości stwarzanej przez katolicyzm w życiu polskim, istnieje półcmentarzysko sił twórczych substancji narodowej, które nie mogąc się wydobyć na powierzchnię, wywierają z podziemi duchowych stały nacisk.


Napięcie panujące w podziemiach duszy zbiorowej narodu, to są właśnie rodzime elementy polskości, skazane na poniewierkę i poniżenie przez panujący system światopoglądowy. Znamieniem owego napięcia jest brak jakichkolwiek form pojęciowych, pozwalających nam je zrozumieć. Przyczyna tego jest Prosta; wszystko co jest twórcze, męskie nie mogło się zmieścić w polskiej ideologii grupy. Postawa woli twórczej została starta z oblicza ziemi, wepchnięta w ciemne zakamarki duszy ludzkiej, jako grzech, pokusa marności doczesnych i dlatego nie było dla niej nawet formy myślowej, słowa dla jej określenia, a tym bardziej jakiegoś zwartego systemu myślowego. Był to wygnaniec, o którym mówić "nie wypada", dla którego niema nawet nazwy. Stąd też treści psychiczne, z głębin duszy polskiej wywierające napięcie, były ślepe. Świadomość katolicka istnienia ich nie uwzględniała.


Trzeba dokonać pewnego wysiłku wyobraźni, by uprzytomnić sobie wagę tego faktu dziejowego. Wyobraźnia rysuje nam przed oczami konsekwentny, planowy wysiłek, stopniowo wypleniający z duszy przeciętnej społecznej treści kulturalne będące resztkami dawnej, samorodnej kultury lechickiej, wyrosłej z ziemi i borów polskich. Akt tej działalności został właściwie dokonany sprzed końcem XVI wieku. Temu też zawdzięczamy, iż z okresu Polski przedchrześcijańskiej nie mamy właściwie nic. Zniszczone zostały wszelkie ślady a jakąś zapamiętałą zaciekłością. Gdy obraz starej przeszłości został należycie zamazany, wówczas wmówiono w nas, iż w czasach pogańskich byliśmy usposobienia wyjątkowo wprost "katolickiego". Nie można bez najgłębszego obrzydzenia słuchać bredni o załzawionej, rozjęczonej, czy też rozśpiewanej i rozlazłej naturze naszych przodków prasłowiańskich. Oczywiście, spreparowawszy tak obraz przeszłości, kazano nam być z niej dumnymi. Wysmażony przez wyobraźnię katolicyzmu ideał naszych pogańskich przodków zbyt jednak jest sztuczny, by można było tym idiotycznym bredniom wierzyć. Libelt i Cieszkowski dali nam swe prace filozoficzne, wywodzące o "wyjątkowości" narodu polskiego właśnie z tego powodu. Dziś zdajemy sobie sprawę, iż ta zgodność istniała najpierw w planach Kościoła, nim o niej dowiedzieliśmy się.


Stałe napięcie ma tendencję do wyrównania się, do periodycznego wyładowania. W warunkach życia polskiego przyjąć to musiało postać periodycznych eksplozyj. Jest nie do pomyślenia, by siły twórcze polskiej masy biologicznej, gwałcone przez żyjący na niej system kulturalny, nie ujawniały swego oporu. Im bardziej katolicyzm usiłował ziścić swój ideał parafii narodu polskiego, czyli "katolickiego państwa narodu polskiego", tym bardziej róść musiał opór ze strony substancji narodowej. Opór ten nie mógł wyrazić się w kategoriach pojęć, gdyż w tej sferze panowała monopolistycznie świadomość katolicka; to też wyrazić się musiał tylko w wewnętrznym odruchowym, ślepym napięciu, w dążności do eksplozji zdławionych popędów dynamicznych.
Stłumione aktywności substancji narodowej szukały na ślepo ujścia. Aktywności to są złączone z żywym człowiekiem. Ten zaś jako taki posiada w swym życiu tylko powiem okres najwyższej sprawności fizycznej i umysłowej. W pewnym okresie swego życia jednostka reprezentuje najwyższy ładunek sił witalnych i skłonność do ich wyładowania. Gdy spojrzymy na ciąg pokoleń to zauważymy, że eksplozja aktywności pewnego pokolenia wyładowuje siły w ten sposób, iż obok rocznika, stojącego u szczytu sprawności i energii, skupiają się roczniki o niższej, niż on witalności; z jednej strony zbyt młode, z drugiej strony już nieco ociężałe. Następne nagromadzenie energii, równe co do potęgi poprzedniej eksplozji, nastąpić może dopiero po upływie całej generacji, t. j. za lat 30 - 40. Opór substancji narodowej przeciw niszczącemu ją systemowi światopoglądowemu, wyrażający się w głębokim, ślepym napięciu wewnętrznym, znajdował swoje ujście w prawidłowych eksplozjach, powtarzających się w ostatnich stuleciach naszej historii co, generację. Prawidłowość ta powstała dzięki pierwszemu wyładowaniu się w odruchowym wybuchu stłumionych, ślepych, pozbawionych wszelkiej organizacji sił. O pierwszej eksplozji stłumionych sił substancji narodu zadecydować mogły momenty przypadkowe; następne jednak posiadają w pełni prawidłowość rytmu.
Przyjąć możemy jako pewnik, iż pierwszym buntem polskim przeciw nędzy istnienia była Konfederacja Barska. Szereg następnych eksplozji następuje regularnie co generację.
I tak: r. 1768-1772 Konfederacja Barska,


od r. 1794 Kościuszko i Legiony Dąbrowskiego,


r. 1830-31 Powstanie Listopadowe,


r.1863-64 Powstanie Styczniowe,


r. 1905 Akcja bojowa P.P.S., Piłsudski.

Infonurt2:

  
Jak widzimy, odstępy pomiędzy każdym wybuchem aktywności narodu wynoszą 30-40 lat. Niektóre z nich pozornie dadzą się wyjaśnić zbieżnością z wypadkami politycznymi Europy, lub działaniem określonych, konkretnych przyczyn.


Niewątpliwym jest, iż wzbierające napięcie psychiczne grupowało wokół siebie pewne elementy, które historyk, nieświadomy prądów, nurtujących w podświadomości milionów, (też pozbawionych zdolności określenia swych stanów duchowych w sposób trafny), traktować musiał jako "przyczyny". Każda taka eksplozja była. Faktem ogromnej doniosłości, zmuszającym do zmiany kierunku nurt aktualnego życia, wplatając go w swój rytm, pociągając w swój wir. Dla umysłu badawczego związki te plątały się i gmatwały w sposób dostatecznie zawiły, by mógł on nie dostrzec istotnej siły motorycznej danego wielkiego zdarzenia. Prawie każda z tych eksplozji jest sprzeczna z kategorią zdrowego rozsądku. Konfederaci barscy walczyli o wszystko oprócz tego, coby naprawdę tę wielką eksplozję logicznie uzasadniało. Powstanie Listopadowe było wyraźnie sprzeczne z polską racją stanu. Dla powstania Styczniowego znajdziemy najmniej podbudowy, już nie tylko logiczniej, ale wprost zgodnej z jakimśkolwiek rozsądkiem. Prawo buntu pokoleń, jako ślepe, nie potrzebuje się kłopotać o zgodę z logiką i rozsądkiem - od poprzedniej eksplozji minęło 33 lata, to wystarcza za wszelkie racje.


Nic więc dziwnego, iż dla umysłów trzeźwych, badających oba powstania, nie do przyjęcia była alogiczność tych zjawisk; trzeba je było często tłumaczyć ciemnymi intrygami masonów, lub innych potencyj nieznanych.


Ostatnia eksplozja miała miejsce około 1905 roku. Przedłużyła się ona aż do Wojny Światowej, wciągając w swoją orbitę szereg dalszych młodych roczników. Kolejna więc eksplozja nastąpić powinna z pewnym opóźnieniem. Nastąpić to powinno około 1945 roku. Znaczy to tylko, iż okuło tego roku skaleczona żywotność masy biologicznej narodu odczuwać będzie największe napięcie wewnętrzne. Oznaki tego już dziś możemy dostrzegać. Będzie to jednak eksplozja odmienna od wszystkich poprzedzających. Po raz pierwszy nie będzie ślepa.
Wraża siła będzie wreszcie wyraziście określona. Eksplozja nie będzie kolorowym i jałowym fajerwerkiem, lecz gwałtownym, w blasku błyskawic odbywającym się, zbawczym zabiegiem chirurgicznym.

Infonurt2 : Polska w  czasie okupacji lub dyktatury :

r.1926 – przewrót majowy – Dyktatura Piłsudski

r.1945 -48 wojna domowa Podziemia  AK z okupantem- ZSRR

r.1956  Powstanie w Poznaniu

r.1970 – strajki

r.1979 – Solidarność

r.1981 – Stan Wojenny  Jaruzelski

 

Pisane w 1939 roku.  Jan Stachniuk . DZIEJE BEZ DZIEJÓW.

PRACA ZBIOROWA

Inne artykuly:
LIST GOŃCZY ZA MICHNIKIEM (03.06.2010)
KORZENIE NIESZCZĘŚCIA POLSKIEGO NARODU (03.05.2010)
SZCZEPIENIA - Poparcie dla dr Wakefielda (03.04.2010)
ŻYDOWSKIE SĄDY W POLSCE NAD REŻ.BRAUNAEM (03.03.2010)
ADWOKACI DIABŁÓW (03.02.2010)
"DZIECI " HITLERA (03.02.2010)
NOWE JARMUŁKI W TK I KAZIMIERZ MIJAL (02.27.2010)
KONIEC KASY PANCERNEJ W SZWAJCARII (02.27.2010)
O SZCZEPIENIU- PROF.M.D.MAJEWSKA (02.27.2010)
Unia,Niewinni Jaruzelski i Kapuś-cinski, Mossad , no i Khadaffi (02.26.2010)



  Daj swoje logo tutaj
Miejsce na twoją reklamę

::| Goracy temat
Pogrobowcy i ofiary Solidarnosci z KOR
ZOFIA KORBOŃSKA
Zapraszam do Kielc na I Kongres Gospodarki Polsko-Polonijnej
Terror KOR- u w Solidarności
Konstytucja RP w rękach Kamory
HOLOCAUST
Dzień Pamięci Ofiar Stalinizmu i Nazizmu-23 sierpnia
dr. CAŁA kłamie jak "naukowiec "
Przemilczana pomoc
FRAGMENT Z "Zycie codzienne warszawskiego getta"

SOSO NEWS EXPRESS
[Do gory]